Leszek Prawie.PRO

Leszek Śledziński

Leszek Prawie.PRO O tym jak sport, kolarstwo, triathlon odmienił i odmienia mnie oraz moje życie. Opowiadam o zmianach fizycznych i mentalnych jakie przeszedłem i przechodzę. Każdego dnia. Chcę dzielić się swoją największą pasją i pomagać także tym, którzy są na początku swojej drogi do przemiany. Chcesz mnie wesprzeć? Sklep Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
 O mnie: https://prawie.pro/leszek-sledzinski/

  1. 17h ago

    Dlaczego jeździsz na rowerze i nie chudniesz? Fakty i mity o odchudzaniu z Dawidem Myśliwcem (118)

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Cześć, tutaj Leszek. Dzisiaj odświętnie, bo rozprawiamy się ze wszystkimi kolarskimi (i nie tylko!) mitami dotyczącymi odchudzania, „grubych kości”, genów, diety keto, „uzależnienia od cukru” oraz przekonania, że wszyscy kolarze są chudzi tylko dlatego, że dużo kręcą. Moim gościem jest Dawid Myśliwiec z kanału Uwaga! Naukowy Bełkot. Kiedy sam zaczynałem przygodę z szosą, ważyłem ponad 100 kilogramów – byłem takim pączkiem, większym niż pączki stojące dziś u nas na stole – i święcie wierzyłem, że wystarczy kupić rower, wsiąść na niego i waga sama spadnie. Bardzo szybko przekonałem się, że robiąc nawet 100 kilometrów dziennie, można nie tylko nie schudnąć, ale wręcz przytyć. 1. Ujemny bilans kaloryczny – jedyne równanie, które naprawdę działa W najprostszym ujęciu chudniemy wtedy, kiedy nasza podaż kalorii w diecie jest mniejsza niż zużycie energii wynikające z podstawowej przemiany materii, pracy intelektualnej oraz aktywności fizycznej, takiej jak wyjście na rower. Energia potrzebna do ruchu musi wówczas zostać pozyskana z naszych zapasów – w tym z tkanki tłuszczowej. Kluczowe jest jednak to, jak duży zastosujemy deficyt kaloryczny. Zbyt głęboki deficyt przyspiesza wprawdzie spadek masy na wadze, ale drastycznie uderza w naszą sprawność fizyczną na rowerze i zdolność do regeneracji. Podobnie wygląda kwestia diety ketogenicznej: na samym początku daje spektakularny spadek wagi, ale w dłuższej perspektywie – w porównaniu do innych dobrze zbilansowanych diet o tym samym bilansie energetycznym – efekty się wyrównują, natomiast na rowerze przy wysokich intensywnościach brak węglowodanów szybko daje o sobie znać. 2. Dlaczego Tadej Pogačar i zawodowcy z peletonu są tak chudzi? Błąd selekcji Patrząc na kolarzy z WorldTouru, często wpadamy w pułapkę tzw. błędu selekcji (selection bias). Na najwyższy światowy poziom trafiają osoby, które już na starcie miały określone predyspozycje genetyczne i budowę ciała, a następnie dostały sztab dietetyków, kucharzy, trenerów oraz warunki do treningu. Wielkie toury wygrywa się na stromych podjazdach, gdzie rządzi stosunek mocy do masy (W/kg). Gdyby znalazł się kolarz ważący 90 kilogramów, musiałby utrzymywać FTP na poziomie około 680 watów, żeby jechać pod górę koło w koło z Pogačarem – a nasza fizjologia sprawia, że dodatkowe kilogramy nigdy nie idą wyłącznie w mięśnie nóg. 3. Czy robiąc 100 km na rowerze można przytyć? Pułapka dwóch dużych pizz Nawet jeśli podczas długiej jazdy spalisz 2500–3000 kcal, a po powrocie do domu wciągniesz dwie duże pizze i popijesz słodkim napojem, bilans wychodzi na zero albo wręcz na plus. Co więcej, tkanka tłuszczowa działa jak narząd endokrynny – wydziela hormony i substancje sygnalizujące, które po dużym wydatku energetycznym krzyczą do mózgu: „spalam się, dożyw mnie!”. Dochodzi do tego ciekawy paradoks termiczny: tłuszcz jest świetnym izolatorem. Kiedy ważysz ponad 100 kg, organizm potrzebuje mniej energii na utrzymanie temperatury ciała w chłodzie. Gdy zjedziesz z wagą o 25 kilogramów, tracisz tę naturalną warstwę ochronną – stąd kolarski paradoks, że im chudszy kolarz, tym grubiej musi się ubierać jesienią i zimą. 4. „Jestem gruby, bo mam takie geny i grube kości” – ile waży ludzki szkielet? Badania bliźniąt i rodzin pokazują, że odziedziczalność BMI oraz miejsca odkładania tkanki tłuszczowej ma istotne podłoże genetyczne (w badaniach populacyjnych odpowiada za kilkanaście procent różnicy między losowymi osobami). Geny, a także choroby metaboliczne i cywilizacyjne – takie jak insulinooporność, cukrzyca czy depresja – potrafią realnie utrudnić redukcję masy i wymagają wsparcia medycznego. Zupełnym mitem jest natomiast tłumaczenie nadwagi „grubymi kośćmi”. Cały suchy szkielet dorosłego człowieka waży około 4 kilogramów (z wodą i szpikiem na wadze inteligentnej ok. 4,5–5 kg). Nawet gdyby ktoś miał o 10% cięższe kości od średniej, to różnica wynosi 400 gramów, a nie 15 czy 20 kilogramów! 5. Czy „uzależnienie od cukru” istnieje i czy tłuszcz spala się dopiero po 40 minutach? Potocznie mówimy, że jesteśmy uzależnieni od cukru, ale z punktu widzenia fizjologii glukoza jest podstawowym paliwem niezbędnym do życia – to trochę tak, jakby powiedzieć, że jesteśmy uzależnieni od wody. Drugim gigantycznym mitem powtarzanym na siłowniach jest twierdzenie, że „spalanie tłuszczu włącza się dopiero po 40 minutach lekkiego wysiłku”. Nasz organizm korzysta z różnych ścieżek energetycznych równocześnie już od pierwszej minuty ruchu (a nawet wtedy, gdy siedzimy i rozmawiamy). Najwyższe tempo utleniania tłuszczu (tzw. strefa FatMax) przypada zazwyczaj w okolicach 45–65% VO2max. Gdy dokładasz do pieca i wchodzisz na wysokie tętno, procentowy udział tłuszczu spada na rzecz glikogenu mięśniowego, bo organizm potrzebuje szybkiej energii tu i teraz – ale całkowity wydatek kaloryczny w ciągu godziny mocnej jazdy jest znacznie wyższy. Dlatego też podczas długich i mocnych treningów żele energetyczne łączą dwa źródła węglowodanów – maltodekstrynę (glukozę) oraz fruktozę – aby wysycić dwa niezależne szlaki transportu jelitowego jednocześnie (co ciekawe, bardzo zbliżoną proporcję 1:1 ma zwykły cukier stołowy, czyli sacharoza). 6. Waty na kilogram (W/kg), trzy zgrzewki wody na Przehybie i bomba na szosie Wielu kolarzy boi się schudnąć z obawy przed utratą mocy bezwzględnej. Ośmioro lat temu moje bezwzględne FTP w watach było wyższe niż dzisiaj (obecnie ok. 292 W przy ok. 310 W u Dawida), ale w międzyczasie zrzuciłem 25 kilogramów. To oznacza, że podjeżdżając pod Przehybę, nie wiozę już na plecach prawie trzech zgrzewek półtoralitrowej wody! Na każdym podjeździe wygrywa przelicznik watów na kilogram masy ciała. Pamiętaj jednak, że nawet mając duży zapas tkanki tłuszczowej, nie możesz jechać na kilkugodzinny trening w góry bez jedzenia i picia. Tempo pozyskiwania energii z tłuszczu jest zbyt wolne, by pokryć zapotrzebowanie podczas ciągłego kręcenia korbą. W koszykówce czy piłce nożnej masz setki mikroprzerw; na szosie (a zwłaszcza na trenażerze, gdzie nie ma nawet 2 sekund luzu w zakręcie ani na progu zwalniającym) praca jest nieprzerwana i brak węglowodanów kończy się klasycznym „odcięciem prądu”, czyli kolarską bombą. 7. Skąd bierze się efekt jo-jo i dlaczego wygrywa trwała zmiana nawyków? Komórki tłuszczowe (adipocyty), które wyhodowaliśmy w przeszłości, nie znikają podczas odchudzania – one jedynie się kurczą i przez lata potrafią wysyłać sygnały chemiczne domagające się ponownego „napompowania”. Efekt jo-jo nie bierze się z powietrza: to moment, w którym traktujesz dietę jak tymczasową karę, a po osiągnięciu celu wracasz do starych nawyków. Jeżeli jesteś zdrowy, w 95% przypadków o Twojej wadze decyduje długofalowy bilans energetyczny i nawyki, które jesteś w stanie utrzymać przez całe życie – chociażby świadomość, że tabliczka czekolady i paczka chipsów wieczorem przed telewizorem to dodatkowe 1000 kcal, czyli połowa dziennego zapotrzebowania. A jeśli celem jest zrzucenie 20–30 kilogramów, najrozsądniejszym krokiem jest współpraca z lekarzem lub dietetykiem, zamiast ślepego kopiowania cudownych recept z internetu. Wielkie podziękowania dla Dawida za czas i ogrom merytorycznej wiedzy – koniecznie odwiedźcie kanał Uwaga! Naukowy Bełkot. A Wam dziękuję za każde wsparcie mojego kanału poprzez zakupy w sklepie Prawie.PRO. Do usłyszenia!

  2. Oct 12

    Bezwładność stresu i zmęczenia, a nasilenie nawrotów lęku i depresji (117)

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Dzisiaj temat, który sobie zanotowałem bodajże pół roku temu, kiedy troszeczkę gorzej się czułem. I w notatniku wielkimi zwłaskami powstało zdanie: „Bezwładność stresu”. Bardzo krótkie, ale wymagające bardzo dużego rozwinięcia, zwłaszcza, w szczególności w przypadku osób takich jak ja, być może takich jak Ty, które to niekiedy właśnie walczą z gorszym samopoczuciem, tym psychicznym, z tymi momentami gorszymi. Oczywiście słabszy moment w naszym życiu nie musi świadczyć o chorobie, to jest codzienność. Bo jeżeli byśmy mieli wychodzić z założenia, że wszystko zawsze jest constans, zawsze wszystko jest dobrze, nie ma żadnej sinusoidy, to dobre samopoczucie nie byłoby dobrym, a złe nie byłoby złym. I to jest w pełni normalne, że każdy z nas ma jakiś kryzys, można mieć gorszy dzień, można mieć gorszy tydzień, rok… I trzeba się nauczyć z tym żyć. Że nie zawsze musi być dobrze. Ale niekiedy łatwiej jest walczyć z chwilami, z momentami tymi gorszymi wtedy, kiedy rozumie się ich genezę, przyczyny. Łatwiej się wtedy z tym pogodzić. I ja zauważyłem u siebie taką prawidłowość, że jeżeli mam bardziej stresujący okres – ogółem, bez względu na to, czy to by była kwestia problemów osobistych, finansowych, zawodowych, czy jakieś nieszczęśliwe zdarzenie w naszym życiu – to jest to zasiewanie takich ziarenek, które później niestety bardzo często będą kiełkować. I tym nie należy być w zupełności zaskoczonym. Być może niekiedy jest to właśnie sposób do motywowania nas do tego, żeby naprawdę próbować zauważać pewne schematy, dzięki którym będziemy mogli unikać stresujących sytuacji. Ja się przez cały czas w życiu tego uczę. Czasami nawet chyba, wydaje mi się, że za bardzo nadgorliwie robić dla świętego spokoju rzeczy, przez co w przyszłości być może będę miał właśnie więcej tego świętego spokoju. Ja tak miałem kiedyś w przeszłości chociażby z urzędem skarbowym, że zawsze wolałem się sześć razy upewnić, pięć razy policzyć, czy dobrze zapłaciłem wszystkie te podatki, niż potem niepotrzebnie stresować się tym, że przyjdzie jakiś polecony. I najczęściej przyjdzie w najmniej oczekiwanym momencie i to nie jest fajne. Bo to jest znowu właśnie wrzucanie kolejnego ziarenka, które potem znowu będzie kiełkować i będzie się mściło po kilku różnych tygodniach. I właśnie najgorsze są te wszystkie kumulacje stresu. I zazwyczaj jest tak, że wtedy kiedy nie idzie w robocie, wtedy też zaczyna coś się sypać w domu, nie wiem, na treningu okazuje się, że już nie jesteś taki, jaki byłeś, byłaś dwa miesiące temu, jeszcze waga nie daj Bóg ci wzrośnie, albo ktoś powie coś nieprzyjemnego na jakimś rodzinnym spotkaniu… I wtedy człowiek po prostu nagle przekracza tę linię, poniżej której po prostu ma gorszy moment, gorszy okres. I jego występowanie będzie potem determinować być może twoje samopoczucie za dwa tygodnie. Albo wtedy, kiedy tak jak teraz – nagle przyjdzie jesień. I spłacasz dług. Spłacasz dług wysiłku, ciągłego napięcia właśnie gorszym samopoczuciem. I wtedy, kiedy ja sobie to uświadomiłem, to okazuje się: „Ha, no tak!”. Też jednocześnie nie chodzi o to, żeby sobie samemu przepowiadać: „O, za chwilę będę czuć się gorzej, bo teraz mam stres, bo przebiegł mi właśnie ten czarny kot, więc teraz na pewno wydarzy się jakaś tragedia”. No nie, to też trzeba sobie moim zdaniem poukładać w głowie. Ale mówię to głównie z tego względu, że musimy znajdować przez cały czas czas dla siebie, czyli trochę sobie higienizować tę codzienność. I ja bardzo… i właśnie mi się w tamtym tygodniu włączyły takie bezpieczniki, kiedy sobie pomyślałem: „Kurczę, za dużo pracowałem w tamtym tygodniu i muszę coś z tym zrobić, nawet jeżeli coś miałoby być niedopięte na ostatni guzik, to ja muszę… muszę wrócić do bardziej regularnego snu, muszę wrócić do właśnie tego dawkowania sobie roboty, mimo że wszystko teraz wydaje się najważniejsze i pilne”. To jednak nie – robota jest dużo mniej ważna niż ewentualne przyszłe konsekwencje wynikające z tego, że za dużo pracuję, a za mało czasu skupiam się na aktywną regenerację. Aktywna regeneracja to nie chodzi mi tylko i wyłącznie o sport, ale aktywna regeneracja to jest także sen i pilnowanie tego naszego stałego harmonogramu. Bo bardzo wysoko stawiam sobie właśnie sen. Nie sprawdzam chorobliwie na zegarku, jak wyglądała moja ostatnia doba i jaki jest wynik tego snu, ale jest to jeden z takich czynników, który staram się kontrolować, wiedząc też, że urządzenia sportowe nie do końca zawsze muszą mieć rację, nie zawsze muszą prawidłowo zliczyć sen, wszystkie wybudzenia oraz to, w jakiej jesteś fazie. To są jeszcze urządzenia, kurczę, które potrafią się mylić. I teraz nawet ostatnio miałem okazję testować Apple Watcha, bo wkrótce przygotowuję się jak co roku do zrobienia takiego wideo, które mówi o zmianach chociażby w tym zegarku. Ale nie ufam temu. Ufam bardziej swojemu własnemu rozsądkowi nie tylko wtedy, kiedy patrzę na elektronikę, ale również wtedy, kiedy po prostu dzieje się dużo wokół mnie. I też taką, wydaje mi się, ciekawą genezą mogą być chociażby wymagania rodzinne wobec nas samych, gdzie to co chwilę się orientujemy: „Kurczę, ode mnie cały czas ktoś coś chce i cały czas ktoś ode mnie czegoś oczekuje, a ja nie mam siły. I ja nie mogę wszystkim pomagać zawsze i nie zawsze muszę być na baczność. Czasami muszę stawiać sobie te granice”. Ale nie mówię tego w stosunku tylko i wyłącznie do rodziny, bo czasami ktoś może być taki w pracy na przykład twojej – niezwykle atencyjny, wymagający bardzo dużo skupienia. To może być także toksyczny szef. I jemu też trzeba ustawić te granice, bo właśnie nie ma nic cenniejszego od zdrowia psychicznego i nie ma nic cenniejszego od zaoszczędzenia sobie kilku dni kryzysu, które są wywołane właśnie przez to, przez naszą służebność. Owszem, trzeba być dobrym człowiekiem, trzeba być pomocnym, trzeba być dobrym, sumiennym pracownikiem, ale są pewne granice. Niewłasnym kosztem. Łatwo się mówi: „zmień robotę, zmień szefa”. Ale… ale nie stój bezczynnie, nie oczekuj właśnie tej kolejnej katastrofy, którą potem będzie trzeba w jakiś sposób odżałować, spłacić. Bo ja też wielokrotnie już to spłacałem i już wielokrotnie sobie udowadniałem, że właśnie przez to, że ja nie byłem wystarczająco asertywny, przez to, że ja brałem całe obciążenie psychiczne czy też cały stres na siebie za wszystkich dookoła, potem ja na samym końcu zostawałem z tym wszystkim sam. I to wydaje mi się, że jest cholernie ważne. Wszystko na rzecz tego, żeby nie budować sobie właśnie tej bezwładności stresu, zmęczenia, gdzie to orientujemy się, że po trzech tygodniach my jesteśmy kompletną dętką. Nie jesteśmy w stanie normalnie funkcjonować i właśnie bardzo często w takich momentach jest, że zostaje się z tym samemu. Bo wtedy, kiedy byłaś pełna energii, byłeś pełen energii i rzucałeś się wszystkim do pomocy, to okazuje się, że jesteś niesamowicie lubiany, potrzebny. A wtedy, kiedy musisz się wycofać, bo nie jesteś w stanie funkcjonować w sposób normalny, bo po prostu masz zły moment, to człowiek bardzo często jest sam. I to uczy trochę egoizmu. To uczy czasami stawiania siebie na pierwszym miejscu. Czy to jest zdroworozsądkowe? Jeżeli bierzemy te słowa, które mówię, w sposób w miarę racjonalny, wypośrodkowany, a nie zero-jedynkowy, to tak. Tylko ciężko jest to zrozumieć i naprawdę trzeba zaliczyć kilka mocnych uderzeń prosto w twarz od życia czy też od innych ludzi, żeby to zrozumieć. Że ja muszę mieć swoje własne bezpieczniki, ja muszę mieć swoje czerwone linie, których nie mogę przekraczać. Poza oczywiście wyjątkowymi sytuacjami. Ale na co dzień nie mogę ich przekraczać i nie mogę być gąbką wszystkich wokoło, bo każda gąbka ma swoją pojemność, po przekroczeniu której zaczyna się z niej wylewać woda. I wszystkie złe emocje to jest właśnie ta woda, a gąbką jest nasz mózg, który ma ograniczoną pojemność. I to zawsze musi się wylać i ten dług zawsze będzie trzeba w swoim życiu spłacić. Kiedy to człowiek chce, nie chce – musi zrobić krok wstecz, usunąć się gdzieś do cienia, poleżeć kilka dni w łóżku i to sobie wszystko wypłakać, albo nagle zacząć się na nowo dziwić, że wróciły mi ataki paniki, że znowu gorzej śpię, że nie potrafię pohamować u siebie apetytu, że do tego wszystkiego spada ogółem życiowa determinacja do robienia czegokolwiek, bo nagle odzywa się w tobie zapomniana już przez ostatnie miesiące czy też lata depresja, nerwica, stan ciągłego napięcia, z którym nie jesteśmy w stanie nic zrobić. Ale to jest właśnie kwestia konsekwencji tego, co się działo kilka tygodni temu na przykład. I że to właśnie wtedy, kiedy mamy do czynienia ze stresem, ze zmęczeniem, wtedy trzeba myśleć o tym, co być może przez to wszystko wydarzy się za trzy tygodnie. I ja właśnie staram się o tym myśleć. Dlatego praca nie jest najważniejsza, zwłaszcza w takich momentach, kiedy to u mnie pojawia się… nie wiem, pojawia się raz: taki perfekcjonizm, dwa: że lęk, tak jak w okresie jesiennym, że: „Kurczę, no to teraz sezon się kończy, to na pewno skończą mi się pieniądze, to się muszę zabezpieczyć na sześć razy, żeby teraz w tym okresie wszystko szło tak jak należy. Może poszukam błędów, mo

  3. Sep 14

    Dlaczego jestem kolarzem gorszym od Ciebie? (Na 10 lat kanału Prawie.PRO) (116)

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Prawie rok się zbierałem do napisania tego wideo. Jest ono dla mnie trudne. Dla osób postronnych jeszcze trudniejsze. W odbiorze. Jednak co roku staram się otwierać, zrywając swoją uśmiechniętą maskę, by pokazać, że jestem jak każdy. A tak naprawdę jestem gorszy.  Im mam gorszy moment, tym gorzej oceniam samego siebie. Możesz mieć w życiu wszystko. Pieniądze, sprzęt, miłość, proste zęby, wspaniałą pasję… Jednak pod koszulką, pod skórą, gdzieś głęboko w swoim sercu jesteś dla samego siebie zerem.  Najtrudniej jest to odkryć, zdać sobie z tego sprawę. Najtrudniej oglądać zdjęcia na których jesteś uśmiechnięty(a) pośród innych ludzi, gdy wiesz, że uważasz siebie za niepotrzebny element tej ilustracji. Gdy uważasz wszystkich wokół za mądrzejszych, ładniejszych, szybszych. Z lepszą przeszłością. Ciągle jest w Tobie napięcie, bo podświadomie boisz się tego, że ktoś odkryje Twoje słabości. Ktoś się zorientuje, że masz duży nos, wystający brzuch. Brak wytopionych mięśni. Zbędne 5 kilo. Boisz się, że nie dasz rady z innymi, nie dotrzymasz ich poziomu. Tym sposobem skażesz się na ocenę. Na wstyd. Tak. Ja odkryłem, że całe życie wstydzę się za siebie. Od najmłodszych lat. Od szkoły podstawowej, od zapisania się do młodzików Piasta Gliwice. Od pierwszego stażu. Od pierwszego etatu. Każda interakcja to lęk przed oceną. Dlatego wyjście z domu wymaga od Ciebie głębokiego oddechu. Przygotowania.  Czujesz napięcie, choć kompletnie nie łączysz tego z wejściem do sklepu, gdzie są inni. Robisz to, ale nigdy nie patrzysz prosto przed siebie. Odkrywasz, że zawsze patrzysz w podłogę. Domyślnie w peletonie zajmujesz ostatnie miejsce, bo tu najmniej osób na Ciebie patrzy.  Są oni a potem ja. Tak, ja tak mam. Dlatego nigdy, nawet jakbym miał formę, nie umiałbym wygrywać, bo bycie na pierwszym miejscu jest dla mnie większym dyskomfortem niż cień. Dlatego tak często świadomie w życiu wybieram cień. Dlatego tak ciężko jest nagrywać wideo, pozować do zdjęć albo nawet powiedzieć komuś cześć.  Dlatego wybierasz maile zamiast telefonów. Hamulec zamiast sprintu. Potakiwanie zamiast sprzeciwu. Dostawę pod drzwi zamiast do rąk.  Boisz się odrzucenia przez lepszych od Ciebie. Tyle, że wszyscy są lepsi od Ciebie. Chcesz być akceptowana i akceptowanym przez wszystkich, mimo, że nie z każdym trzeba utrzymywać relacje. Bo jesteśmy różni. Bo niektórzy naprawdę nie zasługują na naszą atencję, ponieważ żerują na słabości, braku odwagi i sprzeciwu. Uważasz, żeby zasługiwać na akceptację zawsze musisz wszystkim wozić bidony. A na koniec pokornie przyjmiesz słowa krytyki, bo dojechały 30 sekund za resztą, ciepłe i wygazowane. Jest Ci wstyd.  Ten sam, który czujesz przy stole podczas świąt, w pracy, w internecie, u lekarza, na zawodach czy w autobusie. Z przyzwyczajenia w pracy dajesz 110% i poprawiasz wszystko za innych. Już bez docenienia i dziękuję. Bo to już norma. Ale nie zwracasz na to uwagi. Głowa ulega adaptacji jak ciało do upałów czy nogi do polskich gór. Jednak koszt pozostaje ciągle ten sam. Wkładasz gigantyczny wysiłek w przeciwdziałanie gorszości. W obsługę wszystkich kompleksów, toksycznych ludzi, których przyciągasz do siebie jak zbyt ciasna koszulka tłuszcz. Nie możesz sobie pozwolić na ukazanie swojej słabości, bo pragniesz być jak inni. Wybierasz styl, którego nie trawisz, chowasz łzy za okularami, krople potu akumulujesz w czapce pod kaskiem, a ból przepłacasz zdartym szkliwem. Gdy ukażesz choćby przez chwile prawdziwą twarz, strach, brak sił okażesz się nieperfekcyjnym(a). Wstyd nie być idealnym. Prawda? Wszyscy tego wymagają.  Masz być szybki jak Pogacar. Chudy jak Niemiec. Mądry jak Dawid Myśliwiec. Silny jak Arnie. Twardy jak Szajba z Fali Zbrodni. Ładna jak Niewiadoma.  Ktoś Ci zaszczepił patologiczny wymóg bycia perfekcyjnym. Przyjęty bezkrytycznie i to jeszcze tak dawno, że nawet nie pamiętasz. Nie przypominasz sobie jak rodzice krzyczeli na Ciebie gdy płakałeś(aś) bo nie dawałeś rady? Chciałabyś zapomnieć jak koleżanki śmiały się z Twoich uszu i tego jak słabo grasz w siatkę? A to jak uderzył Cię chłopak z klasy i śmiali się z Twoich ubrań? A gdy mąż Ci powtarzał, że jesteś beznadziejna? Jak darł się na Ciebie przy wszystkich szef, choć to nie była Twoja wina? Pamiętasz jak było Ci wstyd na pierwszej ustawce kolarskiej będąc ostatnim? Albo jak się wywróciłeś i nikt nie podał Ci ręki. Gdy wszyscy się na Ciebie tylko biernie patrzyli.   Bycie nieidealnym to ryzyko powrotu do tego bólu, który wolisz zapomnieć. Bólu, który ukształtował cały Twój sposób patrzenia na świat. Który podporządkował dziesiątki Twoich zachowań, czyniąc z nich niewidzialne schematy. Dlatego już nie zwracasz uwagi na poziom wysiłku ani napięcia jaki generuje lęk przed wstydem. Najgorzej to sobie uświadomić. Najgorzej to wiedzieć, że z nikim nie możesz o tym porozmawiać. Zawsze jesteś sam w tłumie ludzi. Ty i Twój przewlekły strach.  To wszystko dotyczy ogromu z nas. Dorosłych dzieci, kierujących się w swoim życiu emocjami z dzieciństwa. I choć zdanie sobie z tego sprawy potrafi bardzo pomóc, to jednak w życiu każdego z nas zdarzać się będą momenty gdy bez okularów na rowerze będzie widać łzy.  Gdy nie masz siły odzywa się w Tobie ten kolega, zły mąż, rodzic mówiący, że zawsze musisz być silny/silna i najlepsza. Tymczasem nie istnieje perfekcja. Nie ma czegoś takiego jak ideał. Nie ma ludzi bezwzględnie mocnych, nie popełniających błędów. Pogacar też się wywraca. Większość kolarzy też ma nadmiarowy tłuszcz. Naukowiec również może się mylić. Z kolei gwiazda kina może być jedynie kreacją.  Ktoś kto wymaga lub wymagał od nas bycia idealnym sam nie jest doskonały. Okazuje się, że rodzice i nauczyciel mają jedynie swój punkt widzenia, który nie zawsze jest zgodny z prawdą. Kolega z klasy może dobrze kopał w piłkę, ale słabo radzi sobie z alkoholem. Kolega z grupy, który ostatnio był najszybszy na rowerze okazuje się mocny fizycznie, jednak może nie zdawać sobie sprawy, że opowiadanie o tym wszystkim jest powodem do wstydu. Tak, bo każda inteligentna osoba wie, że wszelkie próby wywyższania się, walki o docenienie jest tak naprawdę głośnym krzykiem ratunku. Tymczasem prawdziwi bohaterowie są cisi. Majętna osoba nie powie o swoich zarobkach. Naprawdę mocny kolarz nie będzie opowiadać ile zrobił kilometrów. A tym bardziej nigdy nie oceni słabszych od siebie by nie zrobić komuś przykrości chcąc podkreślić swoje ego. Nie ma takiej potrzeby.  W końcu gdy zapytasz wprost osoby wokół Ciebie czy zauważyły, że masz krzywy nos, większość z nich stwierdza, że dopiero teraz zwróciły uwagę na Twój największy kompleks. Dowiadujesz się też, że miarą wartości jako człowieka w jednym procencie jest Twoja szybkość. Wśród osób, które są przy Tobie ze względu na Twoje serce czy umysł. A nie to jak grałeś w piłkę w gimnazjum. Mało jest osób, które patrzą inaczej. I jeśli są wokół Ciebie to czy naprawdę muszą Ciebie kochać? Co to są zawody na liczbę znajomych na naszej klasie? Jeśli ktoś Cię cały czas krytykuje, to może robi to także dlatego, bo próbuje udoskonalać swój niedoskonały świat? Może sama się wstydzi tego kim jest? Może ten szef wyżywa się na Tobie, bo wie, że ma gorsze kompetencje od Ciebie? Tylko nie ma świadomości, że najsłabszym ogniwem tego zestawienia jest on sam, a nie Ty. Nawet nie wiesz ile własnych problemów mają osoby, które najbardziej udają bogów w każdej z dyscyplin życia. Jak sami są skrzywdzeni życiem i sfrustrowani tym gdzie się znajdują.  To jak krytykanci w Internecie. Najłatwiej ocenić upadek z kanapy. Wytknąć komuś zły wygląd samemu nie mając ustawionego awatara. Mówić, że nie masz zdolności, samemu nie potrafiąc poprawnie posługiwać się językiem w którym ciśnie po Tobie. A im bardziej jesteśmy spolaryzowani, tym więcej w nas determinacji do pisania rzeczy złych. Do wydawania ocen. Bo ocenianie jest najprostsze. Dużo łatwiejsze, niż analiza. To też najlepszy sposób na wywyższenie samego siebie. Łatwiej jest podnieść swoją wartość obniżając Twoją. Czy to nie jest znany schemat wampiryzmu? Przerzucanie swojego wstydu na Ciebie? Po co Ci takie relacje? Co takie osoby wnoszą do Twojego życia? Po co dajesz się ciągnąć w dół. No chyba, że chcesz być influencerem. Wiem, bardzo łatwo się to mówi. Gdyby to było proste to sam nie miałbym epizodów w których czuję się śmieciem. Jednak walka ze wstydem i własną wartością to jest proces. Trening. Raz FTP 4W w górę, następnie 8 w dół, a za jakiś czas 8 plus. Jednak gdy nie trenujesz to się cofasz coraz bardziej do cienia. Gdy boisz się ustawek i jeździsz na końcu to nie przekonasz się jak to jest być w środku razem z innymi. Że nie jesteś gorszy. Albo, że nikt na to nie zwraca tak naprawdę uwagi spośród wartościowych ludzi na których naprawdę nam zależy.  Trenując możesz się przekonać, że jednak da się odciąć od wampirów i tak naprawdę mniejsze grono osób, które nas lubi nie sprawia, że jesteś gorszym człowiekiem. No bo nie każdy musi Cię lubić, bo to nierealne i okupione codziennym wysiłkiem w którym to stawiasz siebie oraz swoje potrzeby na ostatnim miejscu. Uderzając pięścią w kierownicę przekonasz się też, że liczą się też Twoje potrzeby.  Z kolei mówiąc otwarcie o swoich lękach okazuje się, że jest łatwiej. Że mnóst

  4. Aug 31

    Po 10 latach usiadł na rower. To był koszmar… Kompendium o budowaniu formy od zera

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Ten odcinek to refleksje oraz praktyczne poradnikowe wskazówki na temat powrotu do aktywności fizycznej i rozpoczęcia przygody z kolarstwem. Opisuję drogę od znacznej nadwagi do budowania wysokiej formy i wydolności. Główne wnioski i porady z materiału: Początki i zaakceptowanie dyskomfortu: Pierwsze treningi po długiej przerwie wiążą się z bólem, zmęczeniem i konfrontacją z własnym ego. Jest to naturalny proces wynikający z zaniedbań z ubiegłych lat, do którego organizm potrzebuje czasu, aby się zaadaptować. Wydolność ponad siłę: Szybkość na rowerze i w górach wynika głównie z wydolności (VO2 max) oraz pracy serca i płuc, a nie jedynie z siły mięśni czy wyglądu nóg. Kluczowa jest wysoka kadencja (ok. 90–95 obrotów na minutę), czyli „kręcenie bez przesadnej siły”, by nie obciążać mięśni. Kluczowa rola konsekwencji: Najważniejszym czynnikiem w budowaniu formy jest regularność. Lepiej trenować rzadziej, ale stale, niż stosować zrywy. Forma u amatorów rośnie dynamicznie zwłaszcza w pierwszym sezonie. Trening i interwały: Poza spokojną jazdą długodystansową (wytrzymałość), warto wprowadzać krótkie, intensywne akcenty (interwały, sprinty, podjazdy na czas). Stymulują one układ krwionośny do pracy na wyższych obrotach i przesuwają granice wydolności. Masa ciała i odżywianie: Waga ma ogromne znaczenie w kolarstwie (szczególnie na podjazdach). Sama jazda nie gwarantuje spadku wagi, jeśli nie kontroluje się bilansu kalorycznego. Równie istotne jest dbanie o nawodnienie oraz elektrolity (np. unikanie alkoholu). Sprzęt i gadżety: Nie należy przeceniać drogowego sprzętu, drogich rowerów czy pomiarów mocy na początku. Stanowią one zaledwie procent sukcesu. Na start wystarczy prosty licznik, pomiar kadencji oraz pulsometr na klatkę piersiową do monitorowania pracy serca. Technika jazdy: Warto ćwiczyć pedałowanie na stojąco. Pomaga to przetrwać strome podjazdy, przynosi ulgę miednicy oraz dłoniom i poprawia krążenie podczas długich tras. Podejście mentalne: Należy trenować i rywalizować przede wszystkim ze sobą, nie porównując się do zawodowców ani innych kolarzy. Kolarstwo powinno być pasją i formą ucieczki od codziennego stresu, a nie źródłem frustracji.

    Po 10 latach usiadł na rower. To był koszmar… Kompendium o budowaniu formy od zera
  5. Jul 16

    Jestem niedoszłym alkoholikiem. Uratował mnie rower (114)

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Cześć. Tutaj Leszek. Niedoszły alkoholik.  Żyjemy w kraju z ogromnym problemem. W Polsce każdego dnia do południa schodzi 500 000 małpek. Pół miliona małych butelek mocnego alko na śniadanie. To jest do południa. Bo do północy schodzi ich 3 miliony. Codziennie każdego dnia. 3 miliony tylko tych małych butelek. W Polsce Żabka nie otworzy się jeśli w danej lokalizacji nie ma szans na koncesję. No dobra są takie trzy. To mnie przeraża. Tak samo jak otyłość wynikająca nie tylko ze złej diety, tylko z ilości wypijanego alkoholu każdego tygodnia, miesiąca, roku. Ile to jest kcal? Tak samo przykro mi jest obserwować jak wiele osób uprawia sport po to by pić i pije coraz więcej, bo uprawia sport. Zrobiłem o tym nawet cały film. O tej pułapce: Mogę dzisiaj wypić butelkę wina, bo dużo jeździłem. A jutro będę dużo jeździć, bo jutro też chcę się napić. Mówisz sobie, że Ci smakuje. A tak naprawdę chodzi o coś zupełnie innego. O to, że alkohol jako jedyny daje Ci to uczucie zdjęcia łańcucha z klatki piersiowej. Rozluźnia Cię, poprawia nastrój. Resetuje stres i problemy skryte cholernie głęboko. Być może nawet te z trudnego dzieciństwa.  Dlatego uważam siebie za niedoszłego alkoholika. Niedoszłego tylko dlatego, bo kiedyś udało mi się wychwycić ten schemat, ale co najśmieszniejsze nie u siebie.  Wychwyciłem to, patrząc z boku. Wychwyciłem będąc w grupie kolarzy, gdzie każdy był na kacu. Każdy narzekał na upał, zmęczenie, ból, zły nastrój, ale nie dlatego, bo trasa była wyjątkowo skomplikowana, a temperatura wyjątkowo wysoka.  Kiedyś zapytałem siebie po co tutaj jestem. Dla roweru czy dla wieczorów przy browarach po każdym powrocie do bazy. Rano ruszając już myślami byłem przy wieczornym stoliku  Jestem niedoszłym alkoholikiem też dlatego, bo spełniam wszystkie warunki osoby o wysokim ryzyku uzależnienia od alkoholu: Mam zdiagnozowane zaburzenia lękowe, jestem osobą o niskim poczuciu własnej wartości. Do tego alkohol w moim przypadku łagodzi przewlekły stres i napięcie. Niweluje stres. Po alkoholu jestem zabawny i pocieszny. Rozwiązuje praktycznie wszystkie moje codzienne troski. Nawet jedno piwo sprawia, że unoszę się te kilka milimetrów nad ziemią. Lubię to uczucie. Jest praktycznie takie samo jak po wjechaniu Bieńkówki na czas.  Jak każdy Polak żyję w otoczeniu gdzie jest powszechna kultura picia alkoholu podczas każdego spotkania. Każda uroczystość to alkohol. Chrzciny, urodziny, komunia, stypa. Kiedyś wjeżdzała wóda, teraz bardziej prestiżowe barwione alko, wina i piwo. Osoba niepijąca na imprezie to dzikus.   To nie jest nasza wina. To pewna tradycja i kultura. Zauważcie, że nawet w serialu Rodzina Zastępcza na którym się wychowywaliśmy w każdym odcinku był alkohol. Po czasie to dla mnie też masakra. Chociaż może przesadzam? W kolarskiej kulturze też kiedyś było tak, że każda wspólna trasa to meta z piwkiem. Bo piwo jest mokre i zimne i dobrze wchodzi po wysiłku. Na szczęście zauważam, że wiele dobrego pod tym względem zrobiły napoje funkcjonalne i piwa zero.  Tylko nie wiem ile osób aktywnych sportowo potem samemu pije w domu. Ile osób narzeka na nadwagę wiedząc, że to nie wina złego jedzenia, tylko tego, że nie potrafią rzucić alkoholu. Sporo z nas nawet nie wie ile kcal ma butelka wina i deska serów. Co weekend. Każdy weekend. Dobra, dzisiaj poszaleję, od poniedziałku znowu dieta. W poniedziałek stajesz na wadze i znów wyrzuty sumienia. Masz wyrzuty, to więcej musisz jeździć, żeby zbudować deficyt na weekend. Nie chciałbym zostać źle zrozumiany. Nie mam nic do alkoholu. Nie mam nic do sprzedawania go na każdym rogu. Tak samo nie mam nic jak ktoś obok mnie zamawia piwo do kolacji. Bo ma taką ochotę. Tak samo jak lampka wina do obiadu czy prosecco na śniadanie jak u południowców. Mi chodzi tylko o regularność oraz schematy. O warunkowanie. O to, że zawsze grill to alkohol, zawsze dzień wolny od pracy to alkohol. Albo każdy wieczór to też alkohol.  Nie dlatego, bo piwo super uzupełnia kcal, bo wino super smakuje. Picie dla smaku to inne picie, niż picie pod pretekstem dobrego smaku czy dobrej okazji. Gdzie głęboko w sercu wiesz, że po wypiciu przyjdzie ten moment rozluźnienia. Przez całą trasę na rowerze myślisz o tym, że rozluźnisz się przy piwie. Albo przez cały wujowy tydzień w pracy myślisz, że w weekend przyjdzie okazja do napicia się. Tak. Ja kiedyś też czekałem. Szedłem ze skrzynką do sklepu specjalistycznego na wymianę butelek.  Dlaczego dzisiaj piję raz do roku a nie co drugi wieczór? Ja nie przestałem pić z dnia na dzień, chociaż miałem takie momenty, kiedy przez rok nawet nie powąchałem alko. Byłem wtedy na redukcji po zakupie drugiej szosy. Chciałem jak najszybciej zjechać że 103 na 79. Wiedziałem że alkohol jest największym niszczycielem wszelkich postępów. Ponieważ uruchamia u mnie jeszcze dodatkową gastro fazę. Nie tylko dlatego, bo do piwa idealnie pasuje pizza. U mnie wyłączały się wówczas wyrzuty sumienia, które wracały z podwójną siłą następnego poranka. Stąd ta zerojedynkowa decyzja z dnia na dzień.  Tak samo przestałem czytać o nowych piwach kraftowych i oddałem kaucyjną plastikową skrzynkę do sklepu bez wymiany na nową.  Nawet nie zdajesz sobie sprawy jak ta decyzja mi pomogła. OK, przez pierwsze 2 tygodnie było ciężko, psychicznie. Bo wiesz, że w domu nie czeka zimne piwo. Tak samo jak nie czeka czekolada i paczka chrupek. Jednak po 3 tygodniach ból zamienił się w lekkie pieczenie, a po 6 tylko szczypanie. Co prawda musiałem omijać alejki z piwami, ale jakoś dawałem radę. Po dwóch miesiącach widziałem zdecydowaną różnicę w wyglądzie i samopoczuciu. Miałem mniej dni z epizodami nerwicy lękowej czy depresji. Dziwnie lekko na sercu i na wadze. Okazało się też, że leki, które przyjmuję mogą lepiej działać gdy nie łączę ich z alko. Pamiętam też jak smakowało pierwsze po roku piwo. Jedno. Wypiłem jedno, a nie trzy. Bo była super okazja. Naprawdę wyjątkowa.  Gdy ustabilizowałem wagę to włączył mi się tryb oszczędzania kalorii. Zaczęło mi być szkoda pracy, którą włożyłem w to wszystko. Mówiąc o kaloriach mam na myśli nie tylko te z alkoholu, ale przede wszystkim te wynikające z późniejszej gastrofazy. Nauczyłem się też odmawiać, mówiąc wprost, że mojego bilansu energetycznego nie stać dziś na więcej.  Dlatego przez ostatnie 10 lat upiłem się tylko raz. Raz miałem kaca i to tylko po to, aby upewnić się w przekonaniu, że nie chcę więcej do tego wracać.  Zacząłem używać alkohol tak jak rzodkiewkę. Kiedy jadłem ostatnio rzodkiewkę? Nie pamiętam. Kiedy zjem kolejną? Nie mam pojęcia. Czy przeszkadza mi ktoś kto obok mnie je rzodkiewkę? Nie. Tak samo w sklepie może być cały dział z rzodkiewkami. Przejdę obojętnie.  Dzisiaj mamy lipiec w kalendarzu. Ostatnie dwa piwa wypiłem w grudniu. Taka statystyka powiela się u mnie już chyba drugi rok. Jakie odczuwam korzyści z niemal całkowitej abstynencji?  Zawsze jestem kierowcą.  Ale też mniej wydaję na taksówki A tak na serio, największe korzyści czuję na wyjazdach. Mam zarąbistą regenerację. O wiele lepszą. A w trakcie samej jazdy mniej narzekam. Lepiej śpię. Fizycznie czuję się naprawdę super. Na codzień i na rowerze. Doszedłem do wniosku, że na obozach piwo przyjmuje ujemny współczynnik regeneracji. Dokłada ciału dodatkowy wysiłek, psuje jakość snu, metabolizm, resyntezę glikogenu, obciąża wątrobę i przede wszystkim łeb. Nastepnego dnia już nie czuję się jak nadmuchana beczka.  Umiem odmawiać do perfekcji. Wszystko zrzucam na sport, zawody, cele. Przygotowuję się do czegoś tam, w związku z czym nie piję alkoholu. Jutro mam test FTP, za dwa tygodnie wyścig. Wszyscy to łykają i już bez pytania otwierają mi zerówkę albo colę. Nie boję się już braku akceptacji w grupie jak powiem, że nie piję. Mam też oczywiście mniejsze wahania wagi. 76/77 kg niezmiennie. Oszczędzam mnóstwo kcal, które mogę zagospodarować sobie inaczej. Zamiast alko mogę sobie kupić draże korsarze, chrupki orzechowe albo żelki. Raz w tygodniu walnąć kebsa.  Policz też ile kasy zostawiałeś w knajpach na alkohol. A ile w skali roku wychodzi na ten kupowany w sklepie. Można się śmiać, ale jeśli to jest tysiak rocznie, to można go przewalić na inne głupoty. Na ceramiczne łożyska suportu.  Jak można spróbować to ogarnąć samodzielnie? Pierwsze pytanie jest w pełni szczere. Do samego siebie. Pijesz bo Ci smakuje, czy pijesz dla uczucia gilgotania. Jak dla smaku to luz. Jesli dla odreagowania i często o tym myślisz, to znaczy, że gdzieś, kiedyś może być problem. Tym bardziej jeśli tak jak ja słowo PROBLEM masz wypisane na twarzy. To stwarza ryzyko w przyszłości. Wtedy możesz spróbować po prostu stopniowo zmniejszać ilość alko w Twoim życiu. Bo z dnia na dzień może być ciężko.  Gorzej jeśli zdarza Ci się pić do ocinki, do zerwania filmu. To jest ogromna czerwona flaga. Tak samo jak ukrywanie się z piciem czy robienie zapasów, by nigdy w domu nie zabrakło. Druga kwestia to motywacja. Jeśli masz do zrzucenia kilka kilogramów to wiedz, że tyje się nie tylko od jedzenia. W cholerę ludzi jest otyłych przez alkohol. Raz, że każde piwo to pół paczki chipsów, numer dwa to gastro.  Trzy to wpływ na formę. Zwłaszcza na wyjazdach. Po 4 dniu jazdy z imprezami co wieczór wysiadasz. Zamiast cieszyć się sportem walczysz tak naprawdę z kacem, który siada na nogi i głowę. Tak samo cofa

    Jestem niedoszłym alkoholikiem. Uratował mnie rower (114)
  6. May 27

    Jak od lat utrzymuję wagę po zakończonym odchudzaniu (112)

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Fragment książki Prawie.PRO Wygraj Siebie. Leszek Śledziński, Wydawnictwo ZNAK, 2022. Znam wielu ludzi. Tych, którym się nie udało i po czasie zmarnowali to wszystko, jak również tych, którzy od wielu lat konsekwentnie ważą tyle samo. Jak oni to robią? Po prostu nadal tkwią przy zbilansowanym jedzeniu, spożywając tyle kalorii, ile danego dnia zużył organizm. Tu można postawić kropkę i zamknąć ten temat. To oznacza, że nie tracą ponownie kontroli. Nie upajają się sukcesem. Oczywiście, wszystko jest dla ludzi. Alkohol, słodycze, hamburgery, frytki, pizza, a nawet te najgorszej jakości ciastka z dyskontu. Jednak musisz zyskać nad tym jakiekolwiek panowanie. Do tego nie można wpaść w schematy na linii sport–dieta, których ja doświadczałem. Czasami miałem tak, że po mocniejszym treningu albo zawodach pozwalałem sobie na dwa piwa. Następnie zauważyłem, że coraz więcej daję sobie przyzwoleń na te frytki, czekoladę, ponieważ intensywnie trenuję. W końcu spaliłem dzisiaj dodatkowo tysiąc kalorii. No dobrze, ale nie musisz tego uzupełniać w taki sposób. Bo może to się skończyć tak, że postanowię jeździć każdego dnia po sto kilometrów tylko po to, aby codziennie spożywać coś, czego nie powinienem. To pułapka, przez którą może się okazać, że sport w moim życiu jest tylko po to, aby pić i żreć. Dobrze, że na czas to wychwyciłem – ten nowy harmonogram, który moja głowa próbowała ułożyć, znów dając sobie te liczne nagrody, będące pokłosiem starego nałogu. Przy tym niezbędne jest weryfikowanie wagi. Kiedy piszę, aby robić to regularnie, to odzywają się niekiedy osoby mówiące mi, że jest to wpędzanie siebie w zaburzenia odżywiania i chorobliwe kontrolowanie wagi. Jednak mi nie chodzi o to, aby płakać nad każdym kilogramem, nie. Mam na myśli pewną dyscyplinę. Samokontrolę. Ja, mając siedemdziesiąt siedem kilogramów masy, wiem, że na następny dzień po ciężkim treningu oraz uzupełnieniu deficytu zanotuję siedemdziesiąt dziewięć. Znam swój organizm i mam pewną tolerancję. Jednak gdyby pojawiło się osiemdziesiąt cztery, wówczas biłbym na alarm. Z tego też względu wolę każdego dnia zadać sobie pytanie, czy oby nie przesadzam z kaloriami, niż obudzić się w przeszłości, wychodząc z założenia, że nie można być niewolnikiem tego kawałka elektroniki w mojej łazience. Umówiłem się sam ze sobą, że najlepiej wyglądam i czuję się przy określonej liczbie kilogramów, i tego się trzymam bez względu na święta, wyjazdy, rocznice, zawody, smutek czy wakacje. Korzystam ze wszystkich dobrodziejstw zaopatrzenia sklepowego, jednak bardzo staram się nie przesadzać w żadnym kierunku. Jem i piję wszystko, co jest legalne. Jednak za każdym razem pozostawiam ten lekki niedosyt. To delikatne czasem cierpienie jest szacunkiem dla przeszłego wysiłku. Po prostu cholernie byłoby mi tego szkoda. Nawet jeśli ktoś oceni to jako zaburzenie odżywania albo wpędzanie w nie innych. Zatem czy wypicie trzech piw zamiast pięciu, brak cukru w kawie, napój light albo notowanie swojej wagi co drugi dzień to choroba czy dbanie o swoje ciało i psyche? Czy sprawdzanie stanu swojego rachunku bankowego co dwa dni to mania, a może kontrola poziomu wydatków? Sprawdzanie średniego spalania auta na trasie to działanie kompulsywne czy racjonalne? Tak samo jak odpowiedzialnie starasz się wydawać pieniądze na zakupach, jeździć oszczędnie oraz weryfikować swoje postępy w pracy, powinieneś(-nnaś) zwracać uwagę na jadłospis oraz wagę. Bez przeginania w żadną ze stron. Nie wpadaj w panikę, jeśli w wigilię zjesz o dwa kawałki ciasta za dużo albo wypadnie raz na jakiś czas zbyt szalona impreza. Jednak nie przyjmuj tego za normę. Przy tym wszystkim bardzo mi zależy na poznawaniu doświadczeń innych. Zwłaszcza osób, które osobiście poznałem i które tak samo jak ja zdecydowały się zrzucić kilkadziesiąt kilogramów. Żadna z nich nie powiedziała, że to było proste. Nikt nie odkrył innego sposobu niż wyżej opisany. Nie poznałem też nikogo, kto nie liczyłby choć orientacyjnie spalanych i spożytych kalorii.

    Jak od lat utrzymuję wagę po zakończonym odchudzaniu (112)
  7. Feb 3

    Ten podcast (film) trwa godzinę. I to jest celowe. Pierwszy taki od 8 lat (111)

    Chcesz mnie wesprzeć? Kup sobie coś na Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/ Facebook: https://www.facebook.com/leszekprawiepro Prawie osiem lat minęło, odkąd ostatni raz nagrywałem wideo z samochodu. Kiedyś, jeszcze przed startem Prawie.PRO, moje długie, monotonne monologi zza kółka były stałym punktem programu na starym kanale. Potem pochłonęły mnie szosa, sklep, trenażery, ujęcia z drona i dynamiczne materiały. Przez te wszystkie lata regularnie dostawałem od Was wiadomości z pytaniem, czy wrócą kiedyś te surowe, godzinne pogadanki bez cięć, filtrów i napinki. Ten film trwa prawie godzinę i to jest w pełni celowe. Wracam nim właśnie z trasy, prosto do biura, świeżo po powrocie z Hiszpanii. W lutym na zewnątrz jest minus dwanaście stopni, w głowie kłębią się setki spraw biznesowych związanych z zamówieniami nowych kolekcji na czerwiec, a organizm wysyła pierwsze subtelne sygnały ostrzegawcze. Zamiast iść na zaparty i robić za wszelką cenę mocny trening, który w stanie zmęczenia podróżą i stresem zakończyłby się tygodniową infekcją, wybrałem regenerację i szczere przegadanie tego, co siedzi w środku. Rozmawiamy o rzeczach, na które w krótkich filmach zwykle brakuje miejsca. O słuchaniu własnego ciała i odwadze do odpuszczania jednostek treningowych, o pułapkach magazynowych w branży odzieżowej i zarządzaniu zapasami, które wyłożyły nawet takie potęgi jak Rapha, oraz o tym, jak patrzeć w przód – dokładnie tak jak podczas corneringu na alpejskim zjeździe, gdzie patrzy się nie tam, gdzie aktualnie jedziesz, tylko tam, gdzie za chwilę masz się znaleźć. Zaparzcie sobie dobrą kawę, wsiądźcie ze mną do auta i posłuchajcie tego długiego, spokojnego powrotu do korzeni. Dziękuję Wam za te wszystkie lata wspólnej drogi i za to, że po prostu jesteście.

About

Leszek Prawie.PRO O tym jak sport, kolarstwo, triathlon odmienił i odmienia mnie oraz moje życie. Opowiadam o zmianach fizycznych i mentalnych jakie przeszedłem i przechodzę. Każdego dnia. Chcę dzielić się swoją największą pasją i pomagać także tym, którzy są na początku swojej drogi do przemiany. Chcesz mnie wesprzeć? Sklep Prawie.PRO: https://prawie.pro/pc/sklep/ Mój Instagram: https://www.instagram.com/prawie_pro/
 O mnie: https://prawie.pro/leszek-sledzinski/

You Might Also Like