Szary na białym

Arkadiusz Szarek

Arkadiusz Szarek

Episodes

  1. 06/07/2023

    Po przysiędze - #14 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest podsumowaniem serii, w której dzielę się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Wszystkie wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Na początek historyjka Każda przysięga małżeńska musi się skończyć, musi wybrzmieć. Każda msza ślubna również w końcu osiąga końcowy moment błogosławieństwa. Po naszym ślubie zostaliśmy jeszcze na moment przy ołtarzu by podziękować Bogu za małżeństwo, które właśnie zawiązaliśmy. Gdy już wstaliśmy, byliśmy tak podekscytowani, że ku przerażeniu fotografa, który zupełnie nie był przygotowany i ustawiony, pędziliśmy w kierunku głównych drzwi kościoła. Wyszliśmy na zewnątrz a tam… pusto. Nikogo nie ma. Okazało się, że w ślubnej euforii nie czekaliśmy, aż goście wyjdą na zewnątrz, by przywitać nas brawami i wiwatami. Zamiast tego, zderzyliśmy się ze zwyczajnością otoczenia, podkreśloną dobitnie przez mężczyznę na rowerze, odzianego w robocze ubrania, który właśnie przejeżdżał biegnącą obok drogą. Ptaki śpiewały podobnie jak wtedy, gdy wchodziliśmy do kościoła. Słońce świeciło tak samo mocno, a z racji dobrej pogody, na okolicznych górkach wciąż było widać traktory i pracujących ludzi. Można by powiedzieć, że świat nie zauważył naszego małżeństwa. Ziemia nie zatrzymała się na ułamek sekundy, a na niebie nie rozbłysła nowa gwiazda. Wszystko dookoła wydawało się takie samo. Nic jednak już nie było takie samo. Poślubna (nad)zwyczajność Wydaje się, że młodzi ludzie, którzy zawierają małżeństwo w końcu muszą zderzyć się z tak zwaną szarą rzeczywistością. Wierzę jednak, że miesiąc miodowy nie musi się kończyć. Wierzę, że przysięga małżeńska podpowiada mi jak budować małżeństwo, w którym ślubna euforia będzie trwać, a nawet rosnąć. Jestem przekonany, że małżonkowie, którzy świadomie weszli w małżeństwo, zaprosili do siebie Boga i wspólnie z Nim budują miłość na wszystkich poziomach swojego życia, tacy małżonkowie mogą codziennie mówić, że w ich życiu jest tylko lepiej, że miesiąc miodowy przemienia się miodowe kwartały, lata i dekady. Od kiedy wstąpiłem w małżeństwo, zwyczajność przestała być zwyczajna. Odkąd wstąpiłem w małżeństwo, przeżywam najlepszy czas w moim życiu. Mam nadzieję, że przemyślenia publikowane w mojej małżeńskiej serii, które bardzo mi pomagają, były i nadal będą inspiracją dla narzeczonych i małżonków, by również oni budowali naprawdę piękne i święte związki. Podsumowania Serię tę pisałem przez siedem lat. Na początku nawet nie wiedziałem, że ją piszę. Jej początków upatruję w Częstochowie, gdzie razem z Anią pojechaliśmy na kilka miesięcy przed ślubem, by modlić się za nasze małżeństwo. Tam, spacerując po wałach jasnogórskich rozmawialiśmy o przysiędze małżeńskiej. Słowa ślubowania wracały do mnie w kolejnych miesiącach i latach. Swoje myśli, najpierw bardzo nieskładne, zacząłem zapisywać, a później porządkować, właśnie według klucza kolejnych słów przysięgi małżeńskiej. Dzięki lockdownom znalazłem czas, by zabrać się za to na poważnie i w ten sposób powstał mój blog. Dokładnie trzy lata temu opublikowałam pierwszy wpis: “Tylko lepiej”. Pisanie czasami szło szybciej, innym razem dawałem sobie więcej czasu na przemyślenie tematu. Przez cały jednak czas miałem poczucie, że nie jestem jedynym autorem tych tekstów. Wierzę w działanie Ducha Świętego i jestem przekonany, że miał On kluczowy udział w powstaniu tej serii. Podziękowania Wszystkie te wpisy oddaję zatem Bogu. Panie, Ty działasz w przedziwny sposób i rzeczy niewyobrażalne czynisz wykonanymi. Tobie chwała na wieki! Aniu, Żono, Najdroższa. Bez Ciebie nie powstałby choćby jeden akapit. Byłaś dla mnie inspiracją, krytykiem, redaktorem i nieustannym wsparciem. Jesteś nie tylko cichą bohaterką całej tej serii, ale także cichą jej autorką. Zaszczytem jest być Twoim mężem! Chciałbym w tym miejscu wspomnieć też o Krzystofie – prezbiterze diecezji tarnowskiej, a prywatnie bracie mojej żony. Dziękuję Ci za merytoryczną i teologiczną korektę i podsyłane inspiracje. Drodzy Rodzice (cała czwórko) – dziękuję za ogrom wpierających słów i gestów. Byliście zawsze pierwszymi osobami, które czytały i słuchały tej serii. Dziękuję i kocham. Drodzy Przyjaciele, którzy w internecie, komunikatorach i na żywo dzieliliście się tym, że czekacie na kolejne wpisy i pokazywaliście, że warto było podjąć się tego dzieła. Dziękuję za Waszą otwartość i chęć dzielenia się kawałeczkiem swojego życia. Cieszę się, że mam tak dobrych ludzi wokół siebie. Nie mogę oczywiście też zapomnieć o wszystkich moich czytelnikach. Cieszę się, że jesteście i czytacie. Nigdy nie byliście dla mnie tylko statystyką wyświetleń wpisu. Niech Pan błogosławi każdemu z Was i prowadzi Was do świętości. Co dalej? Muszę przyznać, że przez lata tworzenia tej serii nie zastanawiałem się co będzie, gdy ją skończę. Porwanie się na opisanie całej przysięgi małżeńskiej było, jak by nie patrzeć,  pomysłem dość szalonym, a odległy finał ginął za horyzontem. Jak się jednak okazało, powstałe lata temu marzenie udało mi się zrealizować. Okazuje się jednak, że na domknięciu tej serii nie koniec! Z ogromną przyjemnością informuję, że franciszkanie prowadzący na YouTube kanał “mniejsi” zaprosili mnie do stworzenia własnej serii, która dotyczy właśnie przysięgi małżeńskiej! Zapraszam Was na ich kanał i do obejrzenia całej serii! Mam nadzieję, że udało nam się nagrać kilkanaście odcinków, które są jakościowe nie tylko pod względem obrazu i dźwięku, ale także treści. Pierwszy z nich, będący zapowiedzią całości znajdziecie poniżej. Wszystkie pozostałe znajdziecie na kanale „mniejsi” lub na playliście, która pojawi się po kliknięciu w poniższy odnośnik. Wszystkie odcinki przypięte są też przy poszczególnych wpisach na blogu. A jeszcze później? Cóż… Zobaczymy… Znając jednak Pana Boga – nie pozwoli mi zbyt długo siedzieć bezczynnie. Chwała Panu! Polub i skomentuj ten wpis na moim Facebooku Artykuł Po przysiędze – #14 Przysięga małżeńska pochodzi z serwisu Szary na białym.

  2. 05/21/2023

    Tak mi dopomóż... - #13 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Na początek historyjka    – Arek, widziałem, że ostatnio wrzuciłeś na Fejsa jakieś nagranie w którym śpiewasz. Jakaś kościelna pieśń. Ty jesteś jakiś taki bardziej kościołowy? – zapytał mój kolega. W głowie szumiała nam już końcówka drugiego portera. Reszta znajomych z pracy, z którymi wyszliśmy na piwo, wyszła albo puścić dymka na zewnątrz, albo domówić kolejny kufel, względnie coś do jedzenia.    – Tak, wydaje mi się, że jestem dość kościołowy. – odpowiedziałem. – A Ty?   – U mnie to dość skomplikowane. Długo by opowiadać, ale do kościoła raczej już w swoim życiu nie wejdę. – odpowiedział. Bardzo się lubimy. Obydwaj staramy się być profesjonalistami i dobrze wykonywać swoją pracę, mamy do siebie sporo szacunku, więc i ta rozmowa była miła i bardzo jakościowa. Zeszła w końcu na temat małżeństwa. Opowiedziałem o naszej wspólnocie, o tym jak z Anią budujemy związek, jak patrzę na małżeństwo. Gdy jednak towarzystwo zaczęło wracać do naszego stolika i wiedzieliśmy, że za kilka sekund temat się urwie, rzucił na koniec:    – Kurde… Jak mówiłem, z Kościołem mi nie po drodze i wiary Ci nie zazdroszczę, ale tego małżeństwa Ci cholernie zazdroszczę. Ja bym tak nie umiał. – dodał.   – Wiesz… Ja też nie umiem… – uśmiechnąłem się i obydwaj przyłączyliśmy się do “pracowych” tematów, żywiołowo komentowanych przez powracające osoby. Przysięga niemożliwa Docieramy do ostatniego z wyrażeń przysięgi małżeńskiej. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci. Słowa te stanowią swoiste podsumowanie całego ślubowania, a jednocześnie stają się punktem wyjścia do dalszego życia. Zanim zagłębimy się w rozważanie tych słów, przypomnijmy sobie najpierw czego dotyczyła cała przysięga małżeńska. Oto dwoje ludzi, różnych od siebie, mężczyzna i kobieta, ja i ty, stają naprzeciw siebie i biorą siebie nawzajem. Widząc jednak, że branie to bardzo łatwo może się zamienić w pełne gwałtowności zawłaszczanie, szukają pomocy, wzorca, jakiegoś drogowskazu, który pomoże im budować małżeństwo. Odnajdują go w osobie Jezusa, który poprzez obraz z Kany Galilejskiej zaprasza człowieka do realizacji nowego programu dla małżeństwa – stawania się świętym. Następnie ten Jezus przeprowadza małżonków przez cztery wielkie przyrzeczenia, cztery miłości wyrażone słowami: miłość, wierność, uczciwość, nie opuszczę. Słowa te pokazują, że uświęcenie człowieka, które jest celem małżeństwa, dotyka wszystkich dziedzin naszego życia. Od teraz małżeństwo staje się sposobem doskonalenia w miłości, a ostatecznie doprowadza dwoje ludzi do stania się jak Bóg. Miarą zaś tej miłości jest śmierć. Tak budowane i przeżyte małżeństwo staje się z kolei drogą prowadzącą do nieba. Ktoś bardzo słusznie mógłby jednak w tym miejscu powiedzieć: Wszystko pięknie, ale przecież to jest niewykonalne! Przecież ten cały pomysł na małżeństwo to jakaś niemożliwa idylla, która może i wygląda dobrze na papierze, ale w praktyce jest tak mało ciekawa, jak niemożliwa do zrealizowania. Droga, o której piszesz, to syzyfowa wspinaczka pod górę. Szczyt jest zbyt wysoko, a wspinaczka zbyt nużąca. Ta przysięga jest niemożliwa! Co zatem odpowiedzieć takiej osobie? Masz rację. Tak. Przysięga małżeńska jest przysięgą niemożliwą do realizacji! Małżeństwo z kolei jest pasmem trudów, błędów, upadków, zranień i cierpienia! Pamiętacie jeszcze “standardową ciocię” z pierwszego wpisu? Wygląda na to, że w jej czarnowidztwie jest sporo racji. Małżonkowie podchodzący do ołtarza powinni być zatem traktowani jak szaleńcy, którzy biorą udział w misji samobójczej. Sami zresztą powinni mieć świadomość tego, że porywają się na coś, co ich przerasta. Bo tak w istocie jest. Mądrzy narzeczeni wiedzą, że małżeństwo jest ponad ich siły. Wiedzą, że tak naprawdę nie dorastają do wymagań stawianych przez sakrament. Wiedzą, że bardzo dużo im wciąż brakuje. Dopiero stając w takiej pokorze, w takiej prawdzie względem siebie, mogą z pełnym przekonaniem przysięgę małżeńską dokończyć. Bo nie prosi o pomoc ten, kto myśli, że jej nie potrzebuje. Dopiero po przyjęciu takiej postawy, ostatnie wyrażenie przysięgi będzie naprawdę szczerym wołaniem do Pana. Wołaniem o pomoc w tym, co niemożliwe, o pomoc w tym, co po ludzku zupełnie nieosiągalne. Bez Boga, ani do proga Bez Boga, ani do proga – mawiali nasi przodkowie. W tej ludowej sentencji zawierała się głęboka pobożność tych ludzi i wiara w to, że błogosławieństwo Boga jest warunkiem koniecznym w życiu człowieka. Potwierdzali oni w ten sposób słowa Psalmisty: Jeżeli Pan domu nie zbuduje,na próżno się trudzą ci, którzy go wznoszą.Jeżeli Pan miasta nie ustrzeże,strażnik czuwa daremnie. Psalm 127,1-2 Również małżonkowie, wypowiadając swój ślub i widząc jak wielkie zobowiązanie na siebie biorą, mówią: Bez Ciebie Boże, to nawet do proga. Bez Ciebie nie wiemy nawet, czy uda nam się wyjść w zgodzie z tego kościoła. Dlatego na końcu przysięgi dodają tę bardzo uroczystą formułę: (…) tak mi dopomóż, Panie Boże wszechmogący, w Trójcy Jedyny, i wszyscy święci! Wzywają całe niebo, by pomogło im w realizacji tego wspaniałego zadania. Nie da się oddzielić chrześcijańskiej wizji małżeństwa od Boga. Nie da się zbudować tak doskonałej relacji wyłącznie w oparciu o ludzkie siły. Dlatego nie dziwią słowa znajomego z początkowej historii: Wiary Ci nie zazdroszczę, ale tego małżeństwa Ci cholernie zazdroszczę. Ja bym tak nie umiał. Nic dziwnego. Bez wiary nikt tak nie umie. Nie umiem tego ani ja, ani moja żona. Dlatego nie liczymy tylko na siebie, nie liczymy na nasze ludzkie, zawodne siły, ale wołając od pierwszej minuty naszego małżeństwa Boże pomóż! wybieramy Go, by (jak to określa prorok Jeremiasz) to On był naszą nadzieją. «Przeklęty mąż, który pokłada nadzieję w człowieku i który w ciele upatruje swą siłę, a od Pana odwraca swe serce. Jest on podobny do dzikiego krzewu na stepie, nie dostrzega, gdy przychodzi szczęście; wybiera miejsca spalone na pustyni, ziemię słoną i bezludną. Błogosławiony mąż, który pokłada ufność w Panu, i Pan jest jego nadzieją. Jest on podobny do drzewa zasadzonego nad wodą, co swe korzenie puszcza ku strumieniowi; nie obawia się, gdy nadejdzie upał, bo zachowa zielone liście; także w roku posuchy nie doznaje niepokoju i nie przestaje wydawać owoców». Księga Proroka Jeremiasza 17,5-8 Codzienność z Bogiem Powyższe słowa proroka jeszcze mocniej obrazują potrzebę nieustannego oddawania każdej chwili Bogu. Takich miejsc w Biblii znajdziemy więcej, jak choćby Psalm 1, czy fragment Ewangelii mówiący o budowaniu na skale. Narzeczeni, którzy wypowiadają słowa przysięgi małżeńskiej wyznają, że chcą czerpać z tego niekończącego się źródła, z tego strumienia, do którego sięgają swoimi korzeniami. Takie zwrócenie się do Pana w małżeństwie staje się niczym innym, jak powrotem do raju, powrotem do rajskiego ogrodu. Osiąganie świętości w małżeństwie oznacza zatem odkrycie na nowo tego pierwotnego szczęścia i naszej właściwej tożsamości. Jest to powrót do stanu nieustannego kontaktu i bliskości Boga. W Księdze Rodzaju znajduje się zdanie, które od wielu lat mnie fascynuje. Ukazuje ono rajską rzeczywistość w dość poetycki sposób. Gdy zaś mężczyzna i jego żona usłyszeli kroki Pana Boga przechadzającego się po ogrodzie, w porze kiedy był powiew wiatru, skryli się przed Panem Bogiem wśród drzew ogrodu. Księga Rodzaju 3,8 Akcja dzieje się chwilę po tym, gdy pierwsi ludzie spróbowali zakazanego owocu. Do grzechu pierwszych ludzi zaraz przejdziemy. Od dawna spokoju nie dawało mi jednak to wtrącenie pośrodku zdania. W porze kiedy był powiew wiatru. Bibliści pewnie znajdą dla tych słów symboliczne i głębokie wyjaśnienie. Dla mnie jednak pięknie pokazują one codzienność bycia z Bogiem. Bóg przechadzał się po ogrodzie, bo wiało. Wyobrażam sobie, że nie był to pierwszy tego typu Boży spacer. Wyobrażam sobie, że Bóg przechadzał się po ogrodzie regularnie, a to wtrącenie, które z pozoru nic nie wnosi, tylko potwierdza zwyczajność tej sytuacji. Tak, jakby rolnik powiedział: Jaki fajny, rześki powiew! Pójdę się przejść! Życie małżonków, którzy na serio biorą swoją przysięgę małżeńską, staje się właśnie takim codziennym byciem z Bogiem. Bogiem, który przechadza się po ich domu, który uczestniczy w zabawach z dziećmi, który błogosławi całej codzienności. Bogiem, który sprawia, że ten dom, ta codzienność, coraz bardziej przypomina rajski ogród, a małżonkowie coraz wyraźniej widzą siebie i ukazują się sobie nawzajem,

  3. 05/08/2023

    Aż do śmierci - #12 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Na początek historyjka– Co pan za głupoty wygaduje!? Chyba pana porąbało! – grzmiał groźnie ojciec. Staliśmy we dwóch na środku kościoła. Większość ludzi już wyszła. Kilka minut wcześniej zakończyła się Msza, w czasie której syn tego człowieka przyjął chrzest i stał się chrześcijaninem. – Mówię tylko – odpowiedziałem, próbując zachować spokój –  że nie wypada stroić sobie żartów i robić zabawnych zdjęć w tak poważnym momencie. Na pogrzebie babci też by Pan takie cyrki wyprawiał? – A kto tutaj niby umarł!? To tylko chrzest! – dołączyła do nas matka. – Chrystus. Właśnie skończyła się Msza, ofiara. – odpowiedziałem. – W takie bajki, to niech sobie Pan sam wierzy. – rzucił za mną ojciec. Odchodząc, już wyłącznie w myślach, dodałem – I Wasze dziecko. Umarło też Wasze dziecko.   Memento moriPozwólcie, że się wytłumaczę. Sytuacja ta miała miejsce kilka lat temu. Chyba nigdy, w czasie jakiejkolwiek liturgii, nie byłem tak oburzony, jak wtedy. Był to jedyny raz, kiedy po jej zakończeniu podszedłem zwrócić komuś uwagę. Poziom absurdu, który towarzyszył tej Mszy połączonej z chrztem, osiągnął jednak absolutny szczyt. Kwintesencją tej sytuacji było pozowanie do radosnych zdjęć ze świeżo ochrzczonym dzieckiem, tyłem do ołtarza, w momencie przeistoczenia. Uważam, że chrzest jest najważniejszym momentem w życiu człowieka. To właśnie on otwiera nam zamkniętą wcześniej bramę nieba. Jest to wydarzenie niemniej radosne, co doniosłe. Z drugiej strony jest również niesamowicie dramatyczne! Wspominanie o śmierci w kontekście chrztu rzeczywiście mogłoby niejednego oburzyć. Tylko, że o śmierci mówi się w czasie każdego chrztu, a oburzonych jednak brak. Czy aż tak bardzo zapomnieliśmy o co w tym sakramencie chodzi? Czy już do reszty sprowadziliśmy ten rozstrzygający nasze dalsze losy moment tylko do radosnej rodzinnej uroczystości? > – usłyszeliśmy w trakcie obrzędu sakramentu chrztu. Zwykle pamięta się tylko to ostatnie, zmartwychwstanie i szlus. Jak cudownie być chrześcijaninem. Zanurzenie w śmierci Chrystusa umyka uwadze w sposób doskonały. Kinga Wenklar, „Dzieci na krzyż” Autorka, która w swoim krótkim tekście daje świadectwo rodzica przynoszącego dziecko do chrztu, używa nawet mocniejszych słów. Zapisaliśmy kolejne dziecko na krzyż. Naszym marzeniem jest, żeby się tam dostało. Na razie jest na początku drogi, lista rezerwowa. Ale jesteśmy dobrej myśli. Szokuje? Oburza? Gdy przeczytamy jednak fragment listu do Rzymian, w którym św. Paweł mówi o chrzcie, uświadomimy sobie, że on też nie gryzł się w język: Czyż nie wiadomo wam, że my wszyscy, którzyśmy otrzymali chrzest zanurzający w Chrystusa Jezusa, zostaliśmy zanurzeni w Jego śmierć? Zatem przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my wkroczyli w nowe życie – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca. List do Rzymian 6, 3-4 Ciekawe ilu wiernych pozostałoby w kościele, gdyby w czasie tej pięknej, radosnej, rodzinnej uroczystości, kapłan powiedział całe kazanie w stylu świętego Pawła. Nie potrafimy o niej rozmawiać, a słuchanie o niej rodzi w nas dyskomfort. Śmierć stała się “nową pornografią” jak pisał  w 1955 roku Geoffrey Gorer w swoim wciąż aktualnym eseju The Pornography of Death. Coraz częściej brak nam doświadczenia czuwania przy umierającym, brak nam chrześcijańskiego spojrzenia na śmierć. Pornografia wyjmuje z kontekstu osoby pojedyncze części ludzkiego ciała, doprowadzając mistyczny akt seksualny do absurdalnie małego wycinka tego, czym jest naprawdę. Pornografia śmierci czyni obecnie to samo np. z “palącym się ruskim czołgiem”. Oddziela spalone w środku ludzkie ciała od konkretnych osób i mistyki śmierci. Śmierć w massmediach stała się memem. Musiała się nim stać, bo jeśli nie śmieszy, to zaczyna oburzać. Dziwi zatem, że ludzie nie opuszczają kościołów trzaskając ze złością drzwiami, gdy słyszą przysięgę małżeńską! Oto właśnie przeżywamy tzw. najszczęśliwszy dzień w życiu. Oto właśnie dwoje pięknych, wygalantowanych ludzi z uśmiechem na ustach ślubuje sobie piękne i wzniosłe rzeczy. I nikogo nie zastanawia to, że w pierwszej minucie wiążącego się właśnie małżeństwa, słowo śmierć pada aż dwa razy!   Aż do Twojej śmierciWyrażenie aż do śmierci, znajdujące się prawie na końcu przysięgi małżeńskiej, staje się dla wielu wyznacznikiem końcowego terminu umowy na czas określony, zwanej małżeństwem. Gdy patrzymy na ten zwrot w taki sposób, śmierć jest momentem, w którym zostaję zwolniony z zobowiązań złożonych w czasie ślubowania. Gdybyśmy nieco sparafrazowali słowa przysięgi, moglibyśmy jej końcówkę wyrazić następującymi słowami: ślubuję Ci miłość, wierność i uczciwość małżeńską, oraz, że Cię nie opuszczę, aż do Twojej śmierci. Potem jestem wolny. Mogę zrobić co zechcę. W podejściu tym jest sporo prawdy, choć jak się za chwilę okaże – to tylko jedna strona medalu. Śmierć rzeczywiście staje się momentem, w którym prawa i obowiązki wynikające z małżeństwa przestają istnieć, w którym przestaje istnieć małżeństwo. Wdowiec czy wdowa, jeśli chce, może zawrzeć kolejne sakramentalne małżeństwo. Każdy z nas pewnie zna takie przypadki. Wyobraźmy sobie jednak hipotetyczną sytuację. Wyobraźmy sobie że takich kolejnych małżeństw było więcej. Kobieta wprawdzie była niesłychanie żywotna i energiczna, ale nie miała szczęścia do mężczyzn, których kilku przeżyła. W końcu jednak umrze i ona. Co się zatem wydarzy w niebie, gdy wszyscy się spotkają? Dokładnie o to samo zapytali Jezusa saduceusze. «Nauczycielu, Mojżesz tak nam przepisał: Jeśli umrze czyjś brat i pozostawi żonę, a nie zostawi dziecka, niech jego brat weźmie ją za żonę i wzbudzi potomstwo swemu bratu. Otóż było siedmiu braci. Pierwszy wziął żonę i umierając nie zostawił potomstwa. Drugi ją wziął i też umarł bez potomstwa, tak samo trzeci. I siedmiu ich nie zostawiło potomstwa. W końcu po wszystkich umarła ta kobieta. Przy zmartwychwstaniu więc, gdy powstaną, którego z nich będzie żoną? Bo siedmiu miało ją za żonę». Jezus im rzekł: «Czyż nie dlatego jesteście w błędzie, że nie rozumiecie Pisma ani mocy Bożej? Gdy bowiem powstaną z martwych, nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić, ale będą jak aniołowie w niebie.” Ewangelia według świętego Marka 12, 19-25 Nie będą się ani żenić, ani za mąż wychodzić. Czy to znaczy, że w niebie niejako skasowane zostaną wszystkie relacje, jakie zawiązaliśmy na ziemi? Czy to znaczy, że pięćdziesiąt lat wspólnie przeżytego życia pójdzie na marne? Czy wszystkie przygody, radości, smutki i całe wspólne doświadczenie pójdzie w niepamięć? Bynajmniej! Aby to zrozumieć przypomnijmy sobie, co było celem małżeństwa (o czym pisałem w kontekście słów Za żonę / Za męża). Celem małżeństwa jest świętość. Celem małżeństwa jest budowanie takiej miłości, która uświęci małżonków, która doprowadzi ich do zjednoczenia z Bogiem. Co się dzieje gdy jeden z małżonków umiera? Najzwyczajniej w świecie – cel zostaje osiągnięty. Przeżyte z wiarą życie w małżeństwie doprowadza jednego z małżonków do nieba. Misja wypełniona. Idealnie by było, gdyby małżonkowie do nieba szli zawsze razem, osiągali świętość w tym samym momencie. Niestety tak nie jest. Zwykle jedna osoba pozostaje na ziemi i niejednokrotnie, pełna tęsknoty, chce dołączyć do zmarłego wcześniej małżonka. Zdarza się też, że wdowa lub wdowiec decyduje się na dalsze życie w pojedynkę i niejako dobrowolnie przedłuża swoją misję, modląc się za zmarłego. W ten sposób wspiera go w osiągnięciu nieba, gdyby ten potrzebował jeszcze doskonalić się w miłości poprzez czyściec. Wierzę, że działa to też w drugą stronę. Wierzę, że żony i mężowie, którzy są już po drugiej stronie, wciąż wspierają pozostałych na ziemi w zdobywaniu świętości. Wróćmy jeszcze na chwilę do celów małżeństwa. Poza coraz doskonalszym kochaniem małżonkowie byli także wezwani do płodności, rozumianej przede wszystkim jako posiadanie potomstwa (o tym pisałem w tekście mówiącym o słowie Wierność). Również i to wezwanie z oczywistych względów traci ważność w momencie odejścia żony czy męża. Śmierć nie jest zatem tragicznym końcem małżeństwa. Nie jest też zwykłym zwolnieniem z przysięgi. Śmierć jest jej wypełnieniem. Dopiero w chwili śmierci może zostać osiągnięty cel całego małżeństwa. Zatem tak, jak w przypadku chrztu, śmierć jest wpisana w istotę sakramentu, tak samo w przypadku małżeństwa również jest jego nieodłączną częścią. Wejście małżonków do nieba to coś, nad czym obydwoje przez całe życie pracowali! Można powi

  4. 11/14/2022

    Nie opuszczę - #11 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Na początek historyjka Czy wiecie, że wciąż istnieje coś takiego jak telegazeta? Ja dowiedziałem się o tym całkiem niedawno, gdy siadając przypadkowo na pilocie do telewizora, wcisnąłem jeden z nieużywanych przycisków. Mym oczom ukazał się charakterystyczny, czterokolorowy tekst. Z ciekawości przeklikałem parę stron, by przekonać się, że to medium nie tylko istnieje, ale wciąż żyje. Zaraz na początku przeczytałem o tym, co ostatnio powiedział prezydent, a kilkanaście kliknięć później ukazał się mi numer telefonu, pod którym kupię ekogroszek. Trochę dalej można nabyć nawet starego passata! 1.9 TDI, niebity, doinwestowany!Nieuchronnie dotarłem też do strony z wielkim, czerwonym napisem: “ORGAZM bez wychodzenia z domu!”, która dość dobitnie otworzyła sekcję ogłoszeń towarzyskich. Składała się ona z niezliczonych wpisów zawierających imię, miasto, wiek i dość precyzyjny wykaz różnych parametrów ciała. Pośród tego równie ciekawego, jak dziwnego, zbioru osobistości, moją uwagę przykuło jedno z ogłoszeń. Samotny w związku. Szukający szczęścia, uśmiechu i celu w życiu, pozna kobietę, która ma za sobą lub przeżywa podobne problemy sercowe jak ja. Wyślij sms o treści MARCIN na numer… Samotny w związku. Widząc to, zrobiło mi się autentycznie szkoda tego mężczyzny. Na tym skończyłem czytanie telegazety. Wrócę do niej pewnie dopiero wtedy, kiedy znów przypadkowo usiądę na pilocie.Samotny w związku. O tym będzie dzisiejszy wpis. JA JESTEM W moim cyklu wpisów na temat kolejnych słów przysięgi małżeńskiej zmierzam powoli do końca. Po pierwszej połowie przysięgi, która okazała się być pewnego rodzaju wprowadzeniem, dotarliśmy do momentu kulminacyjnego – do słowa Miłość. Następnie, wychodząc od niego, przeszliśmy przez kolejne wielkie zobowiązania – Wierność i Uczciwość. Wszystkie te słowa odkrywały przed nami kolejne płaszczyzny, na których buduje się miłość małżeńska.Ostatnim z wielkich przyrzeczeń są słowa: oraz, że Cię nie opuszczę, które w skrócie nazwać możemy ślubem Obecności. Wydaje się, że w świadomości społecznej, właśnie to nie opuszczę funkcjonuje jako najtrudniejsza część przysięgi małżeńskiej. Czytelnicy mojego bloga wiedzą już, że nie jest to prawdą, jednak w opinii wielu przyrzeczenia wierności i uczciwości złamać można tylko poprzez konkretne sytuacje, konkretne decyzje. Z tego powodu wydają się one nieco łatwiejsze do wypełnienia, bo nie wymagają ciągłych starań, a jedynie reagowania na incydenty. Przecież wystarczy nie całować obcych kobiet, czy mężczyzn, mniej więcej trzymać się mówienia prawdy i gotowe! Według tych samych osób nie opuszczę jest o tyle trudniejsze, że zakłada stałość, niezmienność, niezależnie od konkretnych decyzji czy okoliczności. Bardzo często wyrażenie nie opuszczę jest też jednym tchem wymawiane z aż do śmierci i w powszechnej świadomości ten moment, w którym przestaje obowiązywać przysięga, dotyczy przede wszystkim tego ostatniego postanowienia. Jak się okaże – nie do końca tak jest, ale o tym powiem trochę więcej w kolejnym wpisie. Czytelnicy mojego bloga doskonale wiedzą, że poszczególne słowa przysięgi wymagają od nas zdecydowanie więcej, niż tylko tego, co literalnie wyrażają. Wynika to z samego charakteru katolickiego małżeństwa. We wpisie o słowach za żonę / za męża, które przeniosły nas do Kany Galilejskiej, dowiedzieliśmy się, że celem małżeństwa jest świętość, celem małżeństwa jest taka miłość, która stanie się uwielbieniem Boga i doprowadzi małżonków do nieba. Idąc za tą myślą, słowo miłość wskazało nam krzyż, jako ideał miłości do którego zmierzamy. Słowo wierność pokazało nam, że nasza emocjonalność, a w szczególności seksualność, są przestrzeniami, w których małżonkom objawia się niebo, objawia się Bóg, który jest jednością Osób. Słowo uczciwość z kolei skierowało nasz wzrok na ikonę Eleusa, na której widzimy wtulonych w siebie małego Jezusa i Bogurodzicę.Czy widzicie tutaj pewną prawidłowość? Każde ze słów przysięgi małżeńskiej otwiera nam przestrzeń, w której stajemy się jak Bóg. Miłość agape, eros, filia – to wszystko miłości, które mają nas doprowadzić do nieba – do stanu, w którym “będziemy do niego podobni” (Por. 1J 3,3). Nie inaczej jest z przysięgą obecności. Aby nieco lepiej zrozumieć to przyrzeczenie, udajmy się w krótką podróż. Przenieśmy się 3300 lat wstecz, na teren azjatyckiej części dzisiejszego Egiptu. Pewien żyjący tam człowiek wykazał się sporym roztargnieniem. Doprowadziło to jednak do osobliwego spotkania. Zajmował się on wypasem owiec swojego teścia. Zamiast szukać dla nich trawiastych obszarów, zaprowadził całe stado w głąb pustyni. Tam jednak, na zboczu jednej z gór, spotkał Boga. Mojżesz, bo o nim mowa, usłyszał głos Boga i odpowiadając na ten głos rozpoczął rozmowę, która odmieniła los całego narodu. Doprowadziła ona do szeregu plag w Egipcie, wyzwolenia ludu i w konsekwencji – do zawarcia nowego, wielkiego przymierza z Bogiem. Albo używając nieco bliższego nam sformułowania – do zawarcia małżeństwa narodu z Bogiem.Zanim jednak do tego doszło, zanim obydwie strony wypowiedziały swoje ślubuję, tak jak w przysiędze małżeńskiej, musiały wypowiedzieć swoje imiona. Oblubienicą był cały Izrael. Kto jednak był Oblubieńcem? Jego Imię poznajemy już na samym początku. Mojżesz, rozmawiając z Bogiem, doskonale wie, że jeśli z tego ambitnego planu ma cokolwiek wyjść, musi wiedzieć z kim ma do czynienia. Nie wchodzi się w związek małżeński nie wiedząc nawet jak druga strona ma na imię. W Księdze Wyjścia czytamy, jak to poznawanie się wyglądało: Mojżesz zaś rzekł Bogu: «Oto pójdę do Izraelitów i powiem im: Bóg ojców naszych posłał mię do was. Lecz gdy oni mnie zapytają, jakie jest Jego imię, to cóż im mam powiedzieć?» Odpowiedział Bóg Mojżeszowi: «JESTEM, KTÓRY JESTEM». I dodał: «Tak powiesz synom Izraela: JESTEM posłał mnie do was». Księga Wyjścia 3,13-14 Imię Boga to JESTEM. Dokładnie w ten sam sposób przedstawił się Jezus tym, którzy przyszli do Ogrójca, by go pojmać. (Por J 18,5-6) Bóg jest Osobą wykraczającą poza czas. Błędem byłoby powiedzenie, że istnieje od początku czasu. To tak, jakby bohater filmu na YouTube powiedział o nas, oglądających, że istniejemy od początku. Czyli z jego perspektywy istniejemy dopiero od pierwszej sekundy filmu. Tak jak naszego istnienia nie ogranicza pasek postępu YouTube’a, tak Boga nie ogranicza pasek postępu naszego czasu. On po prostu JEST. Wróćmy do przysięgi małżeńskiej. Czy zatem rozważane dzisiaj nie opuszczę w pierwszej kolejności nie wskazuje nam na Imię Boga, który JEST? Wydaje mi się, że właśnie to Imię ukazujące naturę Boga, ukazuje też naturę miłości małżeńskiej. Wypowiadając oraz że Cię nie opuszczę, małżonkowie ślubują, że od teraz będą, że od teraz ich relacja będzie wypełniona jestem. Składając sobie wzajemnie przysięgę, małżonkowie przedstawiają się sobie Imieniem Boga. W ten sposób obydwoje, po raz kolejny, wyrażają pragnienie stawania się jak Bóg, kochania tak, jak Bóg. Skoro zaś miłość Boga nie jest ograniczona czasem, bo wykracza poza czas, skoro nie jest zależna od pojedynczych zdarzeń i sytuacji, skoro miłość Boga nie pojawia się i nie znika, ale jest stała, po prostu JEST, to również taka ma być nasza miłość małżeńska. Znów zatem wspinamy się na wyżyny. Przecież nie jesteśmy w stanie nawet w pełni pojąć natury Boga, która wykracza poza nasze rozumienie czasu. Jak więc mamy w ten sam sposób kochać? JESTEM codziennie Cóż… Nie oszukujmy się, że dojdziemy do tego w pierwszym dniu małżeństwa. Nie oszukujmy się nawet, że będziemy tam na pewno po kilkudziesięciu latach stażu. Od czegoś jednak trzeba zacząć. Proponuję zrobić to tak, jak rozpoczęła się relacja Mojżesza. Proponuję zacząć od JESTEM. Twoja żona ma tragiczny dzień? Zaczęło się od okresu, potem wylanej na siebie herbaty i zalania nowej bluzki, krytyki od szefa, a na końcu spóźnienia się na autobus do domu? Całe jej wnętrze to teraz występujące naprzemiennie “Wrrr…” i “Chlip…”?– JESTEM.Twój mąż nie umie sobie poradzić z presją, którą wszyscy na nim wywierają? Widzisz, że wręcz przygarbił się fizycznie od ciężaru, który niesie? Nie wiesz, czy to już początek jakiejś depresji?– JESTEMWłaśnie dostaliście wyniki badań. Najgorsze z możliwych. Zostało maksymalnie dwa lata życia?– JESTEMPrzed momentem sprawdziliście wynik testu. Dwie kreski. Obydwoje płaczecie z radości, bo walczyliście o to dziecko tak długo?– JESTEMOstatnio jest po prostu normalnie. Zwyczajnie żyjecie, dni są podobne, ale chcecie, żeby każdy z nich był przynajmniej przyzwoity?– J

  5. 02/14/2022

    Uczciwość - #10 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Na początek historyjkaTrochę wstyd się przyznać, ale pod koniec studiów miałem taki okres w swoim życiu, w którym zaniedbałem wizyty u dentysty. Nie odwiedziłem żadnego chyba przez jakieś 3 lata. Ostatecznie stwierdziłem jednak, że trzeba coś z tym zrobić, żeby odciągnąć w czasie dzień, w którym będę mógł jeść wyłącznie zmiksowane pokarmy. Pierwsza wizyta po takim czasie okazała się bolesna tak samo dla mnie, jak i dla mojego portfela. Sytuacji nie poprawiał fakt, że takich wizyt w najbliższych tygodniach czekało mnie jeszcze kilka. W końcu jednak, po załataniu kilku dziur w uzębieniu i wydrążeniu kilku kolejnych w budżecie domowym, usłyszałem słowa, na które od dawna czekałem: “Następnym razem widzimy się już na zwykłej wizycie kontrolnej.” Odetchnąłem z ulgą i od razu wpisałem do kalendarza przypomnienie, by za kilka miesięcy zadzwonić do mojego dentysty.   Jedna miłość – różne miłościCo mają wspólnego nieleczone zęby i przysięga małżeńska? Okazuje się, że całkiem sporo. O tym jednak za chwilę. W moich rozważaniach na temat kolejnych jej słów jestem już zdecydowanie za połową i małymi krokami zbliżam się do końca. W tym wpisie chciałbym skupić się na tym, co kryje się pod słowem uczciwość. Jeśli jesteście na bieżąco z moimi tekstami, wiecie już z pewnością, że słowem-kluczem przysięgi jest miłość. To właśnie poprzez miłość staram się interpretować kolejne słowa: wierność-uczciwość-obecność, które tworzą pewnego rodzaju triadę, która jest rozwinięciem słowa miłość. Wszystkie te zobowiązania wypływają z miłości i pokazują nam jak powinna ona wyglądać. Pokazują nam jej wielowymiarowość i wielowarstwowość. Wszystkie reprezentują też różne przestrzenie, w których w małżeństwie możemy stawać się świętymi. Słowa te, w pewien sposób możemy połączyć z greckimi określeniami opisującymi różne rodzaje miłości. W dwóch poprzednich wpisach zająłem się miłością agape (do której odnosi nas słowo miłość) oraz eros (wierność). Na tej samej zasadzie słowo uczciwość połączyć możemy z greckim filia. Filia to miłość, którą najczęściej opisuje się po prostu jako przyjaźń. Filia określa głęboki związek między osobami, wynikający z wzajemnego poznania i zrozumienia. Zatem to przyjaźń staje się drugą przestrzenią (po erosie), w której małżonkowie mają budować swoją relację, pracować nad swoją miłością i docelowo – stawać się świętymi. Nieprzypadkowe (choć może dla niektórych początkowo zaskakujące) jest też umieszczenie uczciwości po słowie wierność. Zauważmy jednak, że ułożenie trzech rodzajów miłości (eros-filia-storge) odpowiada temu, z jaką intensywnością zazwyczaj przeżywamy je na różnych etapach naszych związków. Początkowi związku najczęściej towarzyszy największe natężenie emocji. Jest to czas tzw. motyli w brzuchu, rodzącej się namiętności. Młode małżeństwa częściej współżyją ze sobą, w porównaniu do tych z większym stażem. To właśnie eros najbardziej daje o sobie znać przez pierwsze lata. Jest to też czas, w którym związki dużo częściej się rozpadają, a wśród przyczyn z pewnością możemy wymienić nagromadzenie nieokiełznanych emocji. Z czasem jednak ich intensywność spada, a my uczymy się je kontrolować i komunikować. Kolejnym etapem relacji staje się dominacja miłości przyjacielskiej (filia). Oczywiście nie musi się to wiązać, a nawet nie powinno, z zanikiem miłości romantycznej. Ta, choć w innym natężeniu, powinna nam towarzyszyć cały czas. Poznawanie siebie sprawia jednak, że sposób przeżywania relacji staje się zauważalnie inny. Zaryzykuję nawet użycie słowa – głębszy. To nie jest tak, że miłość przyjacielska wypiera miłość romantyczną. Ona ją uzupełnia, nadaje jej dodatkowego kontekstu i wartości, a z czasem staje się na tyle budująca, że w małżeńskiej codzienności “wyprzedza” miłość eros. Nie jest to jednak jeszcze koniec. Bo zaraz za słowem uczciwość czeka jeszcze nie opuszczę, które odnosi nas do miłości storge – tej wynikającej z więzów krwi i bardzo mocnej więzi budowanej przez lata. To właśnie storge jest płaszczyzną, na której, po wielu latach bycia ze sobą, małżonkowie poruszają się z największą swobodą. Widzimy zatem, że przeżywanie relacji różni się na różnych etapach związku. Płaszczyzny te wzajemnie się przenikają i uzupełniają, a praca nad każdą z nich rozpoczyna się już w pierwszych dniach istnienia relacji. Budowanie i zrozumienie jednych przychodzi nam łatwiej, na inne potrzebujemy lat. Przyjaźń z pewnością jest jednym z tych obszarów, które wymagają więcej czasu, i związane z nią postępy nie przychodzą same. W budowaniu przyjaźni, o której piszę dzisiaj, z pewnością niezbędnymi są wysiłek i zaangażowanie.   Przy-jaźńDecyzja jaką jest miłość, pociąga za sobą szereg konsekwencji. Jedną z nich jest to, że chcąc pracować nad wzajemną miłością, chcąc budować związek, chcąc poprzez małżeństwo dążyć do świętości, siłą rzeczy musimy nieustannie poznawać drugą osobę. Sporo na ten temat napisałem już we wpisie mówiącym o słowie Ciebie. Skupiłem się w nim jednak na tym, co należy wiedzieć o drugiej osobie, i jak dokładne poznanie wpisane jest w zobowiązania przysięgi małżeńskiej. Dzisiaj chciałbym ugryźć ten temat od nieco innej strony. Bo przyjaźnią (filia) określamy zazwyczaj nie pewien poziom wiedzy o drugim człowieku, ale naszą postawę względem niego. Już samo polskie słowo przyjaźń jest niesamowicie ciekawym słowem i bardzo wiele może nam powiedzieć o charakterze tej relacji. Spróbujmy je podzielić na dwie części. Przy-jaźń. Przy jaźni. Jaźń przy jaźni. Zastanówmy się nad słowem jaźń, które jest składową przyjaźni. W tym miejscu proszę wszystkich czytających to psychologów i osoby, które mają zdecydowanie lepszą wiedzę w tym temacie o wybaczenie, bo z pewnością nie uniknę pewnych uproszczeń. Encyklopedia PWN podaje dwie definicje jaźni: jaźń jako dusza,jaźń jako poczucie własnego ja.Jest to zatem pewna część nas, która określa nas jako odrębną jednostkę, coś, co sprawia, że jesteśmy tym, kim jesteśmy. Jest to głęboka część naszej osobowości, która wydaje się być wręcz fundamentalna dla naszego funkcjonowania w świecie. Jaźń jest głęboko ukryta, wręcz częściowo zakryta przed nami samymi. Jaźń definiuje nas jako osoby. Przy-jaźń będzie zatem tak bliską relacją dwóch osób, dwóch ja, że te dwie jaźnie wydają się wręcz przylegać do siebie, istnieć zaraz obok siebie. Aby to zobrazować, posłużę się pewnym typem ikony – Eleusa. Jest to ikona Bogurodzicy, która z czułością pochyla się w stronę trzymanego na ręku Syna i przytula swój policzek do Jego policzka. Przy-jaźń. Dwie jaźnie, dwie dusze z czułością przytulające się do siebie, niczym Maryja tuląca Chrystusa.   Przykład klasycznej, wzorcowej Eleusy - Ikona Matki Bożej Włodzimierskiej Uczciwość, czyli otwartość Nie z każdym jesteśmy w stanie przytulić się policzkiem, ucałować w policzek. Jest to gest, który rezerwujemy tylko dla najbliższych. Jest to gest bardzo czytelny i dla wszystkich zrozumiały. Czasami bywa wręcz nadużywany, by podnieść rangę niekoniecznie aż tak dobrych relacji. Wyciągając ku drugiej osobie swą twarz, swój policzek, okazujemy zaufanie. Ufamy, że druga osoba w ten policzek nie uderzy, nie zrobi nam krzywdy. Pokazujemy swoją wrażliwość. To, co widoczne na poziomie fizycznym w geście przytulenia, może zachodzić również na poziomie psychiki, na poziomie duszy. Przy-jaźń, filia, oznacza stanięcie bezbronnym naprzeciw drugiej osoby. Oznacza pokazanie swej wrażliwości, obnażenie z zaufaniem miejsc, które bardzo łatwo zranić. Przyjaźń oznacza pełną otwartość. W ten sposób poprzez słowa filia i przyjaźń wracamy do słowa uczciwość. Nie da się przecież zbudować zdrowego, trwałego i udanego związku bez otwartości, bez szczerości i bez ukazania żonie, czy mężowi, wszystkich, nawet najbardziej wrażliwych i podatnych na zranienie części naszej duszy. Zadaniem drugiej osoby jest z kolei objęcie z czułością tych wszystkich miejsc; zwłaszcza tych, które związane są z bólem, cierpieniem. Słowo uczciwość wymaga od małżonków stania się jak ikona, jak Eleusa. Uczciwość, czyli rozmowa Takiej bliskości, takiej czułości i otwartości na siebie nawzajem nie da się stworzyć bez tytułowej uczciwości, bez absolutnej szczerości i bez regularnych, głębokich rozmów o wszystkim, co się u nas

  6. 11/09/2021

    Wierność - #09 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Na początek historyjka Jest poniedziałkowy wieczór. Ten wieczór, kiedy zaczynam pisać poniższy tekst. Jest to dosyć ekscytujące, bo pisząc te pierwsze linijki nie mam pojęcia jak moje przemyślenia dotyczące słowa “wierność” będą ostatecznie wyglądać. Zwykle każdy wpis rozpoczynam od otworzenia pliku tekstowego o wdzięcznym tytule: Przysięga małżeńska – Zbiór. To tutaj, od wielu lat, kolekcjonuję różne myśli i natchnienia dotyczące poszczególnych słów przysięgi małżeńskiej. Tak jest i tym razem. Scrolluję do miejsca, w którym znajduje się słowo wierność. Jest! Na szóstej stronie. Poprzednie pięć udało mi się już przerobić z nieskładnych pojedynczych zdań, do (mam nadzieję) w miarę spójnych tekstów. Pełen nadziei spoglądam niżej, by złapać się jakiejś myśli, która pozwoli mi choćby rozpocząć ten wpis. Może nawet będzie tam kilka zdań, które staną się zrębem kolejnych akapitów. Tymczasem pod hasłem Wierność widnieje tylko jedno słowo – Rozwinąć. Cóż… czeka mnie zatem trudniejsze niż zwykle zadanie. Trudne również z tego względu, że słowo wierność porusza najbardziej intymne i delikatne sfery małżeństwa. Może właśnie dlatego bałem się go do tej pory dotykać. Miłość – Agape – Eros Myślę, że rozważania o słowie wierność należy tak naprawdę zacząć w tym samym momencie, w którym zakończyłem tekst mówiący o poprzednim słowie przysięgi – słowie miłość. Bo właśnie miłość jest źródłem z którego wypływają słowa wierność, uczciwość i obecność (słowa obecność używam jako jednowyrazowego streszczenia wyrażenia: oraz że Cię nie opuszczę). To właśnie słowo miłość jest właściwym kontekstem do zrozumienia całej drugiej części małżeńskiego ślubowania. Poprzez nie, jak przez soczewkę, będziemy patrzeć na słowa wierność, uczciwość i kolejne. Słowa te są z kolei dla mnie opisem kolejnych przestrzeni, na których może realizować się i wzrastać miłość małżeńska. Miłość, którą ślubujemy w przysiędze, można odnieść do greckiego słowa agape. Określa ono miłość doskonałą, miłość ofiarną, niezważającą na ja lecz w całości ukierunkowaną na ty. Miłość ta najpełniej wyraziła się w krzyżu Chrystusa i to właśnie On jest dla nas wzorem miłości. Jest to miłość pełna i trwała. Odporna na wszelkie życiowe i emocjonalne zawirowania. Miłość, która jest decyzją, a nie tylko chwilowym uniesieniem. Czytając moje poprzednie wpisy można zadać sobie pytanie, które i mnie nieco nurtuje. Czy w tak rozumianej miłości jest w ogóle miejsce na romantyzm (któremu oberwało się ode mnie we wpisie o słowie biorę)? Czy jest miejsce na motyle w brzuchu, uniesienia i namiętności? Czy stoi ona w sprzeczności z emocjonalnością? A może miłość, o której już tyle napisałem, to tylko chłodna kalkulacja, ukierunkowana na realizację pewnych celów, niezależnie od tego jak się z tym czujemy? Z odpowiedzią na te wątpliwości przychodzi właśnie słowo wierność. I tak jak miłość mogliśmy połączyć z greckim słowem agape, tak wierność możemy odnieść od greckiego słowa eros. Eros to również określenie na miłość. Jest to miłość zmysłowa, miłość romantyczna, a także fizyczna. Słowo wierność, poprzez eros, wprowadza nam zatem do przysięgi małżeńskiej ogromną przestrzeń naszej emocjonalności i seksualności. Jest to przestrzeń bardzo delikatna, przestrzeń, w której można szybko zgubić właściwą perspektywę. Może właśnie z tego powodu eros bywa wręcz niekiedy przeciwstawiane agape, jakoby było jego zaprzeczeniem. I rzeczywiście, między tymi dwoma słowami, między tymi dwiema miłościami istnieje pewne napięcie. Napięcie to przenosi się później na nasze relacje. Emocjonalność i seksualność to przecież przestrzenie, w których mogą powstać najgłębsze rozłamy między małżonkami. Niekiedy tak głębokie, że prowadzące do rozpadu małżeństwa. Są to sfery bardzo wrażliwe i intymne, i z tego powodu dużo mocniej niż inne narażone na zranienia. Niekiedy tak bolesne, że trudno je wybaczyć, nawet po wielu latach. Czy zatem eros musi zostać przeciwstawiony agape? Czy to napięcie może zostać w jakiś sposób rozładowane? Sługa Jakiś czas temu jedna ze znajomych oznaczyła mnie na Facebooku przy bardzo ciekawym pytaniu. Dlaczego w przysiędze małżeńskiej ślubujemy miłość, wierność, uczciwość, oraz że Cię nie opuszczę…, a przy nakładaniu obrączek mowa jest już tylko o miłości i wierności? Muszę przyznać, że orzech do zgryzienia był na tyle twardy, że w czasie czytania aż zabolały mnie zęby. Rzeczywiście, mogłoby się wydawać, że albo w tekście wypowiadanym przy nakładaniu obrączek zgubiono część postanowień, albo z jakiegoś powodu do miłości (która zawiera w sobie wszystkie pozostałe postanowienia) dodano akurat tylko wierność. Po przemyśleniu sprawy uświadomiłem sobie, że ma to jednak sens. Podobnie jak sens ma postawienie wierności zaraz za miłością w tekście przysięgi. Cała przestrzeń naszej zmysłowości, emocjonalności i cielesności rzeczywiście może stać miejscem, w którym powstaną dewastujące związek napięcia i rany. To w tych przestrzeniach możemy najszybciej oddalić się od ideału miłości – agape. Aby tego uniknąć musimy postawić eros nie naprzeciw agape, ale paradoksalnie zaraz obok. Czyli dokładnie tak, jak w przysiędze małżeńskiej i dokładnie tak, jak w czasie nakładania obrączek. Bo to właśnie poprzez słowo miłość należy interpretować kolejne słowa przysięgi, a szczególnie słowo wierność. I tutaj nareszcie dochodzimy do tego, do czego zbieram się od początku. W małżeństwie jest miejsce na uczucia i emocje, jest miejsce na namiętność i zmysłowość, jest miejsce na romantyzm, seksualność i cielesność, ale staną się one naprawdę piękne i budujące wtedy, gdy będziemy na nie patrzeć przez pryzmat miłości ofiarnej, miłości agape. Innymi słowy – romantyzm nie może stać się fundamentem związku, bo nie taka jest jego rola. Romantyzm jest przestrzenią, w której miłość może się rozwijać i umacniać. Ale nie być jej przyczyną. To odpowiednie ułożenie kolejności i hierarchii jest tutaj kluczowe. Romantyzm i wszystko to, co stoi za słowem wierność, jest sługą miłości, a nie jej panem. To miłość nadaje sens romantyzmowi, a nie odwrotnie. To miłość ofiarna, miłość rozumiana jako decyzja, nadaje smak całej sferze uczuć, namiętności i seksualności, a nie odwrotnie. I właśnie dlatego w przysiędze najpierw wypowiadamy słowo miłość, by dopiero w dalszej kolejności mówić o wierności. Obrączka z kolei jest nieustannym przypomnieniem, że te dwa słowa są ze sobą nierozerwalnie związane i nie da się realizować budującego i jednoczącego eros bez agape. Idźcie współżyć Gdy mówi się o seksualności w kontekście małżeństwa katolickiego, wielu osobom od razu przychodzi na myśl bardzo długa lista nakazów i zakazów, które Kościół komunikuje małżonkom. To wolno przed ślubem, a tamtego nie, a innych rzeczy to ani przed ani po, itd. Pisząc wpis taki jak ten, istnieje pewna pokusa, by również pójść choć odrobinę w tym kierunku. Powstrzymam się jednak od tego. To, co wolno, a czego nie wolno, z łatwością można znaleźć w Internecie. Wydaje mi się, że jest to też naprawdę dokładnie omawiane w ramach kursów przedmałżeńskich. Nie czuję zatem potrzeby, by powtarzać coś, co albo każdy dobrze zna, albo może z łatwością poznać. Zdecydowanie rzadziej o seksualności mówi się jako o darze. Rzadziej próbuje się popatrzeć na tę sferę przez pryzmat miłości agape, a częściej akcentuje się napięcie, o którym pisałem wyżej. W tym miejscu dodam tylko, że seksualność rozumiem bardzo szeroko – nie tylko jako same akty seksualne, ale wszystkie nasze cechy i zachowania wynikające z tego, że po pierwsze – jesteśmy ludźmi, a po drugie – jako ludzie posiadamy płeć. I właśnie ta płciowość (będę używał tego słowa zamiennie z seksualnością) jest czymś, co otrzymaliśmy w ogrodzie rajskim jako dar. Popatrzmy na sam początek Starego Testamentu, na pierwszy rozdział Księgi Rodzaju. Stworzył więc Bóg człowieka na swój obraz,na obraz Boży go stworzył:stworzył mężczyznę i niewiastę. Po czym Bóg im błogosławił, mówiąc do nich: «Bądźcie płodni i rozmnażajcie się, abyście zaludnili ziemię i uczynili ją sobie poddaną […]». Księga Rodzaju 1,27-28 W pierwszym zdaniu podaną mamy definicję, o której pisałem wyżej. Jesteśmy ludźmi (Bóg stworzył człowieka) i mamy płeć (Bóg stworzył mężczyznę i niewiastę). I właśnie do tych dwóch osób, które są istotami seksualnymi, płciowymi, Bóg kieruje swoje pierwsze słowa. Słowa, które mogą się wydawać dość

  7. 09/27/2021

    Miłość cz. 2 - #08 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Słowo „miłość” jest najważniejszym słowem przysięgi małżeńskiej i wymaga szerszego niż zwykle opisania i głębszego rozważenia. Ze względu na obszerność tekstu, zdecydowałem się na podzielenie go na dwie części. Poniższy wpis jest drugą częścią i naturalną kontynuacją części pierwszej. Dlatego zanim sięgniesz po ten tekst zachęcam do przeczytania poprzedniego wpisu. Znajdziesz go TUTAJ W pierwszej części tekstu mówiącego o słowie miłość wróciłem do obrazu wesela w Kanie Galilejskiej, który przywoływałem w kontekście słów za żonę / za męża. Pojawił się tam obraz wina. Wino, jak wtedy pisałem, jest symbolem miłości. Wino, w które zamieniła się woda, wskazuje też jednak na coś więcej – na Golgotę i krzyż Chrystusa. Krzyż stał się wzorem wszelkiej miłości, również miłości małżeńskiej. Co więcej, to co wydarzyło się na krzyżu można nazwać zaślubinami Chrystusa, Syna Bożego z Kościołem, z każdym człowiekiem. W poprzednim tekście napisałem także, że zarówno Golgota, jak i wszystkie zdarzenia które ją poprzedziły, były racjonalną decyzją, wyborem. W śmierci Jezusa nie było nic przypadkowego. I jeśli mielibyśmy stworzyć jakąś definicję miłości, to tą definicją będzie właśnie: decyzja i wierność tej decyzji. Wybór i wierność wyborowi. Tylko taka miłość może wznieść się ponad wszelkie przeciwności, ponad humory i emocje (nawet te pozytywne), ponad wszelkie uczucia, a nawet ponad czas.   KonkretTaka miłość, miłość która wznosi się ponad, musi być miłością na serio. Miłość małżeńska, która za wzór bierze sobie miłość Chrystusa nie może być na próbę, na niby, na pół gwizdka. Taka miłość angażuje w całości. I właśnie dlatego, zanim powiemy miłość, mówimy w przysiędze słowo ślubuję. Zanim staniemy razem przed ołtarzem musimy zbadać (zarówno razem, jak i każde z osobna), czy wiemy o co w tej miłości chodzi. W małżeństwie z kolei musimy wciąż sobie to przypominać i coraz bardziej zgłębiać. Słowo ślubuję jest bardzo mocnym słowem. Ale jest ono konieczne, bo przyrzekamy naprawdę wielkie rzeczy. Mamy być obrazem związku Chrystusa z Kościołem. Jest to zadanie, które może nawet powinno przerażać. Chrystus pokochał człowieka na serio. Nawet w momencie aresztowania kochał tych, którzy po niego przyszli. Nie dał skrzywdzić żołnierza, któremu Piotr w przypływie emocji odciął ucho.   Nie żyje się, nie kocha się, nie umiera się – na próbę. Jan Paweł II Ja jestemNiedawno wróciłem do jednego z moich pierwszych tekstów o przysiędze małżeńskiej, mówiącego o słowie ja. Przeczytałem go i przemyślałem jeszcze raz i doszedłem do wniosku, że gdybym miał go dzisiaj pisać ponownie, to jeszcze mocniej podkreśliłbym jak ważne jest to słowo. Bez zrozumienia, bez odkrycia własnej godności, nie ma nawet sensu zaczynać małżeńskiej przysięgi. Wróćmy do Chrystusa i do tego, co dalej wydarzyło się w Ogrójcu. Jezus kończy modlitwę i sam wychodzi na spotkanie żołnierzy, którzy po niego idą.   A Jezus wiedząc o wszystkim, co miało na Niego przyjść, wyszedł naprzeciw i rzekł do nich: «Kogo szukacie?» Odpowiedzieli Mu: «Jezusa z Nazaretu». Rzekł do nich Jezus: «Ja jestem». Również i Judasz, który Go wydał, stał między nimi. Skoro więc rzekł do nich: «Ja jestem», cofnęli się i upadli na ziemię. Ewangelia według świętego Jana 18,4-6 Ta scena i kolejne, które po niej następują, wskazują na niesamowite poczucie godności, które ma w sobie Chrystus. Nie ucieka, nie zaprzecza, nie próbuje się dogadać. Wie, że trzeba przejść do konkretów, dlatego nie czeka nawet na swoich oprawców, ale sam do nich wychodzi i przedstawia się im z takim majestatem, że ci cofają się i padają na ziemię. Również w kolejnych godzinach jego duch nie słabnie. Nie daje się wciągnąć w prawne gierki przed Wysoką Radą i nie odpowiada na podchwytliwe pytania arcykapłanów. Trafia przed Heroda, który z kolei widzi w nim głównie kuglarza i człowieka, który poprzez swoje cuda mógłby dostarczyć mu nieco rozrywki. Jezus jednak nie chwyta się tej opcji, która pewnie o kilka godzin, albo nawet dni odłożyłaby moment jego śmierci w czasie. Jest ponad tym. O dziwo, dopiero Piłat wydaje się być człowiekiem, który zaczyna traktować Chrystusa poważnie. I może dlatego właśnie z nim Chrystus zaczyna poważnie rozmawiać. Jakże często nam brakuje właśnie takiej postawy – bycia ponad. Jakże często dajemy się ponieść emocjom, toczymy jałowe kłótnie łapiąc się za słówka, byle stanęło na moim, byle jak Sanhedryn znaleźć kuczek prawny. Jak często traktujemy współmałżonka jako sposób na dostarczenie sobie rozrywki, poprawienie sobie humoru, niczym Herod patrzący na Jezusa. Człowiek wchodzący w małżeństwo, chcący ślubować i praktykować miłość musi wiedzieć, że nie godzi mu się traktować drugiej osoby bez należytego szacunku. Małżeństwo nie może być miejscem, w którym będziemy chcieli zawsze stawiać na swoim, albo będziemy instrumentalnie traktować drugą osobę jak zabawkę. Człowiek znający własną wartość nie potrzebuje zniżać się do takiego poziomu. Nie da się też budować małżeństwa, gdy wciąż porównujemy się do drugiej osoby. W takiej sytuacji wciąż będziemy konkurować i robić wszystko byśmy w różnych sferach życia wypadali lepiej; albo co jeszcze gorsze – będziemy robić wszystko, by to ta druga osoba wypadła względem nas gorzej. Tym bardziej nie sposób stworzyć trwałej i zdrowej relacji, gdy drugą osobę potraktujemy instrumentalnie. Jest jeszcze ostatnia możliwość. To sytuacja gdy nie znając własnej wartości zbudujemy ją w odniesieniu do współmałżonka. I choć nie wydaje się to taką złą opcją jak poprzednie, również ta droga może doprowadzić do nieszczęścia. Jeśli to relacja z drugą osobą nadaje nam wartość, to bez niej okazujemy się niewiele warci, a to daje ogromne pole do bycia wykorzystywanym. Miłość małżeńska to miłość dwóch dojrzałych i znających swoją godność osób. To miłość ludzi, którzy świetnie by sobie bez siebie wzajemnie radzili. Zawsze śmieszyło mnie, gdy (czy to w filmach, czy w prawdziwym życiu) osoby będące ze sobą raptem kilka miesięcy, czy nawet kilka lat mówiły: nie wyobrażam sobie życia bez Ciebie. Przecież wystarczy przescrollować galerię w telefonie i nie będzie nawet potrzeby wyobrażania sobie tego. Będzie można naocznie sprawdzić i przypomnieć sobie jak to było bez Ciebie. Czy ja sobie wyobrażam życie bez mojej żony? Tak, jestem w stanie sobie to wyobrazić, choć oczywiście nie jest to tematem moich codziennych rozmyślań. W drugą stronę działa to podobnie – wiem, że moja żona, gdyby mnie dzisiaj zabrakło, z pewnością poradziłaby sobie w życiu. Co więcej, o tym zdarza mi się myśleć częściej, bo chcę taką ewentualną sytuację jak najlepiej zabezpieczyć (choćby ubezpieczając się na życie). Czy gdyby jednego z nas zabrakło byłaby to łatwa sytuacja? Oczywiście, że nie! Ale kłamstwem są słowa: nie mogę żyć bez Ciebie. Możesz. A jeśli myślisz inaczej – pora popracować nad własną wartością i poczuciem godności. W małżeństwo wchodzimy i trwamy w nim dlatego, że chcemy, a nie dlatego, że musimy. A nie da się tego zrobić bez ja, które zna swoją wartość i godność.   Odwieczne TyWróćmy ponownie do Jezusa. Po spotkaniu z Piłatem wziął on na ramiona krzyż, wyniósł go na Golgotę i tam na nim umarł. I choć z zewnątrz wyglądało to jak kolejna egzekucja, nieznacznie różniąca się od wielu podobnych, to jednak w rzeczywistości duchowej działy się wielkie rzeczy. Syn Boży, ten, który od początku istnieje w relacji do swojego Ojca, ten, którego możemy nazwać odwiecznym TY, składa siebie w ofierze na krzyżu. Nie pozostawia nic dla siebie. Nawet ostatnie słowo, ostatni oddech, ostatnią myśl kieruje ku Bogu Ojcu.   Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego. Ewangelia według świętego Łukasza 23,46 W tych ostatnich słowach wypowiedzianych z krzyża, Chrystus posługuje się fragmentem Psalmu 31, który cały jest modlitwą, zawierzeniem się i oddaniem Bogu Ojcu. W tej modlitwie aż dwadzieścia razy padają słowa: Ty, Twój, Ciebie. Wszystko co Jezus uczynił jest uwielbieniem skierowanym do Ojca. Całe jego istnienie to liturgia, w której uwielbia Ojca. Jest to liturgia, która rozpoczęła się jeszcze zanim powstał czas i cały wszechświat. Liturgię tę Jezus sprawuje od wieków, a krzyż stał się drzwiami, przez które również my możemy wziąć w niej udział. Jezus – odwiecznie Ty skierowane do Ojca, a przez krzyż wypowiedziane także w kierunku człowieka. Aby zrozumieć miłość, którą ślubujemy w przysiędze małżeńskiej, musimy rozumieć trzecie słowo przysięgi – Ciebie. Musimy cali, na wzór Ukrzyżowanego, stać się Ty. To jest wzór miłości płynący z krzyża. Ślubować miłość to oddać życie za drugiego człowieka. Miłość nie jest szukaniem tego jedyne

  8. 09/20/2021

    Miłość cz. 1 - #07 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ   Słowo „miłość” jest najważniejszym słowem przysięgi małżeńskiej i wymaga szerszego niż zwykle opisania i głębszego rozważenia. Ze względu na obszerność tekstu, zdecydowałem się na podzielenie go na dwie części. Poniższy wpis jest pierwszą z nich. Druga część tekstu dotyczącego słowa „miłość”, wraz z nagranym podcastem, znajduje się TUTAJ. Na początek historyjka Opowiem Wam o pewnym bardzo ciekawym małżeństwie, które poznałem jakiś czas temu. Ona – wolna i frywolna. Trzeba jednak przyznać, że była naprawdę piękną kobietą, choć nie raz myślała o sobie dokładnie odwrotnie. Jeśli chodzi o jej zachowanie, można by je streścić jednym zdaniem – robiła co chciała i z kim chciała. Raczej nikt nie nazwałby jej porządną dziewczyną. On – przystojny, z dobrego domu, ustatkowany i z dokładnym planem na życie. Od dzieciństwa wyróżniał się wyjątkowo głębokim spojrzeniem na świat i raczej nie był z tych, którzy lubią dać się ponieść chwili. Poznali się, gdy on miał koło trzydziestki. Co do wieku kobiety – niewiele jestem w stanie powiedzieć, bo choć fizycznie wydawała się dojrzała, zachowywała się niekiedy jak dziecko. Byli ze sobą trzy lata, gdy ogłosili światu, że biorą ślub. Znajomi faceta pukali się w czoło, mówiąc, że stać go na zdecydowanie więcej. No i rzeczywiście, nawet ja, patrząc na nich z boku, stwierdzam, że niewiele rzeczy miało w tym związku sens. Nikt nie mówił tego głośno, ale podobno każdy wiedział, że kobieta nie zmieniła zbytnio swojego zachowania, ani po poznaniu mężczyzny, ani po zaręczynach. Po cichu mówiono, że widywano ją z różnymi facetami w różnych nieciekawych miejscach. Nic też nie wskazywało na to, że po ślubie cokolwiek się w tym względzie zmieni. Co więcej, najprawdopodobniej on wiedział o jej niewiernościach, ale mimo tego szedł w zaparte. Aż w końcu nastał dzień ślubu. Jako, że mężczyzna ten był dość znaną osobą, na ślubie pojawiło się naprawdę wielu gości. Raczej w mniejszości byli jednak ci, którzy nazwaliby się jego przyjaciółmi. Większość bliskich już jakiś czas temu zerwała z nim kontakt. Zdecydowanie więcej było znajomych od strony panny młodej. Ostatnia (i chyba najliczniejsza) grupa to ci, którzy przyszli z ciekawości, spodziewając się jakiegoś skandal Ceremonia miała miejsce na wzgórzu, z którego pięknie było widać całe okoliczne miasto. Ostatecznie okazała się jednak bardzo skromną i dla wielu rozczarowującą. Może dlatego wyszli jeszcze przed końcem. Ale w końcu udało się zawrzeć ten przedziwny związek. Związek, który niewiele zmienił się do dzisiaj. Ona nadal zdradza, a on wciąż ją przyjmuje. Wy też znacie ich bardzo dobrze. Ona ma na imię Człowiek. On – Chrystus.   Wzór na miłość Do napisania tego tekstu zbierałem się bardzo długo. Słowo miłość wypowiadane w przysiędze małżeńskiej przez kilka miesięcy zdawało się zupełnie mnie przytłaczać. W końcu trzeba napisać na temat, o którym (jak się wydaje) już wszystko powiedziano. Truizmem jest już to, że dzisiaj każdy na miłość patrzy inaczej i inaczej ją definiuje. Również ja, myśląc nad tym słowem, zastanawiałem się nad tym jak ja na to słowo patrzę. Żeby lepiej to wszystko pozbierać w całość zacząłem rysować schematy – takie jak czasami robimy przy burzy mózgów. Na środku wypisałem wielkie MIŁOŚĆ. Od tego słowa wychodził szereg strzałek, które prowadziły do kolejnych słów, a od nich do kolejnych, itd. Strzałki biegły dalej, aż (ku mojemu pewnemu zaskoczeniu) przebiegły też przez wszystkie pozostałe słowa przysięgi małżeńskiej. Kontynuowałem jednak ten dziwny schemat, a gdy skończyłem, zauważyłem, że ostatecznie wszystkie zbiegły się w jednym słowie. W słowie KRZYŻ. No i wtedy mnie zatkało. No bo jak? Małżeństwo i krzyż!? Przecież w pierwszym przysięgowym wpisie tak narzekałem na ludzi, którzy małżeństwo porównują z cierpieniem! Nie do końca wierząc, że to cokolwiek da, wziąłem dziesięć wdechów, poczekałem chwilę i ponownie spojrzałem na kartkę. Sprawdziłem cały mój dziwny rysunek jeszcze raz, tak jakbym sprawdzał poprawność działań matematycznych, ale wynik wyszedł dokładnie taki sam jak za pierwszym razem. Krzyż. I wtedy zrozumiałem. Nie chodzi o to, by stworzyć kolejną, własną definicję miłości, albo by skompilować to, co przede mną o miłości napisali inni. Chodzi o to, by popatrzeć na Tego, który jest Miłością i ten gotowy, zawieszony na krzyżu wzór na miłość zastosować we wszystkich obszarach naszego życia, również w małżeństwie. Wino z Kany Pamiętacie jeszcze mój wpis o słowach mąż i żona z przysięgi małżeńskiej? Opisywałem w nim to, jak historia dziejąca się na weselu w Kanie Galilejskiej jest pełna symboliki. Historię tę można bowiem odczytywać jako opis pragnienia człowieka, który chce budować związek oparty na doskonałej miłości. Tą miłością było wino, które Chrystus uczynił z wody. Wtedy zatrzymałem się na takiej interpretacji symbolu jakim w tej przypowieści jest właśnie wino. Gdy kończyłem tamten wpis jedna myśl wciąż nie dawała mi spokoju. Przecież wino w Ewangelii ma bardzo konkretną funkcję. Nie trzeba uciekać się do takich (może wręcz nieco karkołomnych) interpretacji. To właśnie wina użył Chrystus w czasie ostatniej wieczerzy. To właśnie ono stało się krwią, którą przelał za nas na krzyżu. Zatem to krzyż jest kontynuacją opowieści z Kany Galilejskiej. To on jest kluczem do zrozumienia słowa miłość i do zrozumienia sakramentu małżeństwa. Te dwie sceny: dziejąca się w Kanie i na Golgocie, Kościół od wieków łączy ze sobą. Widać w nich wiele podobieństw i nawiązań. Obydwie stają się klamrą spinającą publiczną działalność Jezusa. Kana Galilejska i krzyż są ze sobą zatem ściśle związane. Być mężem i być żoną to stawać się winem. Być mężem i być żoną znaczy doskonalić swoją miłość, a doskonalić swoją miłość oznacza ni mniej, ni więcej, jak stawać się świętym. A przecież świętość jest naszym ostatecznym celem. Świętość jest celem, który osiągnąć można tylko poprzez miłość. Zatem mówiąc w pewnym uproszczeniu – cały sens naszego życia sprowadza się do miłości. I również do miłości ostatecznie sprowadza się cała przysięga małżeńska. Kilka lat temu byłem na ślubie, na którym kapłan powiedział, że słowo miłość jest sercem przysięgi małżeńskiej i w zasadzie cała mogłaby ograniczyć się do tego jednego słowa. I rzeczywiście – jest to najważniejsze słowo małżeńskiego ślubowania. Pojawia się zatem pytanie – po co w takim razie cała reszta zdania? Po co dodatkowe stwierdzenia i kolejne postanowienia?  Okazuje się, że tekst przysięgi jest naprawdę wspaniale pomyślany. Otóż wszystko to, co znajdujemy przed słowem miłość okazuje się być wstępem do tego słowa. Wstęp ten jest konieczny, abyśmy zrozumieli o jaką miłość nam chodzi, co dokładnie ślubujemy. Z kolei wszystko to co pada w drugiej części przysięgi, tak naprawdę jest konsekwencją, rozwinięciem słowa miłość. Wszystko to wypływa ze słowa miłość i okazuje się konieczne, by miłości tej nie sprowadzić tylko do jakiegoś jednego, łatwego dla nas wymiaru. W poprzednim wpisie zawarłem jednak coś, co wydaje się być sprzeczne z tym, co piszę powyżej. Wtedy twierdziłem, że w centrum przysięgi stoi słowo ślubuję. Obydwa te twierdzenia da się jednak pogodzić. Przysięga ta ma dwa momenty kulminacyjne. Słowo ślubuję stoi w centrum przysięgi i dzieli ją na dwie części pod względem logicznym i językowym. Słowo miłość, jak już wspomniałem, jest sercem tej przysięgi i punktem kulminacyjnym, w którym ujawnia się najmocniej jej treść i sens. Małżeństwo z Chrystusem Mówi się nieraz, że kształt naszego małżeństwa to w pewnym stopniu odzwierciedlenie małżeństwa naszych rodziców. Pewnie jest w tym sporo prawdy, bo właśnie w rodzinie, jeszcze jako dzieci, obserwujemy to, jak związek mężczyzny i kobiety wygląda. Potem z tym zakodowanym wzorem idziemy w świat i stosujemy go w relacjach z innymi. Wzory te są oczywiście różne, jedne nieco lepsze, inne nieco gorsze. Istnieje jednak wzór idealny, idealna miłość, do której zawsze możemy się odwołać, i z której zawsze możemy czerpać jak ze źródła. Chrystus zawarł małżeństwo z Kościołem (nie ma w tym też przypadku, że Kościół we wszystkich językach poza językiem polskim ma rodzaj żeński – Ecclesia). Chrystus zawarł małżeństwo z człowiekiem. Z Tobą. Chrystus, mężczyzna z historii ze wstępu, zawarł małżeństwo ze mną – niewierną panną. I to właśnie od niego mogę i powinienem uczyć się miłości. Tam, na górze za miastem, dwadzieścia wieków temu wypowiedział swoje ślubowanie. Właśnie tam, na Golg

  9. 04/26/2021

    Ślubuję - #06 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Świadomy praw i obowiązków wynikających z założenia rodziny, uroczyście oświadczam, że wstępuję w związek małżeński z Anną i przyrzekam, że uczynię wszystko, aby nasze małżeństwo było zgodne, szczęśliwe i trwałe. Powyższe zdanie to tak zwana przysięga, wypowiadana w czasie tak zwanego ślubu cywilnego. Problem jednak w tym, że ani to przysięga, ani ślub. Zawarcie małżeństwa cywilnego następuje na skutek złożenia oświadczeń i podpisania aktu cywilno-prawnego i nie ma nic wspólnego z żadnym ślubem. Co ciekawe, nawet sama Wikipedia łączy powyższy tekst z pojęciem ślubowania. A przecież zarówno słowo przysięgam, jak i ślubuję, nie pada tutaj ani razu. Dlaczego zatem wydarzenie to jest tak uparcie nazywane przez mainstream ślubem? Cytując Tadeusza Sznuka odpowiem dyplomatycznie – nie wiem, ale się domyślam. Ślubowanie to nie jakaś błaha sprawa. Powiem więcej – ślubowanie to coś, co większości z nas przytrafi się najwyżej raz w życiu. Ślubem nazywamy tylko te najbardziej uroczyste przysięgi. Ślubują sędziowie powoływani na swój urząd, burmistrzowie i prezydenci miast, a także posłowie. Ślubują wreszcie narzeczeni, którzy składając przysięgę decydują się stworzyć nowe małżeństwo. Ślub to naprawdę wielka rzecz! Tak wielka, że chyba większa nawet od samych ślubujących. Może właśnie to jest jednym z powodów dla których nie zdecydowano się na użycie tak wielkiego słowa przy zawieraniu małżeństwa cywilnego. W końcu umowa o tej treści (narzuconej przez prawo) musi być względnie możliwa i łatwa do wykonania. Jak już wspominałem w poprzednim wpisie – małżeństwo jest stanem naturalnym (w znaczeniu – wypływającym z naszej natury). Małżeństwo jest czymś powszechnym i czymś z zasady dobrym. Potrzebna jest zatem pewna prawna konstrukcja (można by ją nazwać instytucją małżeństwa), która ten naturalny stan będzie formalizować i chronić. Wiemy jednak też, że małżeństwo sakramentalne jest podniesieniem tego naturalnego stanu na inny, wyższy poziom. Jest przeniesieniem go do innej rzeczywistości. Rzeczywistość ta ma to do siebie, że w porównaniu z małżeństwem naturalnym czy cywilnym może być bogatsza i piękniejsza, ale z drugiej strony jest też bardziej wymagająca i, po ludzku, trudniejsza. Zapowiedź tego odnaleźć możemy właśnie w słowie ślubuję. Jak rycerz Składanie ślubu jako wyrażenie chyba na dobre wyszło już z powszechnego użycia. Kojarzy się głównie z średniowiecznymi poematami o rycerzach i damach oraz z historycznymi i wielkimi ślubami (np. jasnogórskimi). Niektórzy pewnie nawet stwierdzą, że wręcz wieje od niego patosem i sztucznością. Co ciekawe, wyrażenie to nie pojawia się nawet gdy mówimy o katolickiej przysiędze małżeńskiej. Przecież zazwyczaj mówimy o braniu ślubu, a nie jego składaniu. Wydaje mi się jednak (i wspominałem już o tym w jednym z pierwszych wpisów), że nieco ważniejsze jest jednak złożenie i dotrzymanie mojej części ślubowania, aniżeli przyjęcie (wzięcie) ślubu mojej żony. Ślub w pierwszej kolejności złożyłem, a dopiero w drugiej wziąłem i wydaje mi się, że właśnie takie rozłożenie akcentów jest dobrym podejściem. Osobiście, naprawdę lubię pewną doniosłość i rycerskość zawartą w słowie ślubuję. Choć mam świadomość, że w praktyce życie rycerzy i dam wyglądało inaczej niż opisują to klasyki literatury, to wierzę, że wartości przekazane w tych dziełach są uniwersalne, a pragnienie dorastania do nich jest w każdym pokoleniu takie samo. Wiem jednak, że takie podejście może być wyłącznie moją męską perspektywą i nie do wszystkich to w ten sposób trafia. Mimo wszystko, chciałbym rozwinąć moje patrzenie na przysięgę małżeńską jako na czyn wręcz rycerski. Ślubowanie jest bowiem czynem rycerskim. Przejawia się to w pierwszej kolejności w tym, że jest to czyn dobrowolny. Ta dobrowolność jest na tyle istotna, że Kościół orzeka wręcz, że każde małżeństwo zawarte pod jakimkolwiek przymusem jest od początku nieważne. Składając zatem ślub trzeba to zrobić po rycersku – z podniesioną głową, świadomie i dobrowolnie. W tym kontekście bardzo podoba mi się słowo dobrowolnie. Gdy podzielimy je na dwie części dostaniemy słowa: dobro i wola. Jest to kolejny aspekt łączący ślubowanie z rycerskością. W małżeństwo wchodzimy dlatego, że naszą wolą (naszym pragnieniem) jest dobro. Ślub w swoim założeniu zakłada dobro, i jest to przede wszystkim dobro drugiej osoby. We wpisie mówiącym o słowach za żonę / za męża napisałem, że celem małżeństwa jest świętość. Po raz drugi wyraża się to w słowie ślubuję. Jeśli pragniemy dobra dla drugiej osoby, jeśli pragniemy dobra dla nas i poprzez małżeństwo chcemy do dobra dążyć, to tym ostatecznym dobrem będzie dla nas niebo. Wszystkie zaś słowa, które wypowiemy po ślubuję, staną się naszą drogą, naszą metodą na osiągnięcie tego celu. Składając ślub trzeba to zrobić po rycersku – trzeba walczyć o najwyższe dobro. Ślub (jak już wspomniałem) zakłada też świadomość tego, co się robi. Razem ze świadomością idzie zaś branie odpowiedzialności za treść przysięgi. I znów podkreślę jak ważna jest to sprawa. Nie da się nie będąc hipokrytą (a nie wiem czy dla niektórych nie jest to i tak zbyt łagodne określenie) wypowiedzieć słów przysięgi z którymi się nie zgadzamy, albo których nie rozumiemy. Słowo ślubuję wymaga od nas po pierwsze przemyślenia tego co chcemy wobec narzeczonej, czy narzeczonego, wypowiedzieć, a po drugie zakłada, że powiemy to zupełnie na serio, rozumiejąc każde słowo. Skoro ślubuję wierność, to każdy przejaw niewierności będzie ciemną plamą na mojej przysiędze. Jeśli ślubuję miłość, to każde uchybienie w miłości będzie nierycerskie. Składając ślub trzeba to zrobić po rycersku – wiedzieć co się mówi i brać swoje słowa na serio. Centralny punkt Gdy popatrzymy na całość przysięgi małżeńskiej, zauważymy, że słowo ślubuję jest jej centralnym punktem. Jest ono orzeczeniem zdania, które tworzy tę przysięgę i nawet umiejscowione jest mniej więcej po środku. Słowo to dzieli też ją na dwie wyraźnie różniące się części. Wszystko to co padło wcześniej było, w pewnym sensie, opisem sytuacji. Słowa kapłana wprowadzające do przysięgi są (niczym w poemacie rycerskim) nakreśleniem miejsca akcji. Słowa ja i ciebie wprowadzają podmioty przysięgi; można by powiedzieć, że ukazują wszystkim zgromadzonym bohaterów tej historii, która właśnie zaczyna się pisać. Słowa biorę i za żonę/za męża określają z kolei związek między nimi. Znów odwołując się do literackich porównań można powiedzieć, że zarysowują nam one dość skomplikowaną relację, która rodzi się pomiędzy bohaterami oraz ukazują pragnienia ukryte w ich sercach. W tym miejscu pada nasze ślubuję, które wiąże nam ten opis rzeczywistości, to co obserwujemy, pewien zastany stan, z konkretnymi postanowieniami, które padną za chwilę. Od tego momentu będą wymieniane już same konkrety. Od tego momentu będzie mowa o miłości, wierności i kolejnych zobowiązaniach. Od tego momentu zacznie się wartka akcja naszej opowieści. Od słowa ślubuję zaczyna się część przysięgi, która (trochę w opozycji do pierwszej części) wybitnie wybiega w przyszłość. Z kolei samo słowo ślubuję najmocniej chyba ze wszystkich słów wiąże się z teraźniejszością, z tu i teraz dziejącym się w czasie liturgii. Jest to chwila, która ma ogromny w swych konsekwencjach wpływ na całe dalsze życie dwojga ludzi. Jest to moment, który diametralnie zmienia pewien wycinek rzeczywistości, która otacza tych dwojga. Patrząc na to w taki sposób, od czasu do czasu (a zawsze w rocznicę naszego ślubu), wypowiadamy sobie z Anią ponownie słowa tej przysięgi. Wypowiadamy je, by ją odnowić, by sobie ją przypomnieć, by podkreślić, że ten krótki moment, który miał miejsce kilka lat temu, to krótkie ślubuję, nadal trwa, że ono zaczęło się i się nie kończy. Że to ślubuję nie tylko jest słowem, które podzieliło przysięgę na dwie części, ale jest słowem, które dzieli na dwie części nasze życia. Umiłowana Osoby śledzące mój małżeński cykl z pewnością już zauważyły, że lubię poszczególne słowa przysięgi rozważać nie tylko pod kątem ukrytych w nich znaczeń, ale również pod kątem językowym. Nie inaczej jest w tym przypadku. Gdy jakiś czas temu spojrzałem na przysięgę i na słowo, które dzisiaj wziąłem na tapet, od razu w oczy rzuciło mi się to, że w słowie ślubuję zawarte jest słowo lubuję. Lubować się, to z kolei według Słownika Języka Polskiego: «lubić coś szczególnie, rozkoszować się czymś» Tylko w kim lub czym mamy się lubować? Wydaje mi się, że chodzi tutaj o samą przysięgę. Miłowanie swojej wybr

  10. 01/26/2021

    Za żonę / za męża - #05 Przysięga małżeńska

    Wpis ten jest częścią serii, w której chcę dzielić się tym, jak przysięga małżeńska pomaga mi być lepszym mężem, i jak jej poszczególne słowa wciąż mnie inspirują. Powyżej, możesz go także posłuchać w formie podcastu lub obejrzeć jako film na YouTube. Pozostałe wpisy z serii „Przysięga małżeńska” znajdziesz TUTAJ Ja, Arkadiusz, biorę Ciebie, Anno, za żonę i ślubuję Ci: miłość, wierność i uczciwość małżeńską oraz że Cię nie opuszczę aż do śmierci. Tak mi dopomóż, Panie Boże Wszechmogący, w Trójcy jedyny, i wszyscy święci.  Na początek historyjka  Trzeciego dnia odbywało się wesele w Kanie Galilejskiej i była tam Matka Jezusa. Zaproszono na to wesele także Jezusa i Jego uczniów. A kiedy zabrakło wina, Matka Jezusa mówi do Niego: «Nie mają już wina». Jezus Jej odpowiedział: «Czyż to moja lub Twoja sprawa, Niewiasto? Czyż jeszcze nie nadeszła godzina moja?» Wtedy Matka Jego powiedziała do sług: «Zróbcie wszystko, cokolwiek wam powie». Stało zaś tam sześć stągwi kamiennych przeznaczonych do żydowskich oczyszczeń, z których każda mogła pomieścić dwie lub trzy miary. Rzekł do nich Jezus: «Napełnijcie stągwie wodą!» I napełnili je aż po brzegi. Potem do nich powiedział: «Zaczerpnijcie teraz i zanieście staroście weselnemu!» Ci więc zanieśli. Gdy zaś starosta weselny skosztował wody, która stała się winem – a nie wiedział, skąd ono pochodzi, ale słudzy, którzy czerpali wodę, wiedzieli – przywołał pana młodego i powiedział do niego: «Każdy człowiek stawia najpierw dobre wino, a gdy się napiją, wówczas gorsze. Ty zachowałeś dobre wino aż do tej pory». Taki to początek znaków uczynił Jezus w Kanie Galilejskiej. Objawił swoją chwałę i uwierzyli w Niego Jego uczniowie. Ewangelia wg. św. Jana 2,1-11   Cykl wpisów dotyczących poszczególnych słów przysięgi małżeńskiej zaplanowałem sobie już dawno temu i od samego początku miałem problem właśnie ze słowami – mąż i żona. Próby wymyślenia, co one mogą dla mnie oznaczać nic nie dawały. Sprawdzenie ich etymologii wydawało mi się albo ślepą uliczką (według jednej z teorii słowo żona pochodzi od prasłowiańskiego słowa oznaczającego uprowadzoną), albo były zbyt proste (jako mąż mam być mężny). Jak się później okazało, w tym przypadku nie było potrzebne myślenie, a oświecenie. Moment oświecenia miał miejsce kilka miesięcy temu, w drodze do pracy. Był to akurat czas, kiedy odmawiałem pompejankę. Dobrze pamiętam chwilę, kiedy rozważając tajemnicę światła Objawienie się Pana Jezusa w Kanie Galilejskiej coś zaskoczyło. Doszło do mnie, że właśnie powyższy fragment Ewangelii jest kluczem do tego, jak rozumieć kim ma być dla mnie osoba, którą nazywam swoją żoną i kim mam być ja, jako jej mąż. Pytaniem zaś jakie muszę sobie zadawać nie jest: Co to znaczy mąż/żona?, tylko Co to znaczy być mężem/żoną?. Te medytacje tak mnie pochłonęły, że wszystkie pozostałe tajemnice różańca jakie jeszcze tego dnia odmawiałem były właśnie Objawieniem w Kanie… Spróbuję zatem teraz, trochę niestandardowo jak na ten cykl wpisów, przejść przez całą tę historię i zinterpretować ją nieco po swojemu, w kontekście tego, co mówi ona o małżeństwie.   Trzeciego dnia odbywało się weseleWyobraźmy sobie taką sytuację. Kilka dni temu wybrano nowego papieża. Wielu z nas pamięta jeszcze dobrze moment wyboru Franciszka, jego pierwsze pokazanie się na balkonie. Cały świat oczekuje teraz uroczystej mszy inaugurującej jego pontyfikat. Kościół i cała ludzkość oczekuje słów, które padną w czasie homilii. Słów, które uważane są niejako za otwarcie nowego rozdziału w historii Kościoła przez nowego papieża. To właśnie te słowa będzie później powtarzał i cytował cały świat, widząc w nich ramy programowe nowego pontyfikatu. Nie inaczej jest z głowami państw. W czasie jednej z ostatnich debat prezydenckich padło pytanie o to, który z krajów odwiedziłby w pierwszej kolejności każdy z kandydatów, gdyby oczywiście został prezydentem. To właśnie ta pierwsza podróż zagraniczna niejako pokazuje kierunek polityki międzynarodowej nowej głowy państwa. Staje się pewnego rodzaju ramami programowymi. To expose premiera zawiązującego nowy rząd pokazuje jakie będą jego priorytety, na których dziedzinach życia społecznego, gospodarczego i politycznego się skupi. Te pierwsze razy stają się znakiem tego, na czym skupia się władza i co uważa za najważniejsze. Myślę, że podobnie należy spojrzeć na Jezusa. Jesteśmy na samym początku Janowej Ewangelii. Jezus dopiero pojawił się na jej kartach i w zasadzie jeszcze nie rozpoczął swojej publicznej działalności. Kilka dni wcześniej przyjął chrzest z rąk Jana Chrzciciela i inauguruje swoje dzieło. Gdzie następnie kieruje swe kroki? Do Galilei, do Kany, gdzie ma bawić się na weselu; do Kany, gdzie niebawem ma powstać nowa rodzina. Uważam, że to nie przypadek, że właśnie od takiego wydarzenia Jezus zaczyna swoje nauczanie. Myślę, że Bóg chce w ten sposób bardzo wyróżnić małżeństwo. Bo nie gdzie indziej, a właśnie na weselu chce zainaugurować swój pontyfikat; to właśnie małżonków i małżeństwa dotyczy Jego expose. To Kana Galilejska jest jego pierwszą podróżą zagraniczną. Przez ten prosty gest wskazuje On, że to właśnie rodzina jest podstawą społeczeństwa. Więcej nawet! Małżeństwo, rodzina jest podstawową drogą do nieba. Również On przyszedł na świat w rodzinie. Bóg nie wybrał samotnej kobiety, która później bez pomocy męża wychowywała Mesjasza. Bóg wybrał nowe małżeństwo jako miejsce swego wcielenia. Chrystus wybiera nowe małżeństwo jako miejsce swego objawienia. I tutaj już widzimy pierwsze znaczenie słowa mąż i żona. Mam być kimś, kto staje się miejscem objawienia Boga. Jeśli zatem w przysiędze małżeńskiej mówię: biorę Ciebie za żonę, to mówię też jednocześnie: poprzez Ciebie będę doświadczał Boga na co dzień oraz: Chcę byś doświadczała Boga poprzez mnie.   Zabrakło winaIdźmy jednak dalej. Impreza trwa w najlepsze, goście pewnie świetnie się bawią, bo nikt nie zauważa, że wino się kończy. Mówiąc pół żartem, pół serio – możliwe, że jedyna (jeszcze) trzeźwa osoba w tym miejscu – Maryja, spostrzegła, że coś jest nie tak. Brakło wina. Myślę, że dramatyzm tej sytuacji jest niezwykle czytelny dla każdego kto bywał na polskim weselu i jest w stanie wyobrazić sobie podobną sytuację. Odstawiając żarty na bok – wino widzę w tym miejscu jako symbol. Symbol miłości. Każde małżeństwo (nie tylko sakramentalne, czy złożone z ludzi wierzących) rozpoczyna się od miłości (choć różnie ją można rozumieć). Na początku każdego małżeństwa tego wina z pewnością nie brakuje. Czasami młodzi małżonkowie są tak szczęśliwi i w siebie wpatrzeni, że otoczenie zastanawia się, czy rzeczywiście nie są oni nieustannie na rauszu. Może się jednak tak zdarzyć (i obserwując ten świat stwierdzam, że dzieje się tak często), że wino się kończy. I nagle pojawia się panika i pytania: Za kogo ja wyszłam?, Czemu jeszcze się męczę z tą kobietą? Tak, każdemu związkowi może zabraknąć wina i najgorsze w tym jest to, że sytuacja wydaje się być wtedy naprawdę beznadziejną i jest ona naprawdę dramatyczna.   Czy to moja lub Twoja sprawa?Dziwny dialog Jezusa z matką, który następnie ma miejsce, zawsze szokuje. Jakoś nie pasuje nam on do obrazu potulnego Jezusa, który czasami nosimy w swojej głowie. Tutaj Jezus wydaje się nie interesować problemami innych (choć wiemy, że ostatecznie nie jest to prawdą). Spróbujmy jednak na tę rozmowę popatrzeć nieco inaczej i odczytać ją na innym poziomie. Myślę, że w dialogu tym Maryja jest reprezentantką całej ludzkości. W końcu któż inny może lepiej niż ona reprezentować nas wszystkich. W jej słowach człowiek mówi do Boga: Nie mam już wina. W moim związku nie ma już miłości, nie ma pasji, nie ma uczucia. Pomóż! To dramatyczne wołanie nas wszystkich, wyrażające, że chcemy więcej, chcemy pięknie kochać, chcemy być piękni i chcemy budować piękne relacje. Z czasem zaczynamy jednak dostrzegać, że ta idealna wizja życia i związku zdecydowanie nas przerasta i coraz więcej rzeczy zaczyna się sypać. Odpowiedź Jezusa na to wołanie (choć tak się może wydawać) nie jest zignorowaniem problemu. Jest nakreśleniem sytuacji, w której znajduje się człowiek. Sytuacji, która miała miejsce przez wieki, zanim Chrystus przyszedł na świat, zanim zaczął działać i zanim oddał swoje życie za wielu. Sytuacji, która może mieć miejsce również dzisiaj. Jezus określa rzeczywistość i opisuje, że małżeństwo to coś naturalnego. Naturalnego w znaczeniu – wypływającego z natury człowieka. Przez całe wieki, przez niezliczone pokolenia, w związkach łączących mężczyznę i kobietę nie było Chrystusa, nie było Boga. I nawet bez tego nadprzyrodzonego spoiwa ludzie łączyli się w pary, żyli razem, wychowywali dzieci i umierali wciąż trzymając się tego jednego wybranego, czy jednej wybranej. Taki stan jest czymś normalnym dla większości kultur na Ziemi, niezależnie tego, czy mówimy o Dalekim Wschodzie, Europie, czy Indianach w Amazonii. W pytaniu Czy to moja lub Twoja sprawa? wybrzmiewa opis świata, kt

About

Arkadiusz Szarek