Bieguny Ameryki Podcast

Bieguny Ameryki Podcast

Witaj na oficjalnym kanale podcastu „Bieguny Ameryki” – miejsca, gdzie ścierają się idee, a różne spojrzenia na rzeczywistość kształtują pełniejszy obraz wydarzeń za oceanem! 🌎 📌 O czym rozmawiamy? Analizujemy najważniejsze wydarzenia ze świata amerykańskiej polityki i życia społecznego – od gorących debat w Kongresie, przez wybory i kampanie, po codzienne sprawy, które kształtują życie Amerykanów. 🎙 Kto prowadzi podcast? 🔹 Eliza Sarnacka-Mahoney – pisarka i dziennikarka, autorka książek o USA. 🔹 Jan Białostocki – dziennikarz radiowy. ✦ Różne bieguny. Jeden podcast. ✦

  1. 1d ago

    Trump nie może federalizować wyborów. Wciąż może w nie ingerować i niszczyć rządy demokratów

    14 września 2026 r. Sąd Najwyższy stanął po stronie konstytucji i praw stanowych i nie pozwolił Trumpowi federalizować wyborów. Im mniej zamieszania wokół wyborów – tym większe szanse na to, że wyborcy ruszą do urn tłumnie. A jeśli tłumnie, to - jeśli wierzyć sondażom – zwiększa to szanse na to, że zagłosują na demokratów i w styczniu przyszłego roku odbędzie się zmiana warty w Kongresie. Jak jednak będą wyglądać rządy nowego kongresu i co będzie dla niego największym wyzwaniem? O tym w najnowszym odcinku podcastu Bieguny Ameryki Eliza Sarnacka-Mahoney rozmawia z Rafałem Michalskim. Rafał Michalski jest ekspertem w zakresie polityki USA, historii amerykańskiego Sądu Najwyższego i konstytucji. Analityk medialny, związany jest m.in. z magazynem i serwisem internetowym „Układ Sił”, który zajmuje się zagadnieniami z zakresu geopolityki, dyplomacji oraz polityki bezpieczeństwa. Dlaczego wspomniane orzeczenie Sądu Najwyższego jest takie ważne? Bo Donald Trump, który nie ustaje w wysiłkach, by przekonać Amerykanów, że wybory nie są bezpieczne i że będą na jesieni sfałszowane, chciał je ograniczyć angażując w to pocztę. Na mocy jego rozporządzenia poczta miała nie doręczać kart wyborczych do głosowania korespondencyjnego, jeśli nie spełnione byłyby konkretne warunki, takie same dla wszystkich stanów. W tym: data stempla pocztowego oraz zgodność podpisu i innych danych osobowych na karcie wyborczej z tym, co znajdowałoby się na tzw. federalnej liście wyborczej, którą z kolei rząd federalny miałby utworzyć przejmując kontrolę nad stanowymi rejestrami wyborców. Gdzie problem? Po pierwsze ochrona danych osobowych, która w USA leży w gestii poszczególnych stanów. Nie ma tu ma czegoś takiego, jak instytucja zbierania danych przez rząd federalny, co jednocześnie tłumaczy, dlaczego po dziś dzień nie ma w USA ujednoliconego systemu dowodów identyfikacyjnych na podobieństwo polskiego dowodu osobistego. Za ordynację wyborczą, zgodnie z konstytucją, odpowiedzialne są poszczególne stany i to one decydują o takich sprawach jak choćby data stempla pocztowego. W niektórych stanach karta jest ważna tylko wtedy, gdy dotrze do komisji przed dniem wyborów. W innych – można ją wysłać w dniu wyborów, co znaczy, że i tak będzie ważna, choć do komisji dotrze już po dacie wyborów. To jednak, że Ameryka odetchnęła w związku z zachowaniem dotychczasowych norm głosowania korespondencyjnego nie znaczy, że Trump i republikanie nie będą podejmować innych prób ingerencji w wybory. Rafał Michalski przypomina, że Trump jest mistrzem w używaniu przestarzałych praw, które pomagają mu realizować jego pomysły. Jednym z takich praw jest regulacja obecności służb mundurowych przy komisjach wyborczych. Prawo zabrania wysyłania pod lokale wyborcze funkcjonariuszy uzbrojonych – i ma to uwarunkowania historyczne. Ale nieuzbrojonych? Oto szara strefa, którą Trump może wykorzystać. Wiemy skądinąd, że jego agresywna polityka imigracyjna, której ofiarami padają przecież nie tylko imigranci nielegalni ale także ludzie o ciemnej karnacji i „wyglądzie” imigranta wyostrzyła ludzką czujność. Widząc pod lokalem wyborczym policję ICE czy służby FBI osoby kolorowe i wyborcy mniejszościowi, choć uprawnieni do głosowania, mogą z niego zrezygnować w obawie przed nieprzyjemnymi konfrontacjami. Bardzo realny wydaje się też scenariusz, że w razie przegranej, zwłaszcza jeśli demokraci odbiliby obie izby kongresu, Trump poprowadzi na barykady kolejny ruch StopTheSteal. Chaosu i bałaganu związanego z wyborami możemy więc, mimo wszystko, nie uniknąć.

  2. Sep 12

    Z czego bierze się słabość Amerykanów pchająca ich ku MAGA?

    Człowiek opętany: w języku potocznym ktoś, kto zachowuje się jak w amoku, zaangażowany w coś bez pamięci lub ogarnięty silną, obsesyjną pasją bądź szaleństwem – Wielki Słownik Języka Polskiego. Opętanie i trans (trans w znaczeniu stan świadomości): dysocjacyjne zaburzenie świadomości. Krytyczną rolę w rozpoznaniu i ewentualnym leczeniu odgrywa tu tło kulturowe i środowiskowe, w którym osoba się wychowywała i teraz żyje – tak wynika z klasyfikacji Swiatowej Organizacji Zdrowia i ujęcia doktor Jacka Dębca w pracy pt. „Opętanie. Próba psychopatologicznego ujęcia problemu”. Doktor Jacek Dębiec, psychiatra, neurobiolog i psychoterapeuta z kliniki Great Lakes Psychiatry and Psychotherapy w Ann Arbor (Michigan) jest gościem Elizy Sarnackiej-Mahoney w najnowszym odcinku podcastu w rozmowie o opętaniu właśnie. O opętaniu Donald Trumpa, jego sztuce pętania tłumów i co to wszystko znaczy dla naszej przyszłości jako wyborców. Doktor Dębiec zgadza się z postulatem, że Trump cierpi na manię wielkości i obsesyjną potrzebę monopolizowania uwagi, co można postrzegać jako swoiste opętanie. O tym, że Trump ma problemy z budowaniem normalnych społecznych relacji, a wynika to z chorej potrzeby nieustannego budowania, ale oklaskującej go publiczności wyjaśniała już nie raz sama siostrzenica Trumpa, psycholog Mary Trump. Mary zna Donalda od dziecka i to ona pierwsza obszerniej opowiedziała nam o dzieciństwie obecnego prezydenta. O tym, że wzrastał pod okiem surowego ojca, dla którego nigdy nie był „wystarczający”, i że Trump po dziś dzień „leczy” ten kompleks za pomocą odrzucania krytyki pod swoim adresem. Nieakceptowany za dziecka, nie dojrzał i nie dorósł – pozostał Piotrusiem Panem, cecha wielu osób borykających się z taką traumą – i z uporem szukał akceptacji, dostrzeżenia, pozytywnego feedbacku, a najchętniej podziwu wszędzie indziej. Jeśli gdzieś ich nie znajdował, nauczył się ten fakt negować i wypierać. Z kolei kariera medialna stała się dla niego świetnym treningiem w manipulowaniu ludzkim emocjami, a nawet potrzebami. Coś - co niewątpliwie bardzo pomogło mu jako politykowi. Zbierając wszystko razem: dostajemy niezgorszą odpowiedź na pytanie dlaczego spadające słupki poparcia odpowiadają wzrostowi aktywności Trumpa w mediach społecznościowych i na oficjalnej stronie Białego Domu, charakteryzującą się jego rosnącym „odklejeniem” od rzeczywistości, które trudno nazwać inaczej niż groteską. Pytanie, na jakie nie mamy odpowiedzi, a które groteską nie jest brzmi: czy opętanie potrzebą „bycia najlepszym” pospołu ze słabnącymi zdolnościami kognitywnymi 47. prezydenta USA sprawiają, że szczerze wierzy, iż samo zaklinanie rzeczywistości wystarczy, by ją zmienić podług własnego życzenia? Jeśli tak, to niebywale zła nowina dla całego świata.   Nie jest groteską również pytanie o to, czy „opętani” są również wyborcy MAGA trwający przy swoim liderze w sposób, który przeczy w tej chwili już wszystkim logicznym wyjaśnieniom. Jacek Dębiec wskazuje na prosty fakt politycznego, a raczej emocjonalnego wyrachowania Trumpa.  Od początku politycznej kariery Trump prowadzi ze swymi wyborcami specjalną grę, której głównym zadaniem jest ich od siebie uzależnić. Służy temu taktyka „nieprzerwanej kampanii wyborczej”. Z jednej strony daje ona elektoratowi satysfakcjonujące poczucie, iż jest on dla swego przywódcy ważny, z drugiej – angażuje jego umysł, uwagę a zwłaszcza emocje tak, że brakuje siły i czasu i przestrzeni, by rozglądać się na boki. Trump jest tutaj niekwestionowanym światowym liderem, na którym już wzorują się inni, bo taktyka okazuje się niebywale skuteczna. Doktor Dębiec podkreśla jednak, że amerykańskich wyborców cechuje w dzisiejszych czasach coś jeszcze. Są ludźmi doświadczającymi rosnącej korporatyzacji swego życia prywatnego - mechanizmy myślenia i działania cechujące pracę w korporacji mniej lub bardziej świadomie rozciągają na sfery życia poza pracą.

  3. Sep 5

    LUDZIE W DETENCJI UMIERAJĄ Z GŁODU, ZYSKI ROSNĄ, BOGACI SIĘ SAM TRUMP

    W najnowszym odcinku podcastu Eliza Sarnacka-Mahoney i Robert Walenciak podejmują temat detencji i deportacji, który nieco się w ostatnim czasie w mediach przykurzył. Przykurzył nie znaczy jednak wcale, że znikł. Wręcz przeciwnie. ICE wciąż terroryzuje amerykańskie ulice, zaś raporty o zarobkach amerykańskich koncernów więzienniczych odpowiedzialnych za obsługę i rozwój także branży detencji, pokazują, że „złota era” zapowiadana Ameryce przez Trumpa, do niej zawitała na pewno. Tylko jakim kosztem: dla podatnika, a zwłaszcza samych imigrantów? Dwie największe, prywatne spółki na rynku więzienniczymw USA, Core Civic oraz Geo Group odnotowały w ub. roku odpowiednio 69 procentowy i 700 procentowy skok przychodów, czyli 2,2 i 2,63 miliarda dolarów. W tym roku obie też dostały od ICE kontrakty opiewające na ponad miliard dolarów każda. Informacja z lipca tego roku, która w szykującej się do wyborów połówkowych Ameryce przemknęła poza radarem wielu, może nawet większości jej obywateli, to doniesienie, iż w lipcu mieliśmy do czynienia z największą ilości „pojmanych” nielegalnych imigrantów, bo aż 30 tysiącami osób. Podniosło to tym samym średnią liczbę osób przebywających w ośrodkach do 70 tys. osób, najwięcej w historii. Wiemy jednocześnie z komunikatów samego Białego Domu, że celem Trumpa jest osiągnięcie pułapu 100 tys. przetrzymywanych dziennie w tych placówkach.   Od stycznia 2025 roku z USA ubyło szacunkowe 2.5-3 miliona imigrantów, 600 tys. na skutek deportacji, reszta poprzez tzw. autodeportację. Amerykańskie społeczeństwo, nie tylko wyborcy MAGA, poczytują to za sukces Trumpa, używając argumentów Białego Domu, że Trumpowi udało się skutecznie zamknąć granice, a także „oczyścić” amerykańskie ulice z kryminalistów. Jak jednak donoszą ośrodki monitorujące los imigrantów lądujących w detencji, od samego początku tylko 30 procent z nich to osoby, które mają na koncie popełnienie przestępstwa. Są wśród nich dzieci i niemowlęta. Informacje, które nie docierają do statystycznego Amerykanina – i świata – to fakt, że prywatne koncerny stojące za obsługą miejsc detencji, traktują je przede wszystkim jako biznes, która ma przynosić dochody. Za gigantycznymi zyskami, jakie wypracowały sobie w ub. roku stanął realny dramat ludzi, którym w imię cięcia kosztów nie zapewnia się godnych warunków bytowych, a także zmusza, pod groźbą odbierania im posiłków i dostępu do opieki medycznej, do niewolniczej pracy. Dochodzi tu więc nie tylko do łamania praw człowieka, ale i samej konstytucji. Wiemy też, że w ostatnich kilkunastu miesiącach w tych miejscach zmarło już 50 osób, choć niezwykle trudno jest prowadzić tu dochodzenie, bo rząd blokuje audyty i pracę adwokatów zasłaniając w związku z kwestiami bezpieczeństwa narodowego. Niewygodne dla rządu informacji przedostają się jednak do publicznej świadomości, choćby dzięki takim osobom jak Lauren Berlin z Teksasu, która stworzyła stronę internetową z informacjami o tym, jakie dokładnie firmy i w jakim wymiarze wspierają działania ICE oraz współpracują z Core Civic oraz GEo Group. Choć korzystała z publicznie dostępnych danych, rząd zaklasyfikował jej stronę jako „zagrożenie”  a ją samą jaką „wewnętrzną terrorystkę”. Jej działanie odniosło jednak zamierzony skutek. Wzmogło świadomość za co dokładnie płacą amerykańscy podatnicy i doprowadziło m.in. do obywatelskiego bojkotu banków obsługujących ICE. Ale najbardziej szokująca ze wszystkich jest być może informacja, że wśród udziałowców dorabiających się na obecnej bonanzie koncernów więzienniczych znajduje się … sam Donald Trump. Tuż za nim zaś, jego była prokuratorka generalna Pam Bondi, która przed pracą w Białym Domu występowała na Kapitolu w roli lobbystki na rzecz branży więzienniczej. I wreszcie Tom Homan, naczelny „strażnik graniczny” USA. Lista innych prominentnych osobowości z kręgów obecnej administracji Donalda Trumpa czerpiących profity finansowe z rozwoju amerykańskiego więziennictwa i detencji jest prawdopodobniej dużo dłuższa.

  4. Aug 29

    Jaki jest prawdziwy cel wojny Trumpa z Kanadą?

    A jeśli w wojnie celnej z Kanadą wcale nie chodzi tylko o cła? Jeśli Trump wyzwał Kanadę na pojedynek nie dlatego, że szczerze wierzy, iż Kanada bezczelnie i bezkarnie wykorzystuje USA, ale … bo sam rozpaczliwie szuka pomysłu na własną przyszłość? Dokładnie –  na zawartość biografii, jaką zaoferuje mu historia? Na te pytania odpowiadają w najnowszym odcinku podcastu Eliza Sarnacka-Mahoney i Robert Walenciak prezentując perspektywy z obu stron oceanu. Historia amerykańskiej prezydentury to kalejdoskop osobowości i charakterów, które potrafią różnić się od siebie wszystkim. Ale prezydentów sprawujących urząd przez dwie kadencje łączy jedno: to, że pod koniec swojej politycznej kariery stają się „kulawymi kaczkami” – ang. lame duck - gdyż w drugich wyborach połówkowych ich partia zazwyczaj traci wpływy w Kongresie, a oni, naturalną koleją rzeczy, możliwość dalszej realizacji swoich planów i reform. Im mniej udało im się osiągnąć w czasie gdy mieli ku temu korzystne warunki, tym większe w okresie "lamie-duckingu" staje się parcie na to, by realizować się w obszarach, gdzie coś jeszcze mają do ugrania. Odkąd USA wyrosło na światowego hegemona, oznacza to zwykle mocne przekierowanie prezydenckiej uwagi na scenę międzynarodową.  Kanada to, oprócz Chin, jedyne państwo, które nigdy nie ugięło przed Trumpem kolan i nie całowało cesarskiego pierścienia zabiegając o zmniejszenie ceł wprowadzonych przez Trumpa w „Dniu Wyzwolenia” już w roku 2025. Kanadyjski premier Mark Carney to jednocześnie jeden z najbardziej nieustępliwych i bezlitosnych krytyków Trumpa, do tego nawołujący świat do samodzielności i odwagi. Postuluje, by w obliczu amerykańskiej nieprzewidywalności i afrontów, jakimi Trump rzuca na wszystkie strony, państwa stawiały na nowe sojusze i partnerstwo polityczne i handlowe z pominięciem USA. Warunki przedstawione przez USA Kanadzie podczas ostatniej rundy negocjacji były szokujące i w wielu aspektach nie można ich było nazwać inaczej, niż zamachem na kanadyjską suwerenność, a także przejawem karygodnej ignorancji w kwestiach kanadyjskiej kultury, jej tradycji i wartości. Mając to na względzie trudno uwierzyć, że nie było to działanie zamierzone i obliczone przede wszystkim na to, by Kanadę upokorzyć. Gdyby mimo wszystko Kanada te warunki przyjęła, byłby to przecież dla Trumpa sukces na wielu frontach: wizerunkowym, ekonomicznym i oczywiście wyborczym. Sondaże pokazują rosnące niezadowlenie Amerykanów z jego drugiej prezydentury. Dwa miesiące przed wyborami połówkowymi wyborcy większościowo oprotestowują i wojnę w Iranie, i rosnące koszty życia, zwłaszcza cen paliwa, które krytycznie drenują domowe budżety. Winią za to Trumpa i Partię Republikańską. Obcesowy pokaz siły, jakim byłoby upokorzenie Kanady bez wątpienia podniosły konserwatystom przedwyborcze notowania.

  5. Aug 22

    Polacy kochają Trumpa, bo nie każe im uczyć się tolerancji

    Na pierwszy rzut oka to kontrintuicyjne. Polaków w Stanach Zjednoczonych od zawsze wyróżniało jedno: wyśrubowany pragmatyzm ekonomiczny obliczony na jak najszybszy i jak największy sukces mierzony w twardej, zielonej walucie. W połowie drugiego roku drugiej prezydentury Trumpa nie ma już jednak złudzeń. Amerykanom żyje się gorzej niż za Bidena, a Trump złamał wszystkie swoje obietnice wyborcze dotyczące kondycji gospodarczej kraju. Dlaczego więc spora część polskojęzycznej amerykańskiej Polonii wciąż go popiera? Dlaczego masowo od niego nie ucieka, choć czynią to sami wyborcy amerykańscy? 70 dni przed wyborami połówkowymi notowania Trumpa stoczyły się do poziomu najniższego w całej jego politycznej karierze. Ostatnie sondaże pokazują, że ma już tylko 33 procent poparcia. W dzisiejszym odcinku Eliza Sarnacka-Mahoney rozmawia z Krzysztofem Wawerem - polskim emigrantem z Chicago z ponad 40 letnim stażem życia w USA. Z wykształcenia automatyk, na emigracji Krzysztof Wawer pracował jako elektronik i analityk komputerowy, zaś w wolnym czasie aktywnie uczestniczył w życiu chicagowskiej Polonii, realizują się również jako dziennikarz i komentator radiowy stacji Polski FM Chicago 92.7. Nałogowo zbiera i opowiada historie Chicago, by dokumentować, jaki wpływ na rozwój miasta mieli właśnie emigranci z Polski. Odpowiedzi na zadane wyżej pytanie należy, zdaniem Wawera, szukać tam, gdzie szuka się odpowiedzi na pytania o postawy wyborcze współczesnych Polaków. Polaków, nie Amerykanów, bo – jak podkreśla Wawer – polskojęzyczna Polonia to w dużej mierze ludzie, którzy przemieścili się tylko geograficznie. Goniąc za pieniędzmi Polacy nigdy byli grupą, która prioretyzowała naukę języka i asymilację w nowej ojczyźnie. Te rzeczy osiągają dopiero kolejne pokolenia, lecz że jednocześnie bardzo szybko i całościowo wsiąkają wtedy w amerykański krajobraz, przestają być częścią polonijnych kręgów. Pierwsze pokolenie pozostaje tymczasem wierne temu, w co wierzyło i jak patrzyło na świat w Polsce. Wydatnie pomaga tu praktyka „kiszenia się we własnym sosie”, bo wbrew pokutującemu przeświadczeniu, iż w Chicago mieszkają „miliony Polaków”, prawda jest taka, że polskojęzycznej Polonii jest w mieście tylko od 40 do 60 tysięcy osób. Kto więc w Polsce trzymał się sutanny i identyfikował z partią PiS, w realiach amerykańskich nie widzi dla siebie innej drogi, niż sympatyzować z partią republikańską i głosować na wystawianych przez nią kandydatów. Jest jednak i inny wymiar polonijnego poparcia dla Donalda Trumpa. Ciężko o tym mówić, bo to temat wstydliwy i stąd niechętnie podejmowany, szczególnie przez samą Polonię. Jako mieszkaniec wielonarodowościowej i wielokolorowej Ameryki polski emigrant od zawsze miał wielkie trudności z przyswojeniem sobie jej języka i reguł gry: otwartości oraz tolerancji dla innych, zwłaszcza sąsiadów i współpracowników o odmiennym kolorze skóry. Sprawa ma drugie dno, bo polski rasizm w USA karmiło i wciąż karmi wiele czynników: specyficzna polska kultura, mocno homogeniczna religijnie i etnicznie, w której nie było wzorców współżycia z ludźmi o innych kolorze skóry i innym światopoglądzie. Uprzedzenia i postawy wyniesione z rodzinnych domów. Wreszcie także tradycja konkurowania o miejsca pracy w USA z osobami kolorowymi, co czyniło i do dziś czyni z nich w oczach wielu Polaków ich naturalnych wrogów. Krzysztof Wawer wskazuje także na podstawowy aspekt ludzkiej natury, która przecież wcale nie jest tak elastyczna i skora do zmian jak chcielibyśmy w to wierzyć. Praca nad sobą to czas i wysiłek. Większość ludzi nie ma zamiaru podejmować tej inwestycji. Od tej strony Polonia nie zmieniła się ani odrobinę. Gdzie się zmieniła? Polacy w USA nie są już dzisiaj tak gorliwymi kryminalistami jak przed stu laty. Jak wynika z kronik policyjnych w starych gazetach, które Krzysztof Wawer kolekcjonuje, bez porównania mniej kradną i mordują, w tym własne żony.

  6. Aug 15

    Straciliśmy do USA zaufanie, ale wzmocniliśmy naszą tożsamość europejską

    Co się stało z polską miłością do Stanów Zjednoczonych? Z tym pytaniem Eliza Sarnacka-Mahoney zwraca się w najnowszym odcinku podcastu #BiegunyAmeryki do Roberta Walenciaka, uznanego polskiego dziennikarza i publicystę, eksperta w zakresie historii oraz polityki międzynarodowej. Robert Walenciak pracował w polskim radiu i telewizji, współtworzył nowe tytuły prasowe, jest autorem wielu książek o tematyce historycznej, zaś obecnie związany jest z tygodnikiem „Przegląd”, gdzie pełni funkcję zastępcy redaktora naczelnego. Dwukrotnie nominowany do nagrody Grand Press, od 2024 roku zasiada w kapitule tego konkursu.Gdy w roku 2022 Pew Research Center przeprowadziła badania sympatii dla Stanów Zjednoczonych wśród państw europejskich Polska znalazła się na szczycie jeśli chodzi o zaufanie jej mieszkańców do amerykańskiego prezydenta. To zaufanie wraz z przeświadczeniem, że w razie potrzeby USA staną w obronie polskiego interesu wykazywało aż 82 proc. ankietowanych Polaków. Gdy to same pytanie ankieterzy zadali Polakom w lipcu tego roku sympatię do Białego Domu zadeklarowało już tylko 22 proc. Polaków, przy czym 65 proc. wyraziło jawną nieufność. Był to tym samym największy spadek zaufania do USA w całej Europie. Rzecz o tyle warta uwagi, że Polska od dekad, jeśli nie od stuleci uchodziła przecież za najbardziej proamerykański zakątek kontynentu. Była to miłość stabilna, bo budowana pokoleniami: poprzez emigrację zarobkowa, która ratowały całe regiony Polski w najgorszych czasach, ale także podziw i szacunek dla kraju, który w powszechnym wyobrażeniu Polaka sprzyjał zaradnym i pracowitym ludziom oraz był modelowym państwem prawa – szanował człowieka, a człowiek w zamian szanował tam państwo.

  7. Jul 18

    Czym Teksas może nas zaskoczyć? Rozmowa z Ludmiłą Mitułą

    Czy w Teksasie szykuje się polityczne trzęsienie ziemi? – z tym pytaniem Eliza Sarnacka-Mahoney zwraca się w najnowszym odcinku podcastu do mieszkanki Dallas, Ludmiły Mituły. Ludmiła Mituła jest dziennikarką, autorką, nauczycielką i działaczką polonijną, absolwentką filologii polskiej Uniwersytetu Łódzkiego i studiów dziennikarskich w Warszawie, pracuje w branży wymiany międzykulturowej. Poza Polską mieszka od ponad 20 lat, w tym ponad dekadę w Teksasie. Jest także autorka podcastu „Śniadanie w Dallas”, a jej najnowszy projekt to książka o Teksasie pisana z perspektywy dziennikarki, emigrantki i jego miłośniczki. Wybory połówkowe midterms zbliżają się milowymi krokami, tymczasem wyścig o fotel senatora jest dziś w Teksasie niebywale wyrównany. Sondaże pokazują, że różnica między demokratą Jamesem Talarico a republikaninem Kenem Paxtonem, były gubernatorem generalnym stanu, liczona jest tylko w pojedynczych punktach i mieści się w granicach błędu statystycznego. Znaczyłoby to, że w zadeklarowanym bastionie konserwatystów demokrata ma jak najbardziej realne szanse znów reprezentować Stan Samotnej Gwiazdy na Kapitolu, rzecz nie oglądana w tej części USA od ponad 30 lat temu. Mamy do czynienia z jakąś aberracją? Ktoś tu się z kimś pozamieniał na głowy? Niewykluczone, ale rzecz najprawdopodobniej w tym, że i świat, i sami Amerykanie za mocno przyzwyczaili się patrzeć na Teksas przez specyficznie zabarwione okulary i przegapili moment, gdy przestały one oddawać prawdziwy obraz rzeczywistości? Teksas George’a W. Busha, ropy naftowej i rancz to już dzisiaj nie do końca ten sam stan, co Teksas z aglomeracjami Austin i Dallas pełnymi kolorów, sztuki, krzemowych startupów i przede wszystkim postępu oraz nowoczesności. Teksas, który posiada dziś najbardziej zróżnicowane etnicznie miasta w kraju i który dalej się różnicuje i zmienia na wszystkich frontach. Przez to  choćby, że chętnie i tłumnie przeprowadzają się tutaj mieszkańcy z innych rejonów USA, w tym z Kalifornii i Nowego Jorku. Szukają niższych podatków, większego, a tańszego domu lub po prostu nowej przestrzeni do życia.   Z drugiej strony – i to powinno uspokoić miłośników Teksasu w wydaniu tradycyjnym, w kowbojkach i z koltem za paskiem – wiele z typowo teksańskich tradycji i obyczajów, które tworzą stereotyp mieszkańca stanu Samotnej Gwiazdy wciąż ma się wyśmienicie i nic nie wskazuje na to, że w najbliższym czasie odejdzie do lamusa. Pod powierzchnią politycznych wstrząsów codzienne życie toczy się bowiem dalej, zachowując swój specyficzny styl i rytm. Tworzą się nowe kontrasty, rustykalny Pas Biblijny zderza się z wielkomiejskością, a zabytkowe saloony z błyszczącymi od nowości osiedlami mieszkalnymi, które powstają w Teksasie w niebywałym, zaskakującym zwłaszcza dla Europejczyka, tempie. To jednak, zdaniem Ludmiły Mituły, tylko przydaje Teksasowi specyficznego uroku i charakteru. Tym za co kocha Teksas najbardziej jest jego oferta kulinarna oraz gościnność jego mieszkańców. Choć to nie ona wybrała Teksas, to Teksas wybrał ją ściągając tu do pracy jej męża, w jej oczach przy bliższym poznaniu ten zakątek Ameryki wyłącznie zyskuje.

  8. Jul 12

    USA wciąż ma moc, choć życie tu jest dziś trudniejsze. Rozmowa z Sergiuszem Zgrzebskim

    Jeśli zubożała, podzielona i skłócona ze sobą Ameryka stała się tak nieprzyjemnym miejscem do życia, jak wynika z rosnącej liczby reportaży i opisów zapełniających zwłaszcza media społecznościowe, to jak w niej żyć? Odpowiedzi na to pytanie w najnowszym odcinku podcastu Eliza Sarnacka-Mahoney szuka wraz z Sergiuszem Zgrzebskim: mieszkańcem Chicago, dziennikarzem związanym z polonijnym radiem i telewizją, muzykiem, nauczycielem i wykładowcą, działaczem społecznym. Optymistą, który wciąż kocha rodzinną Gdynię, ale od początku tego stulecia układa swoje życie w USA. Nie brakuje imigrantów, którzy dzisiaj z USA uciekają. Przekonują, że „amerykański sen” skończył się na dobre, a szanse i możliwości są obecnie gdzie indziej. W Azji, w Europie, zaś dla osób polskiego pochodzenia przede wszystkim w pięknej, wzbogaconej Polsce. Imigranci, którzy podnoszą w tej debacie głos deklarując, że nigdzie się nie ruszają, często określają się jako wyborcy urzędującego obecnie prezydenta. Z ich strony płynie argumentacja, że o żadnym końcu Ameryki ani jej upadku mowy nie ma, im w amerykańskiej krainie broni, wolności i kapitalizmu wciąż żyje się dokładnie tak, jak chcą. Malkontenta mi są wyłącznie wyborcy demokratyczni, nie potrafiący dostrzec, iż „idzie wyłącznie ku lepszemu”. Komu wierzyć? Przepychanki i licytacje słowne na bok – prawda, jak zwykle, leży gdzieś bardziej pośrodku, choć bez wątpienia bardziej dziś po stronie „narzekających”. Wynika to z faktu, że koszty życia po tej stronie świata biją w tej chwili historyczne rekordy, że coraz trudniej funkcjonować w rzeczywistości, w której zwija się i tak zawsze tu skąpe, w porównaniu z innymi częściami świata, państwo opiekuńcze, a polityka Donalda Trumpa za jego drugim podejściem do prezydentury potęguje chaos nie produkując jednocześnie  żadnych z zapowiadanych reform. Nie widać w niej nadto żadnych nowych planów budowy dobrobytu, ani myślenia o inkluzywnej przyszłości dla wszystkich obywateli jednakowo. A jednak … setki milionów Amerykanów wciąż w USA żyją, budują tu swoją codzienność, a nawet  - surprise, surprise! - realizują plany i marzenia. W tym również i my, Polacy. Patrząc ponad sensacyjne doniesienia w mediach społecznościowych okaże się wręcz, że nasz polonijny, amerykański sen też wcale nie umarł, co bez wątpienia zawdzięczamy wyłącznie sobie samym. Jako grupa etniczna zawsze byliśmy zaradni, pomysłowi i wytrwali – coś, co w USA wciąż ma znaczenie i siłę sprawczą. Istotny, wreszcie, pozostaje fakt, jak wiele zależy w tym obszarze od rzeczy najprostszej: od tego, czym nasz „American Dream” był dla nas od początku i czym ma być docelowo, szczególnie, jeśli założyliśmy tutaj rodziny i wychowaliśmy dzieci, dla których Stany Zjednoczone pozostaną na zawsze ojczyzną. W zalewie krytyki, a nawet drwin z Ameryki, których dziś nie brakuje, proponujemy więc Wam rozmowę o tym, co i dlaczego wciąż inspiruje do życia w USA naszych rodaków. I dlaczego, mimo chudszych lat i trudniejszej koniunktury ekonomicznej, tak wielu – większość z nas? - wciąż o rejteradzie z USA nie myśli. Przeciwnie, dlaczego angażujemy się w tutejsze życie publiczne, wierząc, że lepsza przyszłość jest możliwa i zależy od nas samych. Co nie znaczy, że nie ma jednak granicy, której przekroczenie i w nas nie wywołałoby ostatecznego buntu i nie zainspirowało do podjęcia najbardziej dramatycznych decyzji życiowych, w tym o wyjeździe z USA właśnie. Dla Sergiusza i Elizy tą granicą jest obecna działalność policji ICE. Wszystko to razem tym bardziej potwierdza, że żyjemy w naprawdę wyjątkowych i przełomowych czasach, o których historia będzie miała bardzo wiele do powiedzenia.

About

Witaj na oficjalnym kanale podcastu „Bieguny Ameryki” – miejsca, gdzie ścierają się idee, a różne spojrzenia na rzeczywistość kształtują pełniejszy obraz wydarzeń za oceanem! 🌎 📌 O czym rozmawiamy? Analizujemy najważniejsze wydarzenia ze świata amerykańskiej polityki i życia społecznego – od gorących debat w Kongresie, przez wybory i kampanie, po codzienne sprawy, które kształtują życie Amerykanów. 🎙 Kto prowadzi podcast? 🔹 Eliza Sarnacka-Mahoney – pisarka i dziennikarka, autorka książek o USA. 🔹 Jan Białostocki – dziennikarz radiowy. ✦ Różne bieguny. Jeden podcast. ✦

You Might Also Like