Krakowski sklep Paul’s Boutique, uznany przez Financial Times za jeden z najlepszych sklepów winylowych na świecie, właśnie świętował swoje dziesięciolecie. Przez ten czas zagrali tu DJ Food z Ninja Tune, Diamond D z D.I.T.C. i japoński DJ Koco, czarodziej miksu z siódemek. Nową lokalizację na Starowiślnej otworzył w czerwcu wyprzedany koncert Wildchilda z Lootpacku. Grała z nim krakowska Omasta, która swój debiut zawdzięcza znajomości nawiązanej na jednym z tutejszych koncertów. Dla fanów rapu nazwa brzmi znajomo, ale nie wzięła się wprost od albumu Beastie Boys. Paul’s Boutique to butik Pawłów. Apostrof został jak na okładce. Rozmawiam z Pawłem Twardoniem, który odkąd pamięta zbierał kompakty i kasety, a w połowie lat 90. odkrył winyle. Jak sam mówi, dzięki Mariuszowi Klepackiemu i jego komisowi przy ul. 3 Maja w Katowicach, który zresztą działa do dziś. Paweł został na Śląsku, mieszka w Bytomiu, skąd zajmuje się sourcingiem płyt do sklepu i rozkręca lokalną scenę winylową. Udało mi się go złapać w Krakowie i porozmawiać o prowadzeniu sklepu, jego inspiracjach muzycznych i o tym, jak scena na Śląsku rozwijała się w czasach transformacji. Spotykamy się w Paul’s Boutique 18.08, dwa dni przed dziesięcioleciem sklepu. Możesz opowiedzieć o najważniejszych dla ciebie momentach z tych dziesięciu lat? Rzeczywiście, gdzieś to było pod koniec sierpnia. Nie przywiązuję do tego wagi, bo dzieje się tyle rzeczy, że czuję się, jakbyśmy mieli urodziny raz w miesiącu. Cały czas coś celebrujemy, więc nie wyobrażam sobie, co musielibyśmy zrobić, żeby uczcić dziesięciolecie. Będzie nam miło, jak ludzie przyjdą i ktoś będzie pamiętał, tak jak ty sprawdziłeś, ale czas płynie, idziemy do przodu. Fajnie, że to się tak rozwinęło. Zaczynaliśmy na Miodowej, 20 metrów z antresolą, ale już wtedy próbowaliśmy nie ograniczać się do przestrzeni. Głowę mieliśmy dużo szerszą. Graliśmy nie na tych dwudziestu metrach, tylko na całym pasażu: DJ sety, paczki sprowadzane z Ameryki, pierwsze wydania jazzu i funku, soboty, które nazywaliśmy wtedy “DigujTo!” Dużo się działo. Dziesięć lat, wow. Był taki moment, w którym poczułeś, że to się składa w całość? Zawsze miałem intuicję, że jak coś robisz z pasji, to zadziała. W płytach siedzę ponad trzydzieści lat, to zawsze było dla mnie ważne: zbieranie, otaczanie się nimi, chodzenie po record store’ach, nawiązywanie relacji i kontaktów. Kiedy otworzyliśmy sklep z drugim Pawłem, i zaczęliśmy robić to biznesowo, naturalne było rozwijanie modelu. To, czego nie mogłem zrobić z pozycji zwykłego kolekcjonera płyt, udało nam się zrobić tutaj. Od czego zaczęły się Twoje inspiracje muzyczne? Z tego co wyczytałem to pierwszy Twój koncert to był Kat. Mocno pośledziłeś. Urodziłem się na Śląsku, a Śląsk w latach 80. słynął z tego, że dużo ludzi słuchało metalu i punka, więc to grało mi w głowie. Kat to był mój zespół numer jeden, byłem na nich wiele razy. Znałem się z Romanem Kostrzewskim, bo kiedy ja mieszkałem w Bytomiu, on też tam mieszkał. Metal to była nastoletnia fascynacja? Bo z tego co rozmawialiśmy to teraz słuchasz sporo jazzu i hip-hopu. Lata 80. były barwne i mocno związane z subkulturami. Musiałeś być w jakiejś subkulturze, to było widać na ulicy. Ludzie chodzili ubrani tak, że każdy wiedział, kto czego słucha. Wśród nastolatków nie było wtedy rapu. Subkultury wywodziły się z ciężkiego grania: punk rock, alternatywa, metal. Na początku lat 90. weszło granie cross, hardcore, i dopiero potem hip-hop. MTV zrobiło swoje, rozwaliło nam głowę, pokazało cały ten świat subkultur i muzyki. Czyli naturalnie: z metalu w stronę hardcore punku, a potem hip-hopu. Jako dzieciak słuchałem jazzu na siłę. W ogóle mi się nie podobał, ale czułem, że i tak z tym jazzem skończę. Nie wiedziałem czemu. Z jednej strony metal, z drugiej pierwszy Kaliber 44, bo na Śląsku wszyscy słuchaliśmy Kalibra. Każdy wiedział, że w tym 94, 95 roku coś się zaraz wywali, że przyjdzie kolejny gatunek, który nas wszystkich weźmie. Ale jazz zawsze wracał. Ciężko, nie czułem tego, ale intuicja mi mówiła, że warto sprawdzać. Pamiętam mocno tę scenę yassową, jak się rozwijał bydgoski Mózg, tematy związane z Wybrzeżem, Miłość Tymańskiego. Ciężkie rzeczy. Do rapu wszedłeś przez polski rap czy amerykański? Wychowywałem się w Mikołowie, tam gdzie ten rap się tworzył. 3xKlan Rahima to byli moi koledzy. Spotykaliśmy się na rynku w Mikołowie, ekipa jeździła na deskorolkach. Sot, który później robił beatbox z Paktofoniką, prezentował go nam na przystanku. Połowa lat 90., wszyscy dookoła chodzili w szerokich gaciach i bluzach. Byłem elementem tego, to siedziało cały czas wokół mnie. Widziałem, jak to się tworzy. Czyli to, co w amerykańskich filmach z lat 70. i 80. widać jako kulturę tworzącą się na ulicy, ty przeżyłeś w Polsce. Tak, w środowisku śląskim. Wiele historii mógłbym opowiedzieć. Było bardzo ciekawie, bo dzieciaki, które miały kilkanaście lat, dostawały kontrakt, szły do studia, coś nagrywały. To było wariactwo. Kupowanie bardzo dobrej karty muzycznej, żeby zrobić muzykę na pececie. Pamiętam, jak mój kolega Arek Bak, też beatboxer, w zasadzie pierwszy beatboxer w Polsce, upgrade’ował komputer, żeby zrobić tam coś fajniejszego. Mega zajawa. To im wszystko porozwalało głowy. Kto chciał iść w muzykę, wchodził w to na całego. A teraz widzisz, jakie to jest proste. Wtedy to była abstrakcja. Ta determinacja i młodzieńcza intuicja, wywalanie drzwi, pokazały, że się da. Dzieciaki są teraz na stadionach. Myślisz, że teraz jest prościej? Technicznie na pewno. Nie chcę robić za boomera, że kiedyś to było. Prościej, nie prościej, nie wiem. Teraz jest po prostu inaczej. Mam do tego sentyment, bo miałem wtedy czternaście, piętnaście lat i byłem wokół tego, więc mówię o tym bardzo emocjonalnie. Mieszkasz w Bytomiu i masz tam swoje miejsce, Jazzy Spot. To biuro, mało powiedzieć, że lokal. To bardziej taka zipera. Jest sprzęt, odsłuch, gramofony, płyty, ale to przede wszystkim miejsce spotkań z lokalsami, żeby robić sobie DJ sety. Mam tam też miejsce, żeby obrobić parę kartonów pod Paul’s Boutique, dodać coś do bazy danych. Miejsce pracy, żebym nie musiał codziennie jeździć do Krakowa. Bytom ma swoją muzyczną historię. Jak pogrzebać od lat 70., Bytom był na mapie Polski Mekką muzyczną. SBB grało tu koncerty, Kat, prężne domy studenckie, domy kultury, kluby. Dużo się działo. Ale wiesz, jak to się skończyło. Miasto dostało po dupie w transformacji lat 90., przemysł, takie rzeczy. Pamiętam, że pierwsze prężne sklepy muzyczne były właśnie w Bytomiu, nawet tematy wydawnicze. Jeden z lepszych klubów jazzowo-headowych to był bytomski Fantom. Zanim powstała Hipnoza w Katowicach, ten kultowy klub, przez który przewinęła się masa ludzi z całego świata, ekipa Hipnozy zaczynała właśnie w Fantomie. Jak gadałem z Igorem, to pierwszy czy drugi koncert Skalpela na trasie był chyba zagrany w Fantomie. Kiedy Skalpel wywalił drzwi w świecie nu-jazzu, tego samplowego jazzu, i zrobił kontrakt z Ninja Tune, pierwszy koncert zrobili u siebie we Wrocławiu, a drugi w Bytomiu. Masa ludzi związanych z Ninja Tune, moim ulubionym labelem tamtych lat, grała w Bytomiu. Zrobiliście też tam warsztaty dla dzieciaków. Jest prężna ekipa, która pomaga mi łączyć te wszystkie elementy kulturowe, mamy tam gościa, Jurka, Dean One, który prężnie działa w graffiti, więc robi warsztaty graffiti dla dzieciaków. Jest przyjaciel Marcin, który robi warsztaty DJ-skie. Na to wszystko potrzeba czasu, ale parę takich tematów już było i pewnie będziemy robić kolejne. Nie jesteś w sklepie na co dzień, skupiasz się na sourcingu. Na ile możesz zdradzić, jak znajdujecie płyty? To nie jest żadna tajemnica, każdy w tym biznesie wie. Dwa razy w roku jest największa światowa giełda płyt winylowych i innych nośników. Teraz w ‘s-Hertogenbosch, wcześniej w Utrechcie, czyli Holandia. Jak tam jeździmy, widzimy mnóstwo znajomych, którzy prowadzą inne sklepy w Polsce, całe środowisko się spotyka, bo masz ponad 500 dealerów z całego świata. Jesteś w stanie wydać każde pieniądze, które masz ze sobą. I zawsze tak się kończy. Świetne miejsce do zakupów. Obserwuję nawet, że coraz więcej Amerykanów się wystawia, wcześniej ich tam tak nie widziałem. Ostatnio robiłem zakupy na stoisku z Phoenix, kupiłem trochę fajnego jazzu. To główny szlak: kupujesz szybko, dużo, jesteś w stanie zatowarować się na kilka miesięcy do przodu. Mamy też swój nieformalny szlak amerykański, jazzowo-funkowy, wypracowany lata temu. No i łowimy całe kolekcje. Ktoś chce sprzedać swoją kolekcję, wtedy da się uzyskać normalniejszą cenę i jesteśmy w stanie to kupić. A jaki był Twój najlepszy score? Wyczailiśmy gościa na południu Anglii, w Portsmouth. Polecieliśmy tam zobaczyć, o co chodzi. Anglicy nie przywiązują wagi do przechowywania płyt, te z Wielkiej Brytanii zawsze wypadają gorzej niż te z Europy kontynentalnej. Ale był przepastny garaż. Ogromny. Grzebiemy tam piątą, szóstą godzinę, a tego garażu nie da się przegrzebać nawet przez tydzień. W końcu zrobiliśmy deala i kupiliśmy to wszystko w ciemno. Przyjechało dwoma busami. Ponad dwieście kartonów, prawie dwadzieścia tysięcy płyt. To był jeden spektakularny i dobry zakup. Pełno Davida Bowiego, mnóstwo angielskiego glam rocka, świetne rzeczy. Mamy nawet film nagrany, jak rozładowujemy jednego busa. Stoi nas siedmiu, ośmiu chłopa i gęsiego podajemy sobie kartony do sklepu. A największa wtopa? Nie mam wtop. Jakieś są, ale jak kupujesz c