Kiedy w listopadzie 2024 roku Donald Trump po raz drugi wygrał wybory, w Polsce wielu ludzi pomyślało, że to zupełne nieźle. Po czterech latach Bidena i Harris, po szaleństwie woke, po otwartych granicach, po wojnach toczonych w imię „demokracji” gdzieś na Bliskim Wschodzie wreszcie ktoś mówił wprost: America First. Koniec z globalnym żandarmem, który chce wszystkich uczyć „tolerancji” i „praw człowieka”, a sam ma problemy z własnym społeczeństwem. Dla milionów konserwatywnych Amerykanów i dla wielu Polaków Trump był jak ten facet z osiedla, który mówi: „Dość tego cyrku”. Nie był świętym, nigdy nie udawał. Mówił wulgarnie, kłamał czasem w drobiazgach, ale przynajmniej nie udawał, że jest kimś innym. Nominował rozsądnych sędziów. Bronił wolności religijnej. Stał po stronie Izraela, a nie po stronie tych, którzy palą flagi z gwiazdą Dawida. Obiecywał skończyć z niekończącymi się wojnami i z lewicową indoktrynacją w szkołach i armii. I przez pierwsze miesiące drugiej kadencji wydawało się, że rzeczywiście coś się zmienia. Retoryka była twarda. Ameryka znowu miała być silna, a nie „włączająca” i „zrównoważona”. Wielu chrześcijan w Stanach – ewangelików, katolików, zwykłych ludzi wierzących – znowu poczuło, że mają w Białym Domu kogoś, kto przynajmniej nie gardzi ich wartościami. A potem przyszedł styczeń 2026 roku. I nagle wszystko zaczęło wyglądać inaczej. Ameryka przeprowadziła spektakularną operację w Wenezueli. Specjalne siły – podobno przy udziale DEA – wjechały do Caracas, wyciągnęły Nicolása Maduro i jego żonę prosto z pałacu i przewiozły do Stanów. Dyktator, który przez lata niszczył kraj, głodził własny naród, więził opozycję i sprzedawał się Rosji, Chinom i Iranowi, wylądował w amerykańskim areszcie. Na papierze – sukces. Kolejny „zły gość” zdjęty z planszy. Tylko że zaraz potem Trump zaczął mówić otwarcie to, co wielu myślało, ale mało kto miał odwagę powiedzieć wprost. „Ta ropa należy do nas.” „Amerykańskie firmy kiedyś tam inwestowały, więc teraz bierzemy to, co nam się należy.” „Będziemy tam rządzić, dopóki nie uporządkujemy spraw.” A kilka dni później w Białym Domu odbyło się spotkanie z szefami największych amerykańskich koncernów naftowych – ExxonMobil, Chevron, ConocoPhillips i innymi. Trump osobiście zachęcał ich, żeby wpompowali dziesiątki miliardów dolarów w wenezuelską infrastrukturę naftową, „naprawili to, co zgniłe” i zaczęli pompować ropę. Największe potwierdzone rezerwy ropy na świecie – ponad 300 miliardów baryłek – nagle stały się „amerykańskim interesem strategicznym”. I tu właśnie wielu z nas, Polaków, którzy kibicowali Trumpowi, poczuło nieprzyjemne ukłucie. Bo my wiemy, jak brzmi język „to należy do nas, bo jesteśmy silniejsi”. Słyszeliśmy go w historii wystarczająco często – od zaborców, od Hitlera, od Stalina, od wszystkich, którzy uzasadniali grabież interesem narodowym. Ósme przykazanie nie ma dopisku „chyba że chodzi o interesy supermocarstwa”. „Nie kradnij” brzmi tak samo w kościele na Podkarpaciu, jak i w małym zborze baptystów w Teksasie. Oczywiście, Maduro był katastrofą. Socjalizm w wersji hardcore doprowadził Wenezuelę do ruiny – hiperinflacja, głód, miliony uchodźców, gangi, narkotyki. Kraj z największymi rezerwami ropy na świecie stał się jednym z najbiedniejszych w Ameryce Łacińskiej. To nie ulega wątpliwości. I nikt rozsądny nie będzie płakał, że tyran trafił za kratki. Ale sposób, w jaki Trump to sprzedał, był… zbyt szczery. Zbyt transakcyjny. Zbyt „dealerski”. Nie mówił o wolności Wenezuelczyków, o demokracji, o prawach człowieka (choć te argumenty też się pojawiały dla kamuflażu). Mówił wprost: ropa. Pieniądze. Interes Ameryki. „Będziemy tam siedzieć lata, będziemy wyciągać ropę, będziemy sprzedawać, będziemy zarabiać my i oni trochę też dostaną.” I nagle ten „ochroniarz tradycyjnych wartości”, ten przeciwnik globalistów, zaczął brzmieć jak klasyczny imperialista z XIX wieku – tylko w wersji nowocześniejszej, z Twitterem i spotkaniami w Mar-a-Lago. My, Polacy, mamy w tej kwestii szczególny radar. Przez wieki byliśmy tym krajem, któremu „większe mocarstwa” tłumaczyły, że mają prawo do naszych ziem, naszych zasobów, naszego losu – „bo geopolityka”, „bo interes”, „bo my jesteśmy silniejsi”. Dlatego kiedy słyszymy, jak największe mocarstwo świata mówi otwarcie „bierzemy ropę, bo nam się należy”, coś w nas się jeży. To nie znaczy, że popieramy Maduro. Absolutnie nie. To nie znaczy, że uważamy, że Ameryka powinna siedzieć cicho i pozwalać, żeby Chiny i Rosja budowały sobie przyczółek w Ameryce Łacińskiej. Ale jest ogromna różnica między obaleniem tyrana a otwartym przyznaniem, że robimy to przede wszystkim dla złóż surowcowych i że będziemy tam „rządzić”, dopóki nam się opłaca. Chrześcijańscy wyborcy Trumpa w Ameryce mają teraz trudny dylemat. Głosowali na człowieka, który obiecywał bronić życia, rodziny, wolności religijnej i normalności. A dostali prezydenta, który w imię „America First” jest gotów otwarcie łamać podstawowe zasady moralne cywilizacji zachodniej – nie wolno brać siłą tego, co nie jest twoje. Nawet jeśli ten „ktoś” to socjalistyczny dyktator. Nawet jeśli ropa jest bardzo potrzebna do obniżenia cen benzyny w Stanach. Bo jeśli „America First” oznacza, że Ameryka może wszystko, co jest w jej interesie – bez względu na to, czy jest to moralne, czy nie – to różnica między Trumpem a neokonserwatywnymi jastrzębiami z poprzednich administracji robi się nagle bardzo mała. Tylko że tamci przynajmniej udawali, że walczą o demokrację i prawa człowieka. Trump nie udaje. Mówi wprost: ropa. I tu dochodzimy do sedna. Trump nigdy nie był ideowcem. Zawsze był pragmatykiem i biznesmenem. Problem w tym, że kiedy pragmatyzm zaczyna całkowicie dominować nad elementarnymi zasadami etycznymi, to nawet najtwardsi realiści zaczynają się zastanawiać, dokąd to prowadzi. My w Polsce nie kibicujemy Trumpowi dlatego, że kochamy Amerykę bezkrytycznie. Kibicujemy mu, bo chcieliśmy, żeby Ameryka była przewidywalnym, silnym, ale nie szalejącym mocarstwem – takim, które nie narzuca całemu światu lewicowej ideologii, ale też nie zachowuje się jak imperium, które bierze, co chce, bo może. Jeśli druga kadencja Trumpa ma się skończyć na tym, że Ameryka otwarcie ogłasza „bierzemy ropę Wenezueli, bo nam się należy”, to wielu z nas – tych, którzy mu kibicowali – będzie musiało szczerze powiedzieć: tego nie chcieliśmy. Bo siła bez moralnych hamulców bardzo szybko zamienia się w coś, co historia zwykle nazywa imperializmem. A my, Polacy, wiemy aż za dobrze, jak kończą się takie historie – zarówno dla tych, którym zabierają, jak i dla tych, którzy zabierają. Trump ma jeszcze czas. Ma jeszcze szansę pokazać, że „America First” to nie tylko interes narodowy, ale też szacunek dla podstawowych zasad, które kiedyś czyniły Zachód wielkim. Szacunek dla własności. Dla suwerenności. Dla przykazania „nie kradnij”. Bo jeśli tego zabraknie, to nawet największe zwycięstwo wyborcze i najtwardsza retoryka nie uratują poparcia tych, którzy głosowali na niego właśnie dlatego, że chcieli przywrócenia normalności – a nie kolejnego rozdziału wielkiej gry o ropę. I dobrze byłoby, gdyby o tym pamiętał. Zarówno on, jak i ci wszyscy, którzy nadal chcą mu kibicować – w Ameryce i poza nią. Bo moralność nie jest tylko dla słabych. Czasem to właśnie najsilniejsi powinni jej najbardziej pilnować.