wangin blog

Jacek Wangin

proza i felietony... sposób na świat przekręcony

  1. 07/21/2025

    Chichot Pana Boga

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Miał ochotę pstryknąć go w ucho. Tak zwyczajnie, jak upominający ojciec w przebrzmiałej epoce, gdy nie obowiązywał zakaz stosowania kar cielesnych. Filip siedział z tyłu, uszy były przed nim, na wyciągnięcie ręki. Wystarczyło połączyć dwa palce, napiąć i pach! Aż się ucho zaczerwieni zdziwionemu Januszowi, odzianemu w wąs i kamizelkę katolicyzmu.  Zasłużył jak nikt. Nie przesunął dupska w ławce, choć mógł. Siedział z brzegu jak kołek, gdy starsza pani kulturalnie czekała, w końcu prosiła, żeby się przesunął. Chciała usiąść razem z mężem, małym zasuszonym człowieczkiem, cierpliwie stojącym za nią, w oczekiwaniu, aż skończy się to zmaganie z kijem w ludzkim ciele. Ten wypuścił tylko skąpe “proszę” z przegrody sztucznej szczęki. W zasadzie burknął, nie zmieniając wąskiej przestrzeni między siedziskiem, swoimi girami, a klęcznikiem. Zmusił kobietę do ryzyka potknięcia o deskę, przez co niemal ocierała się biodrem o jego twarz, a chwilę później jej mąż podjął to samo ryzyko.  Niby wszystko było w porządku, klęczeli oboje na swoich miejscach, zanurzeni w modlitwie, ale Filip nie mógł przejść nad tym do porządku. Januszowy czerwony kark aż prosił o pacnięcie. Z obawy, że nie odpuści spojrzał na wielki krzyż z Jezusem nad ołtarzem i samoczynnie wyrwała się wewnętrzna modlitwa: Jezu cichy i pokornego serca, uczyń serce moje według serca Twego. Ucisz mnie, nie wystawiaj na próbę, bo nie zdzierżę. Skąd oni się biorą? Skąd to zwycięstwo egoizmu i wygodnictwa na każdym kroku? Chociaż tu, w kościele, na niedzielnej mszy, mógłby przez chwilę chcieć być lepszym, ale do tego trzeba autorefleksji. A ta nie rodzi się w zgrubieniu szyi zamiast głowy. Jakby nie mógł tej dupy unieść, skoro już nie przesunie w ławce! Jakby nie mógł wyjść i przepuścić tych ludzi? Czemu akurat ja muszę to widzieć na wyciągnięcie ręki? Mam płonąć na wstępie bezradnością wobec ograniczonego katolicyzmu? Wobec bezmózgowia i nijakości! Przecież jesteś miłością, a ja zamiast czerpać ze źródła miłości, muszę pluć jadem do środka. Znasz moją porywczość w zderzeniu z małością. Ulituj się, ucisz i daj trochę łaski odróżniania rzeczy małych i wielkich.  Litość pańska przemówiła z homilii. Dziś był ten fragment o miłosierdziu Samarytanina. Pochylił się nad pobitym, którego wcześniej minął kapłan i lewita. Samarytanin był po prostu wrażliwy, ludzki do pozazdroszczenia, choć do miłości bliźniego nie zobowiązywało go prawo, ani urząd, ani tym bardziej religia. Czemu ksiądz skupił się na samym akcie miłości bliźniego? Czemu pominął najważniejsze? Jezus w przypowieści nieprzypadkowo wskazuje kapłana i lewitę, ludzi obojętnych, bo właśnie religijnych, którym blisko do ideologii, a tak daleko do miłości. Filip zobaczył jeszcze raz profil drzemiącego kato Janusza z wąsem i czerwienią karku nad kamizelą. Czy coś do niego docierało przez ostatnie czterdzieści lat tutaj? Czy chodzi tylko do kościoła od zawsze i od wieków ma za daleko do łba? Czy choć przez chwilę rozumie, co się do niego mówi, czy jedynie przeciąg hula między uszami, aż po błogosławieństwo końcowe?  Ale już było po wszystkim. Tylko echo refleksji czasem powracało między odmierzanymi krokami. Teraz Filip szedł przez park, nad którym zawisła ciemna chmura. Wiele z nich straszyło od rana i nic tego nie wynikało, tylko dlatego zdecydował się na spacer. Należało wychodzić kościelną sytuację i kilka innych, podobnych, których miejscowi katolicy nie szczędzili w minionym tygodniu. Jednak deszcz przyszedł i pomógł wyciszeniu. Coraz większe krople i bąble na pobliskim stawie nie wróżyły rychłego powrotu słońca. Gdy dotarł do altany koncertowej, w środkowej części parku, czuł wilgoć w butach i mokre ramiona w polo. Na wewnętrznej ławce altany siedziało sporo ocalonych spacerowiczów. Starsza pani z pieskiem, ukraińska parka, obok mama z dorosłą córką, ale one stały nie przerywając rozmowy, odwrócone do reszty tyłem. Po ich prawej stronie młoda mama z dzieciątkiem nieporadnym na własnych nóżkach. Nagle porywisty wiatr wzmocnił deszcz i wszyscy wstali jak na komendę. Rzęsisty opad zaczął moczyć plecy pod skrajem dachu. Młoda mama niespodziewanie poprosiła kobietę obok o przytrzymanie przez chwilę dziecka, a gdy ta lękliwie i sztywno ujęła chłopczyka pod paszki, jego matka wyskoczyła z altany wprost pod ulewę. Pod drzewem mokła pozostawiona spacerówka, która szybko nabierała wody. Zanim Filip na dobre zorientował się w sytuacji, kobieta na powrót była pod dachem i już wytrzepywała wodę z wnętrza wózka. Podziękowała za pomoc i przejęła zdziwione, ale nadal pogodne dziecko. Filip poczuł się niezręcznie. Gdyby wcześniej widział wózek, wchodząc do altany, prawdopodobnie wyręczyłby teraz matkę i wniósł pojazd, zanim ruszyła. Naprawdę go nie widział, czarny, za ciemnym drzewem, w strugach deszczu? Czemu więc usprawiedliwiał się przed samym sobą? Czemu stracił czujność? Czy już był podobny do kościelnego kato Janusza, na którego wylał wiadro pomyj godzinę temu? Dramat ludzki potrzebuje "katharsis", oczyszczenia. Dla nas, chrześcijan, symbolem tego jest Bóg, który daje drogowskazy poprzez innego człowieka. Nie wiedzieć czemu przypomniał sobie słowa z czytanej wczoraj rozmowy z mądrym katechetą, profesorem filozofii i teologii. Teraz słowa wróciły i brzmiały trochę boleśniej.  Wybiegł nie zważając na deszcz, uznał, że szybko się nie skończy. A może ta myśl go jednak za bardzo uwierała? Postanowił najkrótszą drogą dojść do samochodu i wrócić do domu, buty i tak były mokre. Szybkim marszem ruszył wzdłuż ulicy, która zamieniła się w rwący strumień. Każdy jadący samochód zmuszał do odskakiwania w bok, gdyż spod wolno sunących aut woda zalewała chodnik silnymi uderzeniami. Minęło kilka minut nim całkiem przemoczony znalazł się w ciepłej i suchej kabinie. Jechał bardzo powoli pod prąd nurtu płynącego uliczką. Zwalniał jak tylko się dało, gdy mijał ludzi idących obok, jak on sam jeszcze przed chwilą. Za zakrętem, pod drzewem, bardzo blisko jezdni, stała przemoczona kobieta bez parasola. Dawała znaki dłonią przejeżdżającym w pobliżu krawężnika, na którym stała. Mijali ją powoli, podobnie Filip nie do końca rozumiejący, czemu ona ciągle macha dłonią, skoro nikt jej nie ochlapał. Zobaczył zielone światło i skręcił na nim w lewo, na główną ulicę. Teraz dotarło, że kobieta prawdopodobnie prosiła o pomoc. Próbowała zatrzymać jakiekolwiek auto, żeby znaleźć się pod dachem, gdy wszyscy solidarnie mieli ją w nosie i może tym właśnie go znieczulili. Ona rzeczywiście nie miała w pobliżu żadnego schronienia. A jeśli była nienormalna? Mogła go przecież oskarżyć o molestowanie i próbę uprowadzenia, gdyby chciał tak po ludzku podwieźć ją do domu? "Każdy dobry uczynek może spotkać kara w tak pokręconych czasach", pomyślał nim jeszcze raz tego dnia oddalił od siebie dobrego Samarytanina. I tak jakoś za blisko kato Janusza znalazł się na powrót, chociaż już nie chciał pstrykać go w ucho. Zrobiło mu się dziwnie i niemal usłyszał chichot Pana Boga, z którym wcale nie było mu do śmiechu.

  2. 05/20/2025

    Dzika paranoja

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Maj, ten piękny czas, gdy stukotem kijków zagłuszam przedwieczorny śpiew leśnych ptaków. Na szczęście dźwięk metalowych końcówek o kamienie nie przeszkadza na wpół oswojonym jeleniom, nie płoszy jakoś szczególnie saren, co najwyżej przegoni zdezorientowanego dzika z krzaków. Nic jednak nie przeszkodzi słuchaniu ptaków,  które towarzyszą polifonią głosów, dlatego nie ryzykuję zmiany drogi. Szczególnie w poniedziałki, gdy lokalsi, zmęczeni weekendowym wędrowaniem z czworonogiem i rodziną, odpuszczają górzyste ścieżki.      Z uśmiechem na ustach, wywołanym widokiem soczystej zieleni, szczerząc zęby do konwalii, drobnych kwiatków pieprzycy i kryjących główki zawilców i tym razem cieszyłem się życiem, szczególnie po zwycięstwie nad misiem w sobie, którego z takim trudem odkleiłem od wyrka i książki. Właśnie wspiąłem się po serpentynie ścieżki na szczyt kolejnej górki, gdy dostrzegłem na środku traktu niebieski samochód z napisami na drzwiach i z wyłączonym silnikiem. Tutaj? Teraz? Pod zakaz wjazdu? Przy takim ryzyku pożaru i po osiemnastej? Bilety do lasu sprzedaje? Panierowaną brukiew przywiózł zającu? Szerokim łukiem ominąłem pojazd, uznając, że wiosna najwyraźniej zbudziła chuć człowieczą. Skoro tydzień temu mijałem na ścieżkach świeże opakowania po prezerwatywach, niewykluczone, że i dziś kolejna fantazja przyniosła tu fanów Tindera i żaden szlaban im niestraszny. O pożar namiętności tu idzie bardziej niż lasu, uśmiechnąłem się do uspokajającej myśli.      Zdziwienie dało o sobie znać po raz drugi, gdy po przejściu dwóch kilometrów natknąłem się ponownie na to samo auto, zaparkowane w zupełnie innym miejscu i też na leśnej ścieżce. Tym razem nie mogłem ominąć pojazdu szerszym łukiem, nie było innej drogi, a zbieranie lokalnych kleszczy dalece wykroczyło poza zakres potrzeb ruchowych. Nie pozostało nic innego jak zmierzyć się z przeznaczeniem. Wziąłem głębszy oddech, gotowy na powtórkę z historii. Prawie uwierzyłem, że i mnie przydarzy się spotkanie z UFO. Zaproszenie do środka, przybysze w czarnych kombinezonach i kapturkach, pomiary tu i tam, całkiem jak mieszkańcowi Emilcina w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Widać raz na sto lat sprawdzają, co z naszą ewolucją i wynik akurat ich nie porywa. Ale przybysze dziś bardziej wyrachowani i chwilowo zamienili latający talerz w mało wysublimowany produkt Fiata, jakby ta forma mniej rzucała się w oczy w lesie. Czyżby nadeszła i moja pora na bliskie spotkanie trzeciego stopnia?      Na wszelki wypadek wypiąłem prawy kij z rękawicy, rozważając jak go użyć. Nie byłem pewny, czy lepiej sprawdzi się jako oszczep czy raczej włócznia? W użyciu ostrego narzędzia, niegodnie z jego przeznaczeniem, wprawy co prawda nie mam. Aluminium też raczej tandetne, bo z promocji. Pozostało liczyć na gen piastowskiego woja, drzemiący w rejonach nieodkrytych albo zwyczajnie: na instynkt połączony z atawizmem. A jakby jeden kij zawiódł, drugiego użyję w innym charakterze. Budując wątpliwą motywację, sznurowałem do przodu napinając pierś, wciągając bojler nad gumką dresu, ile się da, choć treningu za mało, żeby wyodrębnić kaloryfer. Efekt taki sobie. Posturą nie zyskałem przewagi psychologicznej, ale i tym razem samochód  stał opuszczony i milczący, a zza budy nie wyskoczył nawet pan w płaszczu, by spod rozwianej poły zademonstrować obnażonego stefana. Cisza wokół, jak po śmierci ostatniego ekologa, a przecież jakoś pojazd zmieniał miejsce i to trafnie! Wyłącznie po linii mojej stałej trasy, choć tyle rozstajów miał wokół. Całkiem niewykluczone, że w celu ostatecznego obrzydzenia mojej integracji z naturą, tylko po cholerę? Może to kolejny bezdomny właśnie próbował hojnie obdarować pojazdem, widząc że dygam po lesie o suchym kiju jak pomylony?     Z uporem godnym lepszej sprawy trzymałem się dalej stałego szlaku, gdy krokomierz zadrżał po raz piąty, sygnalizując zaliczenie kolejnego kilometra. Za blisko mety, żeby skracać drogę i oszukiwać dystans. Teraz było łatwiej, schodziłem w dół, kije niosły mnie same, od czasu do czasu przypominały o sobie, boleśnie wpadając pod nogę na nierównościach i korzeniach. Zostało do pokonania ostatnie wzgórze po łuku. Tu minąłem spacerowicza z psem, ale obaj nie zwrócili na mnie najmniejszej uwagi, o niczym nie chcieli powiadomić, przed niczym ostrzec, zatem nie działo się nic szczególnego. Wyrównałem oddech, posłałem uśmiech przylaszczce chowającej kwiatek, gdy za zakrętem znowu go znalazłem.      To samo niebieskie jeździdło i nadal na środku duktu. Nagle otworzyła się klapka pamięci. Należę do pokolenia, które karmiono legendą czarnej wołgi, krążącej po mieście, by porywać dzieci i ściągać z nich krew. Figielek pamięci sprowadził suchość gardła, szczególnie dotkliwą, bo tym razem drzwi pojazdu drgnęły skrzypiąc. Zbliżyłem się na dwadzieścia kroków, a od strony kierowcy wysiadł facet w bojówkach moro i ruszył w moją stronę. Czyżbym zasłużył na wyrok mafii? A już miałem przestać czytać kryminały! Oto żywy dowód, że siadają na psychę! Nim do końca skarciłem wyobraźnię, gość wydobył z kieszeni telefon i niósł go przed sobą demonstracyjnie, przemawiając: Panie, nie widział pan gdzie tu zdechłego dzika? Kręcę się jak marek po piekle i za cholerę padliny znaleźć nie mogę! Podsunął mi przed oczy ekran ze zdjęciem. Dorodny kawał dzikiej świni leżał pod wielkim bukiem, z uniesionym łbem, całkiem jakby odpoczywał po penetracji osiedlowego śmietnika. Desperat spojrzał prosząco, jakby odgadł moją myśl: Panie, to las jest, tu wszystkie drzewa takie same, jak ja mam go szukać? Idzie taki jeden z drugim spacerowicz niedzielny, taka jego mać, dzika znajdzie, powiadomi, ale już nie przekaże, gdzie konkretnie. A mnie każą szukać mądrale z centrali! Panie! Co ja sęp jakiś jestem, że na kilometry padlinę wyczuję? Kiedy on pewnie jeszcze nie zaśmiardł dobrze! Nie widział pan aby gdzie? Wzruszyłem ramionami w pełni zrozumienia, pokiwałem głową empatycznie, dodałem coś, że bez pinezki na mapie, to raczej marne szanse ze znalezieniem zwłok. Gość zapytał mnie jeszcze o aktualną lokalizację i kierunek do najbliższej asfaltowej drogi. Najwyraźniej zamyślił zakończyć wyprawę całkiem na tarczy, pogodzony z ostateczną klęską. Wsiadał do kabiny, wybierając numer w telefonie, i już miotał przekleństwa, których szczątki dobiegały moich uszu. Po chwili niebieski fiat znikał w tunelu świeżej zieleni, całkiem już oswojony.      No nie widziałem dzika, nic nie poradzę, nie dziś, ale ciężar z serca spadł, nie powiem. Literacka wyobraźnia mimo to nie ustępowała: było mu powiedzieć, żeby po krążących krukach szukał. Uśmiechnąłem się do niewybrednego żartu ironicznej towarzyszki życiowego niespełnienia. Jakież było moje zdziwienie, gdy po przejściu kolejnych kilkuset metrów usłyszałem krakanie nad głową. Ponad koronami drzew krążyły dwa kruki. Natura bywa jednak przewrotna, pomyślałem i na wszelki wypadek spojrzałem w dół. Pod nimi była duża gromada drzew iglastych i żadnych buków w pobliżu. Kruki najwyraźniej miały się bardziej ku sobie z powodu wiosny niż pomoru świń.

  3. 12/30/2024

    Smutek samca

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ To się zdarza. Audiobook kończy się w trakcie plenerowego marszu. Z racji pory roku, wiatru i chłodu, daję najszybszą opcję w aplikacji: "znajdź następną książkę”. Tym sposobem często trafiam na coś, co dawno temu wrzuciłem na półkę i doskonale nie pamiętam z jakiego powodu.  Od kilku dni brnąłem przez powieść historyczną Egipcjanin Sinuhe Miki Waltariego. Klasyk dotąd pomijany, jak wiele innych, raczej nużył, ale nie miałem potrzeby zmiany. Lektor trzymał wzorcowe tempo spacerowe, a ja dawałem narracji szansę. Przynajmniej wyciszała głowę skołataną kolejnym dniem w pracy. I chyba warto było czekać, przynajmniej do tego momentu, w którym autor przykuł uwagę, wkładając w usta królewskiego trepanatora magiczne słowa: Nie ma miłości – rzekł Ptahor stanowczo – mężczyzna jest smutny, gdy nie posiada kobiety, z którą mógłby spać. Ale gdy spał z kobietą jest jeszcze smutniejszy. Tak było i tak zawsze będzie. – Dlaczego? – spytałem. – Tego nie wiedzą nawet bogowie.  Coś jest na rzeczy, pomyślałem cofając nagranie w domu, by wynotować prorocze słowa. Tego nie wiedzą nawet bogowie, z pewnością. Setki lat przed naszą erą, ponad dwa tysiące lat nowej ery, a gdzie miłość barwna po grób? W marzeniach, złudzeniach wyciskanych do bólu, zwidach i pragnieniu. Ze znakomitej większości prób zwycięsko wychodzą nieliczne wyjątki, jak to w regule, a masie poharatanych niedobitków zostają dymiące pogorzeliska, łzy i niebieskie karty na komendzie. Panie wzdychają do miłości jakby głośniej i częściej, mimo kolejnych sińców pod oczami, wszak mają do dyspozycji silniejsze narzędzia: memy, komunikatory i portale społecznościowe wzmacniające wołanie na puszczy. Panowie masowo smutnieją w mgnieniu oka. Nim zdołają wytrzeć narząd w firankę, minie szał uniesień wraz z krzykiem wybranki. I tak oto, co kobieco skojarzone z niekończącym się uczuciem, nieuchronnie mija się z tym, co w męskim wyobrażeniu. Kroczą obok siebie w potrzebach, definicjach, teoriach, praktykach i ostatecznie mniej lub bardziej świadomie oboje zazdroszczą modliszkom. Ta szczytując odgryzie łeb amanta i skraca całe to kałapućkanie po fakcie. Ochroni stan rachunku bankowego i w zarodku zgasi desperację ciągania się po terapeutach, sądach, adwokatach i notariuszach, zachowując ledwie draśniętą wolność na następny raz.  Ano właśnie. Przecież podobną sentencję przypisano już historycznie Arystotelesowi, choć raczej nie posługiwał się łaciną, ale może tak wybrzmiewa ona dostojniej: omne animal triste post coitum est. Tyle że mowa tu raczej o akcie fizycznym na miarę biologii, to w tym wymiarze po obcowaniu każde stworzenie jest smutne. Z wyjątkiem koguta, który to post coitum wskakuje na płot i drze dzioba, obwieszczając światu, że znowu mu się udało, siłą, ale jednak! Przemocowiec jeden. Łacińska maksyma przypomniała mi rzadko cytowaną scenę kultowego filmu Janusza Majewskiego C.K. Dezerterzy. Oto Jan Kania i Mitzi kończą kolejne mizianki, tym razem sielsko-anielsko, na łące, kiedy lubieżnie przeciągające się dziewczę pyta: - O czym myślisz? - O niczym. Jestem bezmyślnym jełopem, który myśli o niczym – rzecze Jan. - Przestań, przecież widzę, że posmutniałeś. - Post coitum… - mruczy Kania. - Nie mów do mnie po łacinie! – Oburza się równie prosta, co namiętna córeczka okolicznej burdelmamy i kontynuuje – Wiesz o czym ja myślę? - Wiem. Zawsze o tym samym. - Kretyn! Myślę, że ślub weźmiemy w Koszycach, bo tu plotkarki by nas zżarły z zazdrości. - A nie przyszło ci do tej pustej głowy, że po wojnie będę chciał wrócić do domu, do rodziny, do swojego kraju? - No to pojedziesz i wrócisz, przecież to nie jest za granicą. - Kto wie, czy już nie będzie? A jeśli nawet, to co? Wrócę tu i będę zarządzał interesem mamusi? - Bo ty już mnie nie kochasz! Stałam ci się obojętna – prawie płacze słodka Mitzi. - To przeczy temu, cośmy tu robili – odpowiada z cynicznym uśmiechem gefreiter Kania. - Ty kochasz mnie tylko przed! - Kocham cię przed i po i w trakcie… o! W trakcie najbardziej! - Ty draniu, zobaczysz, zrobię sobie coś złego! - Tylko nie usiądź gołą pupą na pokrzywach, bo byśmy cierpieli oboje. Czyż da się obronić inaczej egzystencjalny smutek męskości niż ironią? Jak żyć z kimś, kto zaplanuje za dwoje, nie pytając drugiego o zdanie, sprowadzając trwogę egzystencji do ślubu w Koszycach, trendów wskazanych przez wedding plannera czy koloru muszki pana młodego? Tak mają kobiety w obliczu miłości: dałam ci co cenniejsze, teraz w zamian biorę twoje życie do dyspozycji i ani mi drgnij albo “ty już mnie nie kochasz”. Oto czemu faceci tak często są smutni, według Ptahora i nie tylko.  Na moje męskie oko, to także nieunikniona rozpacz czystej ekonomii. Ona pojawia się już na starcie, w początku przeczuwa kres, nieuchronnie. Niedoszacowanie wysiłku finansowego i nadmiaru poprzedzającej aktywności, wobec wątpliwego zysku, daje o sobie znać bardzo szybko. Sami zobaczcie, ile energii kosztuje go kilkuminutowy akt haczenia o niebiańskie progi! Co prawda niesiony pożądaniem za daleko ma do głowy, ale w końcu dociera ten przerost inwestycji. I już wie, ile kosztował taniec godowy po nic, a raczej po maksymalnie kwadrans spełnienia. Obiady w Whiskey in the Jar, kolacje w Pueblo, randki w Chlebie i Winie, a wszystko poprzedzane przebieraniem nogami w chodnikowym ogonku przed drzwiami lokalu. Do tego spontanicznie kupowane kartony z Hachi Sushi do butelki wina targanej przed ekran Netflixa. Wielokroć brane prysznice z zapachem Ritualsa w tle, wody kolońskie z Notino.pl, zajeżdżanie merolem, wybłaganym na godziny u taty, brata szwagra czy latanie po salonach Kruk, Yes, Pandora, by dopaść gustownego świetlika, połyskującego w ciemności kuperkiem albo znaczek nieskończoności do bransoletki. A teraz ledwie można liczyć na uśmiech błogości zdobytej damy, trwający nie dłużej niż flesz romantycznej słitfoci, zanim  ona wywali z siebie listę pomysłów na najbliższy weekend, sylwestra, wakacje i spacery po galerii w ramach kolejnej okazyjnej wyprzedaży sezonowej. Weź tu nie bądź smutny w imię miłości, która zaistnieje na moment realnie i zgaśnie niczym iskierka z popielnika, co to na Wojtusia… i jak tu nie być smutnym?  Przyszłość nie roi się jaśniej w tej materii. Męskość wyraźnie jest w odwrocie, pod wpływem natarcia hordy, która feminizuje obyczaje i język, co widać na gołe oko choćby w ilustracji obok niniejszego tekstu. Panowie w porywie bezradności i konwulsyjnej obrony coraz rzadziej bawią się w długie podchody. W desperackiej próbie ochrony przed płciowym smutkiem idą na wygodne skróty. Wystawiają w sieci klejnoty i wajhy z prostą instrukcją obsługi, no i bierzesz lalka albo nie, innej miłości nie będzie. Mniej prostolinijni, choć równie przedmiotowo trakujący kobiety, chwytają się boomerskiej opcji romantycznej, więc pierniczą rzępoły o zakochaniu, wyjątkowości, przynajmniej tak długo aż wybranka ulegnie, padnie ofiarą legendy poprzedniej żony, bo wiadomo: złą kobietą była, tymczasem opcja “ale ty jesteś aniołem” jest tyleż ekskluzywna, co krótkoterminowa. Przy bliższym poznaniu okaże się jednak, że zła żona nadal taką jest na zapleczu i dociąża wizerunek Adonisa trójką dzieci w tle.  Cóż się tym chłopom dziwić? Lajf is brutal, a wetknąć gdzieś trzeba. Póki męskość pręży się zdolnością do uczucia, przynajmniej niezłomnie próbują o siebie zawalczyć, niechby i uszczęśliwiając cudze żony. Te są mniej wymagające, rzadziej roszczą pretensje o kobierzec, a zapomniane i posmutniałe w obliczu komedii romantycznych, oczekują zachwytu na krócej i taniej, choćby z powodu zbuntowanych mężów, ratujących się ucieczką na siłownię, w chłopięctwo konsoli, twarde libacje, inne cudze żony lub zwyczajnie w hazard i kryptowaluty. Oni już nie powrócą, na dobre wyzwoleni z miłosnych ról. Nie będą zapleczem logistycznym dla niegasnących aktywności małżonek, konieczności remontów, podróży, wyprzedaży i obowiązkowej opieki helikopterowej nad potomstwem, co to ostatecznie i tak szklanki wody im nie poda.

  4. 09/30/2024

    Psiecko i inne psierdolce

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Cóż za urzekający czas, szczególnie dla filologa, którego nieustannie zaskakują neologizmy i inne twory języka, lśniące błyskiem nowości. Jakiś czas temu rzucił mi się w oczy termin “psiecko”, ale po rozpoznaniu źródła, uznałem, że to kolejna fanaberia niedojrzałych emocjonalnie dziewczynek, influencerek modowych, tiktokerek i innych medialnych płodów epoki, które próbują dorobić ideologię do nicnierobienia i osiągnąć klikalność, gdy ta stawia wymagania. Machnąłem ręką i usunąłem z głowy przedrostki “psi” na dość długo. Kilka dni temu znowu wpadł mi w oczy nagłówek: Nie będę miała ludzkich dzieci. Jestem “psią mamą” i mam dwóch “psynów”. Ironia draśnięta raz jeszcze chciała to zbyć, dodając w głowie komentarz: a co z psiężem? Czy na pewno wystarczy psynek, nawet jeśli wyliże? Buźkę też? Ale tą drogą nie idziemy, przywołałem sarkazm do porządku. Nie ta bajka literacka, a i bez mojej wydzieliny wszelkie perwersje wystarczająco zapluwają sieć.     Coś tu nie zagrało, a niegasnące pragnienie dzielenia włosa na czworo szybko odpaliło czerwoną lampkę. I po co taka alternatywa? Dziecko albo pies czy kot? Jako sześciolatek miałem w domu papugi, potem kanarki, w późnej podstawówce rybki, dalej chomika, na koniec psy. Rodzicom jakoś nie przyszedł do głowy argument, że ten zwierzyniec jest zamiast mnie. Wręcz przeciwnie: pojawienie się dziecka kusiło pozyskaniem innych stworzeń, żeby potomstwo zaciekawić i uczyć współistnienia i odpowiedzialności. Moje własne dziecko też ma w domu kolejne koty i gdyby nie metraż, dawno dokonałoby pełnej kotyfikacji stadnej lokum, z hamaczkami i budkami zamiast szafek.      Zwykło się uważać, że w rodzinie ludzkiej zawsze jest miejsce na międzygatunkową, ale czy zamiast tej pierwszej? Zwierzę w domu służy dobru całości, to truizm przecież. Dyscyplinuje, łagodzi atmosferę i przede wszystkim pozwala pielęgnować miłość do ludzi i do braci mniejszych w takim samym stopniu. Pozwala zachować harmonię stada: dziecku umożliwia właściwy rozwój w trosce o inną istotę, a zwierzęciu daje poczucie bezpieczeństwa i przynależności do gromady. Po co to sztucznie rozdzielać? Niestety, mój mózg nie wierzy modom, więc drąży. Pokoleniu Z – bo tu tkwi początek tej nowomowy - idzie o mniej lub bardziej uświadomione maskowanie właściwego powodu ucieczki od macierzyństwa. Lęk przed ciążą deformującą wymuskane ciałko? Pewnie też, choć - jak widać na ulicach naszych miast - sporo tych ciałek nie troszczy się o figurę i raczej nie potrzebuje kamizelek ratunkowych, gdy fala wymiecie je za burtę. Utrata atrakcyjnej sylwetki raczej nie grozi, ale słowo „połóg”? To już dodaje trzęsiawki, a możliwość depresji poporodowej? Na samą myśl ustawia w kolejce do terapeuty. Tymczasem surogatek wciąż zakazuje prawo. Podejrzewam, że mimo wszystko pozorne to przyczyny.   Gwóźdź programu tkwi w trumnie postaw społecznych, a influencerkom i tłumom ich fanek daleko do troski o przyszłość narodu. Znacznie bardziej doskwiera im myśl o konieczności przeniesienia uwagi z siebie na urodzone dziecko i to na wiele lat! Czarno połyskuje wizja końca życia rozpiętego między nowinkami kosmetycznymi, fitnessem a modnym klubem. Nie ma to jak wrzucić dobrze brzmiącą ideę w miejsce przeznaczone na macierzyństwo. Pudel toy zamiast rozwrzeszczanego gówniaka, który czegoś chce i tkwi kleszczem w botoksie przez trzy dekady z rzędu albo dłużej. To jest to! Dzieciak, wiadomo, kładzie się, ryczy i rąbie piętami jak nie dostanie. Wiecznie rości o coś pretensje, a ostatecznie powie, że byłyście rodzicem toksycznym, więc bez żalu spakuje do przytułku dla starych i zużytych rodzicieli. Pudelek tymczasem taki malutki i miły w dotyku. Bawi, wypełni insta, ucieszy, pomerda ogonkiem, piłeczkę przyniesie, a tylko jednorazowy wydatek dziesięciu tysi, nie licząc karmy i weta.      I tu już w zasadzie mógłbym zakończyć temat, spleść rączki na klacie i błysnąć samozachwytem. Tymczasem z tyłu głowy pobrzmiewa jeszcze jeden przeczytany gdzieś fragment: To chyba jest tak, że naprawdę odpowiedzialni ludzie nie mają dzieci. Ja jestem taką osobą i nie chciałabym na siebie brać wielkiej odpowiedzialności za wychowanie i przyszłość tych dzieci. Tylu ludzi chodzi po świecie skrzywdzonych przez rodziców, którzy uważali, że najlepsze, co mogli zrobić, to się rozmnożyć. A ich dzieci są dowodem na to, że zrobili to źle.      Pierwsze uderzenie refleksji szufladkowało autorkę, jako istotę ograniczoną, skoro tkwi w przekonaniu, że w wychowaniu człowieka rodzice odgrywają wyłączną rolę, podobnie jak w krzywdzie wyrządzanej potomstwu. Z jej słów jasno wybrzmiewa fakt, że nie ma własnych dzieci, ale sama była dzieckiem. Powinna zatem zdawać sobie sprawę, że rodzice wychowują tylko do pewnego momentu. Potem uchodzą za wzorzec dinozaura, dziadersów odklejonych od rzeczywistości albo przemocowców, którzy chcą niby dobrze, a wychodzi jak zawsze. W pewnym momencie w buty autorytetu wbijają się rówieśnicy, kreatorzy chwilowej mody, media, idole muzyczni, bohaterowie podcastów, szeroko pojęte otoczenie, dla którego rodzic ze swoim modelem życia wpisuje się - co najwyżej - w ostrzeżenie: rób tak, a będziesz nieszczęśliwym człowiekiem. Szczególnie, że samo pojęcie „szczęścia” każde pokolenie inaczej definiuje.      Czy nieposiadanie dzieci świadczy o wysokiej odpowiedzialności społecznej? Wcale niewykluczone, że mamy tu do czynienia z syndromem ewolucji społecznej. Świat jest już wystarczająco przeludniony, Ziemia mocno wyjałowiona, kataklizmy wiszą nad głową, a im bardziej pazerni ludzie będą się rozmnażać, tym mniej pożyteczne, a nawet destrukcyjne byty będą kształtować. Może niech zajmą się "psynkiem" i "psórcią". One muszą odegrać swoje role w marnych scenariuszach psiamamek i psitaciów. Jest szansa, że czworonóg nie zgłupieje i raczej na tym skorzysta. Niektóre przewodniczki po życiu dyktują mody na adopcję ze schronisk, a mniej nieszczęśliwych kudłaczy w klatkach, to więcej radosnych, choćby i w różowej kurteczce z kapturkiem. Psu raczej wszystko jedno w czym po parku sika, zwłaszcza, gdy tiktokerka radosna, a micha pełna.     Zostańmy zatem przy mądrości piewców międzygatunkowej rodziny. Po co inwestować najlepsze lata życia w istotę, której kształt ostateczny trudno przewidzieć? Nie wiesz, kiedy na własnej krwawicy wychowasz ekoterrorystę, ćpuna, konfederata czy psychopatę, który w końcu ukatrupi starego dla kasy albo za brak internetu. Przy okazji stracisz fortunę sięgającą miliona na edukację, wycieczki, fryzury, modne ciuchy, ajfony, hulajnogi, Erasmusy, auto na osiemnastkę i mieszkanie po trzydziestce, bo inaczej nie wyprowadzi się z domu. Tymczasem egzystencja modnej rasy pieska czy kotka, trwa znacznie krócej, a czas żałoby skończy się w następstwie sprowadzenia do domu nowego kłaczora rasy zgodnej z aktualnie obowiązującym trendem. Psynek wraz ze zgonem opiekuna, trafi najwyżej do schroniska, kocórka też, choć odgryzając uprzednio nosek kocimamci, która stężała po śmierci w domciu i nie otworzyła na czas saszetki Feliksa.

  5. 05/19/2024

    Figura ładu

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Wchodzenie w smugę cienia niesie ze sobą przywoływanie miejsc i sytuacji z przeszłości. Mechanizm działa niezawodnie, choć w sposób bardzo nieoczywisty. Powracają obrazy, postaci, miejsca, sytuacje, wyrzucone z pamięci losowo, w najmniej oczekiwanych momentach. Zwykle minione uaktywnia się nocą, gdy po „snów kipieli ciemnej” błąkam się między krajobrazami przeszłości i teraźniejszości. Spotykam tam żyjących i tych, którzy od lat leżą na zielonych łąkach wieczności. Mózg krąży po ulicach dzieciństwa i placach dorosłości, mieszając realne z wyobrażonym, co niesie urok wędrowania poza czasem linearnym. W tym sennym przekraczaniu wymiarów najbardziej cenię sobie spotkania ludzi mijanych przed kilkudziesięciu laty, ludzi, których nigdy nie poznałem osobiście. Nie wiem nic o ich życiu, pasjach, potrzebach, dane mi było zapamiętać ich wygląd zewnętrzny. Zdarza się i tak, że nie słyszałem nawet barwy ich głosu, a jednak powracają.  Tej nocy pojawił się stary bibliotekarz, którego tak często widziałem w okolicy lidzbarskiego zamku. W tym właśnie miejscu minąłem go we śnie. Most nad Łyną, przejście w stronę baru “Warmianka”, w którym pracowała moja mama. To tam w latach 80. minionego stulecia spotykałem go najczęściej. Czasami nawet obserwowałem przy barowym stoliku, pochylonego nad posiłkiem. Piszę dziś stary bibliotekarz i sam się uśmiecham. Pewnie był w moim obecnym wieku, ale dla mnie, sprzed blisko czterdziestu lat, musiał być równie wiekowy, co tajemniczy. Zawsze jednakowo ubrany w długi płaszcz, jasny prochowiec lub ciemny wełniany, w zależności od pory roku. Spodnie jakby garniturowe, ale dosyć szerokie z dawno wypchanym kantem, spod których w oczy rzucały się kamasze, niezależnie czy była wiosna, lato czy zima. Na głowie czarny beret zsunięty na bok i grube rogowe okulary w zużytych oprawkach nieodgadnionego koloru. W rytm kroków kołysał nieodzowną skórzaną teczką. Trzymał jej uchwyt mocno w dłoni, jakby niósł w niej wszystko, co najcenniejsze, a ona była miękka, niczym w połowie pozbawiona zawartości, przez co stawała się bezkształtna pod własnym ciężarem. Miał urodę francuskiego członka ruchu oporu, jakby przez pomyłkę przeniesionego z Paryża lat 40. do powiatowego miasta PRL-u, gdzieś na Warmię i to cztery dekady później. Po latach, jako bardziej oczytany młody człowiek, pewnie podciągnąłbym skojarzenie wizerunku pod dwudziestowieczny francuski egzystencjalizm, ale i tak – jak widać – zapadł w pamięć swoją oryginalnością, nieprzystającą do przaśnych realiów gnijącego socjalizmu.  Obudziłem się zdumiony. Dlaczego akurat ten człowiek? Na pierwszy rzut jawy nie było najmniejszego ku temu powodu, a przynajmniej racjonalnej przyczyny. Na dobrą sprawę pamiętałem tylko, że przechodził przez most w podobnej porze, codziennie. Pracował w bibliotece umiejscowionej wówczas w baszcie przyzamkowego muru. Poczułem irracjonalny nakaz, potrzebę, żeby coś ustalić, jakby na nowo upewnić się, że ten człowiek naprawdę był, zaistniał nie tylko w mojej głowie. Rozbłysła spontaniczna myśl: “telefon do przyjaciela”. Paweł, mój lidzbarski kolega, któremu zawdzięczam pasję czytania, a także pośrednio pisania, człowiek uzależniony od druku, bywał przecież wówczas w Baszcie, w poszukiwaniu książek na najbardziej oryginalne tematy! Dzwonię. Paweł rozjaśnia, że rzeczywiście tam wpadał, doskonale pamięta pana Ejnika, który podawał książki, ale był nieśmiały i jakby wycofany, nie zagadywał bywalców czytelni. Niewyraźnie mówił, może dlatego nie był specjalnie kontaktowy.  Coś już jednak wiem. Teraz telefon do mamy. Przecież mój bohater bywał klientem baru, a ona bufetową, więc miała jakiś kontakt. Mama bez trudu i niemal natychmiast przywołuje z załomów pamięci obraz tego człowieka. Powraca postać na swój sposób oryginalna, mimo tysięcy konsumentów baru, jedzących przez kilkanaście lat jej pracy w tym miejscu świata. Wspomina, że był to bardzo kulturalny pan, chyba z inteligenckiej rodziny. Jego matka była zdaje się lekarką i niewykluczone, że rodzina wywodziła się znad Sekwany, skoro jego brat uczył francuskiego w liceum i do tego brzmienie ich nazwiska. Wszystko jest możliwe, przecież to Lidzbark Warmiński, w którym pozostało po I wojnie światowej wielu jeńców różnych nacji, a po II wojnie “wymieniono” niemal sto procent mieszkańców. Tygiel kulturowy w miejsce autochtonów robi swoje po dziś dzień.  Ale po co mi to śledztwo? Co wnosi? Czemu służy? Próbie ocalenia pamięci obcego człowieka, którego nawet imienia nie znam, a nagrobka nie odnajdę? A przecież z jakiegoś powodu zjawił się w moim śnie. Symbol? Tęsknota? Pamięć? Jeśli postawię na tęsknotę, to do czego? Do krainy niewinności i pierwszych wrażeń, budujących świadomość społeczną? Wybieram jednak tęsknotę do ładu, harmonii zwykłości i codzienności. Pan z czytelni, figura jednej pracy. Zwykłej i powtarzalnej służby innym, monotonnego oddania czynnościom może nie najważniejszym, ale koniecznym w życiu lokalnej społeczności. Z jedną drogą tam i z powrotem, dzień po dniu, z poświęceniem najlepszych godzin życia, najbardziej efektywnych, na sprawy nic nie znaczące w zderzeniu z mijaniem pokoleń. Wpisany w krajobraz minionej epoki, której obce dzisiejsze formy lansu, ciśnienie na zaistnienie i parcie na ekran. Istnienie bez wzbudzania zainteresowania sobą, szukania na siłę punktów wyróżnienia. Postać w tak naturalny sposób żyjąca w czasie linearnym i jednocześnie kolistym, wypełnionym zmianą pór roku postępujących ze zmianą płaszcza. Z powtarzalnością pozbawioną potrzeby buntu. Nie gloryfikuję osoby, tęsknię do ładu, przewidywalności i zdaje się o to upomina się mój mózg nocą, stawiając podobne osoby na ścieżkach sennych marzeń .  Mózg funkcjonujący w dobie unieważnienia wszystkiego i wszystkich w przeciągu chwili, w galopie kultury zapierdolu, uganiający się za niczym istotnym w czasie nadmiaru zbędnych informacji, szuka ratunku. Wojna tuż obok, powszechna korupcja i prawa stanowione pod interesy polityków, oligarchów, biznesmenów i ten bożek zysku, tumaniący wszelkie nacje. Upadek autorytetów i wymiana ideałów na kasę w kantorach próżności i chciejstwa, to wszystko popycha podświadomość w wołanie o zatrzymanie, opanowanie, uspokojenie galopu naszego powszedniego.  Okulary, niczym niezmącone oblicze, równy krok figury z przeszłości i snu jednocześnie. Stała pora powrotu z pracy z poczuciem dobrze wykonanych obowiązków. Bez oglądania się na mody, trendy i poklask, to jak krzyk o ucieczkę z opresji dzisiejszego świata. W jakim niby celu czytam cztery książki naraz i  żadnej nie pamiętam? Czemu oglądając film skroluję najnowszy numer tygodnika? Po co muszę wybierać między zakupami, koncertem a nordic walking w lesie? Bo mam  dwadzieścia cztery godziny doby i za dużo propozycji. Za dużo możliwości i otoczenie, które wywiera taką czy inną presję rozmieniania się na drobne, bo przecież powinienem zadbać o zdrowe żywienie, o ruch, o licznik kroków, o obecność na premierze, nadążać za nowościami i trendami w muzyce, zadbać o jasny uśmiech i być na czasie z serialem Netflixa. I tłumię to wołanie całego jestestwa o hamulec bezpieczeństwa, o wolność od wyborów czegokolwiek i pójście tam wysoko, gdzie tylko cztery ściany, gdzie nie dochodzą służbowe mejle, milczy telefon, a wszelkie karnety nakazu straciły ważność. Sen zaś ostrzega i przypomina, że jeszcze jest czas, że jeszcze można nie biec, żeby nie obudzić się z poczuciem zmarnowanego bycia.

  6. 03/18/2024

    Cień małżeństwa

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ - Stary ma niedzielną szychtę, że tak bezkarnie zalegasz przed ekranem? A kto kluski gotuje do rosołu?  - Trochę nie wiem, co ze sobą zrobić. Nosi mnie od książki do okna, stamtąd do komputera, przez jakiś film, który niby oglądam i znowu telefon. Choć obecność tutaj… to jest nawet dość irytujące. Same małolaty oblegają portal. Dyszą mi tu w poszukiwaniu lwicy. - Nie przeceniaj, bo jeszcze faceta w nich zobaczysz! Im nie samica potrzebna, tylko przystępna dziura w tle, z inspiracją do klepania niemca w hełm. - Skąd ty te teksty bierzesz?! Oplułam się kawą!  - Literacka dusza we mnie jęczy, skowyt bólu i agonia niespełnienia. - No chyba czytam jakieś upośledzone książki. Tam nie ma takich tekstów. A stary? Pojechał do mamusi, jeśli o to chodzi. Wylewa potok łez w ramię rodzicielki. Żona go zraniła. - Uuu, wystąpił akt przemocy domowej? Kobieta go bije?  - No… prawie mężobójstwo przy pomocy imitacji członka.  - Ale, ale! Nie zaczynaj od scyzoryka w garści, powieś go na ścianę i dwaj akt pierwszy, od początku!  - Na początku był sracz. I w sraczu była przyjemność. Właściwie miała być, bo przecież wbił przede mną, jak zobaczył, że książkę biorę ze stołu. Zajął i wystrzelił po dziesięciu minutach. Ciężko oburzony! Pluł coś, że ja zepsułam i milczę. Nie wiedziałam o co kaman, pogubiona w kontraście różowych bokserek w avocado tuż pod kasztankiem brzucha i czarnych skarpetek na łydkach. Pytam, co znowu zepsułam? A ten, że spłuczka, że zawór, że ledwie kapie. Mogłaś z rana powiedzieć! Jakby nie wiedział, że z rana biegamy z prędkością pershinga tuż pod lamperią. I do mnie, gdzie skrzynka, żabka, klucz jakiś, zawór zapchany? Wydziera się jak na praktykanta hydraulika, przed fajrantem.  - Zepsułaś mu hydraulikę?  - Ja?! Zgłupiałeś?! Co to ja matka natura jestem?! Raczej chciałabym z tej hydrauliki skorzystać, nawet wlazłam pod prysznic, kiedy marudził i chrzanił się z zaworami. Głupia nadzieja do kabiny mnie popchała. Taki męski był z tą żabką w garści i te legendy o hydraulikach w pornolkach, wiesz, to działa na wyobraźnię! Męczył ten zawór i nic. Wyszłam pachnąca, powabna, a on do mnie, że nic z tego! Z jego roboty znaczy. Warknął tylko, że do Castoramy jedziemy.  - A ty po co? Sam nie mógł pojechać? Przecież nie wiesz nawet jaki to typ, ten zawór odcinający znaczy. - Pewnie, że nie wiem, to mnie akurat najmniej interesuje! Ale jaśnie pan, całkiem jak prezes Polski, nie ma swojego konta, ani dostępu, więc potrzebuje asystentki do obsługi karty płatniczej. Ledwie zdążyłam bluzę dresową wciągnąć bez stanika, leginsy jakieś w pośpiechu na siebie, bo i majtek nie było czasu szukać. Po kwadransie hulałam w alejce między kranami, rurami i kolankami, w tańcu z wężem w oplocie i bez. Aż nie wytrzymałam, bo latał z obłędem w oczach i pociągnęłam go do najbliższego doradcy z tym nieszczęsnym zaworem w garści, żeby wskazał, gdzie takie leżą.  - Do tego też asystentki potrzebował?  - Ba! Do tego najbardziej, przecież męskości by ubyło, gdyby innego rohatyńca miał o pomoc prosić! Ale dostał co chciał, wracamy do domu i zaczęło się: potrzymaj tu, poświeć, żabka, klucz, podaj, wynieś, a ja musiałam być już chyba purpurowa ze złości. Nie mogłam patrzeć na gada. Odwróciłam się i przeglądam jakieś głupoty w telefonie. Czekam, aż wylezie z tego sracza z tarczą, a może i z dzidą! Stoję jak framuga, nie wiem, czy majtki wkładać, stanik, czy w końcu dotrze do baraniego flaka, że jeden syn na treningu, drugi ma szkolenie wyjazdowe. A tu nic! W końcu wylazł hydraulik zwycięzca, z bananem na gębie. Zachodzi mnie z tyłu, przytula, że już dobrze, że on taki nerwowy, szyję całuje, wie jak lubię. Wreszcie dotarło! Szepcze mi w ucho przeprosiny, podziękowania. No to nie czekam, odwracam się, rozpinam bluzę, uwalniam, co jeszcze nie zwiędło, a ten gały otwiera, jakby nie wiedział do czego to jest. I naraz się tłumaczy, że nie o to mu szło, że on nie pomyślał, że … i odskakuje jak oparzony…  - I wtedy postanowiłaś przywalić mu z klucza?  - To by było słabe! Zniknęłam w sypialni, żeby po chwili wrócić z moim przyjacielem koloru późna lawenda. Jednym ruchem pozbyłam się leginsów i na jego oczach rozłożyłam uda w fotelu przystępując do zabawy! - Uciekł? - Wręcz przeciwnie! Przyspawało do podłogi ten mój cień małżeństwa. Dyszał tylko z oburzenia, chrapy mu chodziły jak ogieru Kmicica w balecie, ale słowa nie powiedział. Oniemiał. Byłam dość napalona, więc długo to nie trwało, a jęk wzmocniłam z premedytacją. Wstałam, bluzę dopięłam i z gołym tyłkiem ruszyłam na powrót do łazienki, pod prysznic. Kręcił się w kółko jak to kolorowe ruchadełko dla dzieci! W tym samym miejscu był, kiedy wyszłam. Zatrzymał się i mówi: ... ale ja naprawdę nie chciałem, przepraszam, jeśli na ciebie krzyczałem! No i chyba już nie mogę - spojrzał wymownie w dół przy tym. - Przepraszam, serio! Ale ja tak lubię ten kibelek i nienawidzę tego na dole.

  7. 01/29/2024

    Kolędniczka

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Właśnie wyłączyłem gaz pod garnkiem, gdy żona weszła do kuchni. Nawet nie zdejmowała butów, za chwilę musiała jechać do dentysty. Wizyta umówiona miesiąc temu, więc automatycznie i w pośpiechu nalewała barszcz do talerzy. Nagle odezwała się, jakby w pół zdania:  - Ryczkowska mnie dopadła, o trzeciej chyba.  - Ale jak? Po co? – Zapytałem zdumiony, bo dzień wcześniej sąsiadka była tu osobiście. - Telefonem. Przypomnieć, że ksiądz chodzi od siedemnastej.  - Przecież wczoraj napieprzała w drzwi jak gestapo! Drzemałem pod kocem, w bokserkach, zanim wróciłaś. Nie chciało mi się ubierać, kwadrans do wyjazdu. Olałem łomot, ale młody nie wytrzymał. Hałas silniejszy niż strzelanki w konsoli. Myślał, że pożar! Ale był wściekły, że babsko oznajmiło tylko wizytę katabasa, a podniecona, jakby jej osobista komża płonęła.  - Nic nie rozumiem. Jesienią proboszcz ogłaszał, że wzorem ubiegłego roku, kolęda na zaproszenie. Ludzie mieli zgłosić chęć pisemnie, w zakrystii albo przez stronę parafii, do końca listopada. Czemu ona tak lata po mieszkaniach jak kot z pęcherzem?  - Może nas zapisałaś i zapomniałaś?  - Zwariowałeś? Przecież wiesz, do której pracuję, a ty zwykle na taksówce od piątej. Kto miałby go przyjmować? - Pewnie obiecał jej prowizję. Procent od ilości przyjmujących.  - Coś ty, ona ma misję. Wstążki chorągwi nosi w każdej procesji, dookoła poucza, że prawdziwie modlić się można jedynie z radyjem, a teraz znalazła nowe powołanie. Dba o jasny wizerunek naszej klatki. - No tak. Jest radyjo, musi być frekwencyja, bo jakże to? Nie godzi się! I tym sposobem piąta kolumna proboszcza wyrabia sto procent przyjmujących, ale cienko ją widzę. Połowa mieszkań to wynajem studentom.  - No… a do tego garstka oportunistów, trochę antyklerykałów i domieszka abnegatów. Najgorzej, że mnie widzieli. Teraz, jak szłam z pracy. Na schodach stał Ryczkowski z milicjantem, zdziwieni, że dopiero idę, zamiast z chlebem i solą wypatrywać sutanny od południa . -  To się porobiło! A jak Ryczkowska napuści na nas batmana? Stary na pewno jej doniósł, że wróciłaś. - No patrz! I dzwoni!! Co teraz?!  - I jeszcze pięścią się dobija! Jak co teraz? Przecież nie polecę do drzwi prosto od obiadu! Jak? Z kartoflem w pysku, z jajkiem na zębach?! No i znowu w bokserkach siedzę, żeby spodni barszczem nie zachlapać! Nawet nie wiem, gdzie krzyżyk ze świecami! Obrus na stole kraciasty, na nim laptop do spóły z zaspanym kotem, to co teraz?  - Jurek, a co nam grozi za nieprzyjęcie kolędy? - A co to za kolęda?! Weź przestań, Anuś! Katabas wpadnie jak bomba, odpali zdrowaśkę i ojczenasza, w dowolnej kolejności, machnie kropidłem po gałach, zapyta czy pracujecie, nawet nie spojrzy w oczy i God bless you, Michałowo, give me your koperta and siema nara pa! Serio potrzebujesz takiego kabaretu? Poza tym, nigdzie nie stoi, że masz obowiązek przyjmować kolędę! To księża mają obowiązek chodzić po chałupach. A z tego, co czytałem, wcale za tym nie przepadają. Muszą się nasłuchać o traktowaniu wolnych związków, o religii w szkole i elgiebetach, średnia przyjemność. Potem i tak mają nakaz wywalić część plonu na tucz biskupa, część na narybek w seminarium, a resztę jak proboszcz uzna za stosowne, choć zwykle sam nie pcha się w błotko. Cwaniak wikarych na rzeź posyła.  - W sumie chore to jak cholera, Jurek, ale jak nas nie pochowa? Przecież odnotuje, a potem nie odkręcisz. - Szczerze? Ryra mnie to! Słońce ty moje, jak kopnę w kalendarz zawiśnie mi to kalafiorem, pochowa albo nie, z kropidłem czy bez. Jeśli całym życiem nie zapracowałem na zbawienie, to kropidło jakiegoś pijaka, pazerniaka, zarozumialca, przygłupa, pedofila czy innego opasa z pewnością mi nie pomoże. A tu, na ziemi? Mogą mnie wyrzucić na śmietnik historii, pod płot i niech mnie dziki rozciągną do spóły z lisami. Nie pochowa, księżulo, to weźmie na własne sumienie odmowę. Ale nie bój, zedrze z ciebie skórę za całe lata bez kolędy, tylko przyjdź pojęczeć o pochówek męża, a rachunek wystawi. Na to liczą, bo chrzcin coraz mniej, ślubów tyle, co kot napłakał, a do wygody przyzwyczajeni. - W sumie to głupie. Człowiek całe życie porządnie przejdzie, muchy nie skrzywdzi, przepracuje w służbie ludziom dziesiątki lat, co niedziela wymodlony, spowiedź regularna, komunia, codzienna modlitwa, a taki pochówku odmówi i jak przed Bogiem stanąć? -  Podobnie jak żołnierz na froncie. Jaka to różnica? Jedni gniją martwi w okopie, inni w zbiorowej mogile, bez trumny i krzyża przecież. To uważasz, że Pan Bóg ich nie przyjmie, bo czarny paciorka nie zmówił? Anuś, ty święta kobieta jesteś, wykształcona, mądra i dobra, ale czasem gadasz jak wiejska baba w chuścinie, wgapiona w profil Maryjki na bankowej szybie.  Odechciało mi się jeść. Każdy kolejny kęs z trudem przeciskał się przez przełyk. W końcu odszedłem od stołu. Zabrałem dżinsy z krzesła i zapinałem powoli, zerkając przez okno na chodnik w ciemności. Nie chciałem schodzić do pracy, zanim nie zobaczę, że ksiądz już sobie poszedł. Wkurzył mnie tym namolnym dzwonieniem i łomotem do drzwi, nawet jeśli nie osobiście, a jedynie posłał ministrantów. Jest! Wiatr rozwiewał mu płaszcz i stułę na boki, gdy oddalał się w pośpiechu, z pochyloną głową, w asyście dwóch chłopców. Dopinałem koszulę w przedpokoju, ściągnąłem kurtkę z wieszaka, gdy na nowo odezwał się dzwonek u drzwi.  Zesztywniałem na jego brzmienie, ale teraz ciekawość była silniejsza. Wyjrzałem przez judasza. Stała tam najwyraźniej Ryczkowska. Czego chciało jeszcze to babsko? Wygłosić drętwą gadkę do naszego sumienia? Otworzyłem. Cofnęła się, jakby brała rozbieg do karnego, wzniosła w górę dłoń i wbiegła mi do przedpokoju. Odruchowo odsunąłem się na bok, gdy ruszyła z impetem w stronę kuchni, z której wychynęła zdumiona żona. Stara wyraźnie wzięła ją na cel, wykopując w biegu stojącego sztybleta na lewe skrzydło, choć nie było tam gracza. Dopadła czoła małżonki kreśląc na nim znak krzyża z okrzykiem: z błogosławieństwem od księdza! Z błogosławieństwem! Dokonała regulaminowego zwrotu przez lewe ramię i nadal nie opuszczając ręki księżowskiej mocy, z takim samym znakiem wbiła mi kciuk w czoło z błogosławieństwem od księdza… z błogosławieństwem, aż poczułem się jak lepszy łotr obok Jezusa obiecującego raj. Teraz noc mi nie straszna, pomyślałem, w jednym sztyblecie i w jednej skarpecie.

  8. 01/09/2024

    Tato

    ❖Posłuchaj w interpretacji autora❖ Mam na imię… w zasadzie to bez znaczenia. Mógłbym wpisać każde, nie sądzę, żebyś dociekał. Nie napiszę nic odkrywczego, nie zaszokuję na pewno, no może kilka osób, które zbyt różowo widzą świat. Jeśli będziesz chciał to wykorzystać, zrób to, opisz po swojemu dziwnego faceta, który nie umie poukładać się ze sobą.  Była wiosna. Lubiłem siadać przy oknie w Różowej Mgiełce, taka kawiarenka na rogu. Pracowała jako kelnerka. Zawsze pogodna, ciepła, a jej migdałowe oczy błyszczały niesamowitym blaskiem czarnych źrenic, gdy uśmiechała się patrząc w twarz. Zerkała czasem w moją stronę obsługując innych klientów, a ja zapominałem o czym aktualnie czytam, kolejny raz przejeżdżając wzrokiem ten sam akapit nad zimną już kawą. To nie trwało długo. Wkrótce poszliśmy na pierwszą randkę, kino, spacery, tak się zaczęło. Dużo fotografowałem, uwielbiałem to, choć już wiedziałem, że fotografią nie zajmę się zawodowo. Nie miałem kasy na start, a sprzęt kosztuje. Zresztą, dziś każdy ma aparat w telefonie i zaśmieca sieć obrazkami. Trudno zaistnieć, a ja nigdy nie byłem przebojowy, ale pasja została. Ona studiowała etnografię, czyli w zasadzie też bez wielkich perspektyw finansowych i było jej raczej wszystko jedno, co zrobi dla pieniędzy, byle zachować odrobinę godności. Nasze zamiłowania wróżyły wiele podróży bliższych i dalszych. No i poszybowaliśmy w tę sielankę.  Skłamałbym, gdybym powiedział, że nie bałem się stałego związku. A strach czaił się wewnątrz i stopniowo rozrastał, jak ten potworek z „Obcego”. Czekałem, aż wyskoczy i wszystko zniszczy. Nika jest piękna, mądra, wrażliwa, czasem zwariowana, ale zawsze odpowiedzialna i bardzo kobieca. Temat dziecka musiał się pojawić, czułem to i bałem jak ognia. Wiedziałem, że moja miłość nie wystarczy. Większość kobiet marzy o byciu mamą, o rodzinie. Szczególnie, gdy zyskuje pewność w związku z mężczyzną, który jest gotów nosić ją na rękach. Czemu miałoby być inaczej w jej przypadku? Tak, rozmawialiśmy wcześniej. Próbowałem wyjaśnić dlaczego nie chcę mieć dzieci. Nawet wyglądało, że rozumie, godzi się, byle być razem.  Zacząłem filozoficznie, może nawet za bardzo, ale ja w to coraz mocniej wierzę. Na świecie jest za dużo ludzi, zostawiają po sobie rozległe zgliszcza. Planeta nie udźwignie ciężaru zniszczenia, a pazerność człowieka narasta, funkcjonujemy jako nieważne trybiki, pracujące na jakieś magiczne PKB, kupując, żrąc, wydalając, wyrzucając tony zepsutego jedzenia, miliony ton plastiku, czyniąc piekło bardzo złych relacji, sami sobie. Czy warto skazywać na to kolejne istnienie? W imię czego? Ulegamy mniej lub bardziej manipulatorom, rewanżystom, malwersantom, owinięci ciasnym kokonem sieci wytwarzanych przez populistów, dyktatorów kolejnych mód. Z dnia na dzień biegniemy szybciej, pogubieni w poczuciu przynależności, niepewni, gdzie jeszcze jesteśmy sobą, a gdzie już tylko podrzędną maszynką w realizacji cudzego chciejstwa. Daleko mi do spiskowych teorii, ale zbyt często czuję się marionetką pociąganą za sznurki powinności, a jaką kukłą ten świat uczyni moje własne dziecko? Niechęć do posiadania potomstwa potęguje medialna wrzawa o in vitro - cudowny ratunek dla tych, którzy nie mogą mieć dzieci! Ale nikt nie pyta: czemu nie mogą?! Do cholery! Może mają nie móc?! Bo będą nędznymi rodzicami, którzy wychowają beznadziejnych ludzi, niszczących innych i otoczenie, bezwolnych nierobów, mentalną degrengoladę, choćby i ustawioną materialnie przez starych! Może ich potomkowie pomnożą marazm, frustrację i depresję, a na koniec staną się niewolnikami sztucznej inteligencji?! Wpłyną na ilość samobójstw albo dopuszczą się ludobójstwa! I na nic wołanie o ratowanie demografii, jeśli ten naród ma wyginąć, skoro przekazuje w genach pustkę i nienawiść. A może te dzieci czeka ogrom cierpienia z powodu kataklizmów czy mnogości zjebów i kretynów różnej maści, którzy dorwą się do koryta wzorem P****a i innych psychopatów? Ale człowiek w swoim egoizmie ma jedynie perspektywę: ja chcę dzieci, a na nich niech spadnie choćby i lawa płonąca. Nie chciałem ze strachu, że będę marnym ojcem. Niewiele mam do zaoferowania. Nie wiem, co przekazać i co robić. Dziś nasz Łukasz ma 12 lat. Gdy był niemowlakiem wszystko było proste, wykąpać, nakarmić, przewinąć, wyjść na spacer, okryć, poprawić czapeczkę, wystarczyło być odpowiedzialnym. Zajmowałem się nim jak trzeba i zupełnie paradoksalnie stałem się wzorem ojca w oczach cioci, babci i teściowej. Organizowałem zabawy i uczestniczyłem w nich. To było proste jak czytanie książek przed snem. Dziś nie wiem, czy umiem odpowiednio przytulić nastolatka. Robię to czasem spontanicznie i być może ktoś przypadkiem zobaczy w tym „zły dotyk”, bo jednak nie kocham, a udaję. Znacznie lepiej czuję się na zapleczu rodziny. Nika z nim rozmawia, kwitnie patrząc na syna, tłumaczy mu świat. Wozi we wszystkie kierunki: angielski, szkoła karate, gitara, bo sam sobie wybrał. Może to i lepiej, przynajmniej nie siedzi wiecznie w telefonie i nie widzi moich wątpliwości w gestach, minach, dystansie.  Tak, wiem, taka teoria nikogo nie przekonuje. Sam zacząłem pracę w korporacji, żeby było nas stać na wakacje przynajmniej dwa razy w roku. Zabierałem Nikę tam, gdzie sobie aktualnie wymarzyła, bez egzotycznego szaleństwa oczywiście, ale jednak zgodnie z potrzebą. Nika jest empatyczna, nie podejmowała tematu dziecka. Nigdy nie robiła wyrzutów, nie spinała się i nie kręciła afer i za to też bardzo ją kocham. Ale nogi mi miękły, gdy widziałem, jak zerka na dzieci w czasie spacerów, na zakupach, gdy mija sklepy czy działy z dziecięcymi ubraniami. Nie mogłem tego nie widzieć. Czy można kochać i kierować się własnym widzimisię? Jak długo? Czy kochać, to nie znaczy rezygnować z siebie dla kogoś? Żeby kochana osoba mogła spełnić się w każdym wymiarze? Wszystko to piękna prawda, ale na papierze. Przecież gdzieś w końcu krzyknie nasze własne „ja”! Ono się upomni i powie: ale dlaczego ona nie robi tego samego dla ciebie? Czemu nie uszanuje wyboru, skoro od początku ostrzegałeś, że nie chcesz dzieci?  Oddalam się? Staję się nieważny? Jestem z boku? Tak, czasem i to niepokoi, stanowię jakieś wsparcie logistyczne z własnego wyboru, ku jej spełnieniu w macierzyństwie. Miłość mojego życia ma w sobie ten sam blask, który nosiła kilkanaście lat temu, gdy szliśmy za rękę przy zachodzie słońca. Niczego jej nie brakuje. Nie zszarzała jak nasze codzienne obowiązki. Zrobiłem swoje, mógłbym być z siebie dumny, a jednak powołałem do życia istnienie wrzucone w coraz bardziej nieobliczalny świat, w którym nie ma autorytetów, zanika elementarne człowieczeństwo i nie jest mi z tym dobrze.  Czasem odpala się pod czapką ten banał o sadzeniu drzewa (które wytnie ktoś na bazie ignorancji), o budowaniu domu (choć teren może zabrać państwo pod autostradę albo inną elektrownię), o płodzeniu syna (którego jakiś samozwańczy świr wyśle na śmierć pod kule urojonego wroga). Wówczas myślę, że poszedłem w to wszystko, żeby mieć wymówkę, bo nie spełniłem siebie.  Nie zostałem fotografem światowej klasy. Prawda jak szlachetnie brzmi takie poświęcenie? Zawsze mogę zwalić na miłość… miłość życia.

About

proza i felietony... sposób na świat przekręcony