Akademia Płodności

Akademia Płodności

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.

  1. 5d ago

    #111 Rzeczy, które robiłyśmy niechętnie podczas starań, a później byłyśmy za nie wdzięczne

    Są takie rzeczy, na które podczas starań kompletnie nie miałyśmy ochoty. Wyjazdy, spotkania, wydawanie pieniędzy na coś „niepotrzebnego”, wpuszczanie innych ludzi do naszego świata. Wtedy najchętniej zostałybyśmy w domu i skupiły się tylko na jednym celu. Dziś wiemy, że niektóre z tych momentów były nam bardzo potrzebne. W tym odcinku opowiadamy o rzeczach, do których czasem trzeba było nas wręcz namawiać, a za które później byłyśmy naprawdę wdzięczne, bo na chwilę przypominały nam, że poza staraniami nadal istnieje życie. Plan odcinka Wyjazdy, na które kompletnie nie miałyśmy ochoty Dlaczego tak trudno było „odpuścić” choć jeden cykl Odkładanie życia na później podczas starań Wpuszczanie bliskich w temat starań i przyjmowanie ich wsparcia Małe rytuały, które pomagały nam przechodzić przez trudne wizyty Rzeczy, do których ktoś musiał nas namówić, a za które później byłyśmy wdzięczne Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy się w kolejnym podcaście. Zosia: Witam i ja. Przybyłam do Was dzisiaj znowu z Anną. Ania: To ja. Zosia: Moim ziomalem, moim współlasem, a dzisiaj moją partnerką do rozmów wszelakich, które toczymy razem od dekady. I te rozmowy przechodzą różne metamorfozy. I dzisiaj zapraszamy Was do kolejnej naszej rozkminy na tematy okołostaraniowe, bo doszłyśmy do wniosku z Anią, że są takie rzeczy, które robiłyśmy podczas starań bardzo niechętnie. W ogóle nie miałyśmy na nie ochoty, wręcz się czasami do nich zmuszałyśmy, a po jakimś czasie stwierdzałyśmy, że to było bardzo dobre, że jednak się do tego zmusiłyśmy. I chcemy Wam dać dzisiaj zalążek tego, bo może okaże się, że w Waszym życiu też Wam się nie chce czegoś robić teraz, obecnie, w tym momencie, a potem, jak to zrobicie, to za jakiś czas pomyślicie sobie: w sumie dobrze, na przykład, że nie zostałam wtedy w domu. Ania: I to chcę powiedzieć, że my tak patrzyłyśmy już dawno, dawno temu na te rzeczy, które się działy. Nawet jeszcze podczas starań. Zosia: W sensie, że wtedy nam się nie chciało. Ania: Tak, że nie chciało się, ale jak minął jakiś tam czas, nie wiem, od tego wydarzenia… Zosia: To wciąż byłyśmy staraczkami, ale wdzięcznymi za ten moment, rozumiem. Czyli nie musiało upłynąć 10 lat, żebyśmy się poczuły wdzięczne za to, co wtedy zrobiłyśmy. Czego Ci się nie chciało podczas starań, Anna, a potem byłaś za to wdzięczna, że to zrobiłaś? Ania: Podczas starań takich rzeczy dużo mi się nie chciało, bo nie miałam wtedy na to głowy, mózgu i przestrzeni. I chęci przede wszystkim. Więc chciało mi się tylko jeździć do lekarzy. A mój mąż próbował właśnie wyrywać mnie z tych starań. On miał takie zadanie. Zresztą też w jednym z naszych podcastów, nie wideo, a wcześniejszych, wspominał o tym, że on próbował, bo on się sam dusił w tym wszystkim. Więc myślał, że jak będziemy gdzieś robić jakieś różne wypady, no to to pozwoli mi wyjąć mózg ze starań. Tak się oczywiście nie działo, bo ciężko jest wyjąć mózg podczas starań. Dosłownie chciałoby się wyjąć mózg, żeby odciąć te myśli, bo biorąc go wszędzie ze sobą, bierzemy ten ogromny bagaż. Natomiast był taki jeden wyjazd, który pamiętam do tej pory i naprawdę go wspominamy. I on był takim wyjazdem niskobudżetowym. No, tam gdzieś u jakiejś takiej kobiety wzięliśmy sobie nocleg, ale jak chodzisz po górach, to nie ma znaczenia, bo idziesz tam tylko spać. I był to wyjazd, na który nie miałam ochoty, ponieważ byłam po poronieniu i chciałam się zamknąć w domu. Więc byłam przymuszona przez mojego męża, który stwierdził, że to będzie świetnym pomysłem. A teraz myślę sobie — i zresztą nie tylko teraz, bo jak upłynął już pewien czas od tego poronienia, też tak myślałam — że to była bardzo dobra decyzja. Na chwilę. Na odcięcie. Na samo pójście pod górę i zmęczenie się. Pozwoliło na chwilę odetchnąć, no bo wtedy łapiesz oddech. I było, pamiętam, tak zimno. To ciało dostaje innych bodźców troszeczkę niż siedzenie w domu i myślenie. Pomimo tego, że naprawdę nie chciało mi się tam jechać, jestem wdzięczna za to, że on mnie wtedy wyrwał. Pamiętam, że szłam i jak było już płasko, to płakałam. Płakałam i jednocześnie pamiętam ten wiatr na samej górze. I pamiętam to zimno, jak siedziałam skulona. Już wtedy nie płakałam, bo było mi tak zimno. Pamiętam, jak mój mąż wszedł na sam czubek góry. Nawet mam takie zdjęcie, jak stoi przy znakach. Natomiast byłam mu wdzięczna, że pomimo mojego ogromnego niechcenia i naprawdę… Ja tam jechałam bez entuzjazmu. Ale pojechaliśmy. Zosia: Zabrałaś mózg w plecak? Ania: Zabrałam mózg, tak. Zabrałam mózg i poszłam. Ale byłam w innym miejscu. Zosia: Rozumiem. Ania: Byłam w innym miejscu, ale w domu byłabym bardziej… Zosia: Mhm. Ania: Bo w domu nic by mnie nie odcięło od myśli, a tam chociaż na chwilę. Na cokolwiek. Spojrzenie gdzieś tam, przestrzeń. Zosia: Więc warto się czasami zmusić. Ania: No, wtedy jak mnie zmuszał, to tak. Zosia: Nie chciało się. Ania: Nie chciało się. Ale później… To był smutny wyjazd, ale bardzo potrzebny. A Ty? Zosia: Ja pamiętam wyjazd, który był dość przełomowy, bo na nim zrodził się w mojej głowie pomysł projektu Żyćko. I pamiętam też, że na ten wyjazd… Może nie tyle nawet, co ja nie chciałam jechać, bo pewnie w innych okolicznościach życia pojechałabym pierwsza albo może nawet go zorganizowała. Ale pamiętam, jak moje psiapsi zorganizowały wyjazd do Florencji. I było to w okresie starań, naszych takich regularnych wizyt u lekarza, chodzenia dodatkowo na terapię. Więc to było takie po prostu, wiecie, wszystkie siły na pokład aktualnego leczenia ran niepłodnościowych plus aktywnych starań na zasadzie: może to będzie ten cykl. I pamiętam, że ciężko mi było sobie w głowie pozwolić na to, że, no, po pierwsze stracę ten cykl. Bo polecę tam w newralgicznym momencie okołoowulacyjnym. Więc trochę szkoda, nie? Bo może to akurat byłoby to. A po drugie, że chociaż to był wyjazd organizowany bardzo budżetowo, no to jednak to było te kilka stówek, które można było poświęcić na coś w stylu leki, na coś w stylu suplementy, na coś w stylu, rozumiesz, jakieś inne biododatki do żywności, które może akurat zaskoczą. Bardziej chyba po prostu sama siebie sabotowałam w głowie, że jeszcze będzie czas na takie wyjazdy. W tym momencie są inne priorytety w życiu i fajnie by było nie marnować energii całej na jakieś takie frywolne rzeczy jak wyjazd ze znajomymi. To nawet nie jest wyjazd z Twoim mężem, tylko po prostu wyjazd z kumpelami. I Dudek był jedną z osób, które mnie wręcz do tego zachęcały. Żebym pojechała, żebym poleciała, że to jest dobry pomysł. „No, życie się nie skończy tutaj teraz. To nie jest tak, że masz ten cykl i nic więcej. Pojedź. Naprawdę dawno nie byłaś. Może Ci to pomoże przewietrzyć głowę”. I pojechałam. I to nie było tak, że od pierwszego momentu czułam się free, ale pamiętam taki moment tam, w którym byłam tak realnie wzruszona i tak bardzo wdzięczna za to, że tam jestem. I tego momentu już nigdy nie zapomnę. On wyglądał trochę filmowo, bo schodziłyśmy akurat sobie z takiej góry. Pojechałyśmy tam razem, w to miejsce. Tam się tak podchodziło pod górę. Ania: Fajnie by było, jakby można było pokazać ten filmik teraz. Zosia: Bo Ty wiesz, o czym ja powiem. I tam był taki koleś, który zmontował sobie takie urządzenie do puszczania baniek mydlanych. Moczył taką wielką taśmę z wieloma dziurami i przy jednym pociągnięciu tą taśmą robił, wiecie, setki tych baniek. I one tak sobie spadały z tej góry, więc schodziłyśmy w otoczeniu tych baniek mydlanych. No to wyglądało jakoś irracjonalnie, jak jakiś po prostu kadr z filmu. I pomyślałam sobie, że to są takie właśnie mikromomenty, mikrozachwyty, które ja chcę wyrywać. I wtedy sobie właśnie pomyślałam, że musi powstać coś takiego jak projekt Żyćko, bo nie da się tak żyć cały czas tymi staraniami. Gdzie z tych lat w życiu pamiętasz tylko czarną otchłań i na nic sobie nie pozwalasz sama. I to był odkrywczy wyjazd dla mnie. I jestem tak bardzo wdzięczna im, że one to zorganizowały i że się nie poddały w namawianiu mnie. I mojemu mężowi, który powiedział, że to jest dobry pomysł, że to było bardzo rozsądne wtedy. I taki punkt zwrotny trochę w moich staraniach. Więc na pewno jestem bardzo wdzięczna za to, że sobie pozwoliłam przez chwilę nie robić czegoś na 102% w tych staraniach. A potem, no paradoksalnie, okazało się, że to zrobiło więcej dla moich starań niż może ten kolejny cykl, który bym podjęła. Wiesz, takie przewietrzenie głowy Ania: Ciężko jest rezygnować z cyklu. Zosia: Bardzo. I pewnie gdyby ktoś mi o tym powiedział tak na zasadzie, wiesz, powiedział mi taką historię, to może trochę traktowałabym to tak jak te teksty w stylu: „Pojedź na wakacje, to się uda” albo „Odpuść, to się uda”. Gdzie sama u siebie oszukiwałam, że nie wiem, który jest dzień cyklu, że w sumie to tego nie kontroluję, wiedząc dokładnie, w którym momencie cyklu jestem. Może gdyby to było wyreżyserowane, może gdyby opowiedziała mi o tym jakaś laska, to oczekiwałabym tego samego. Że to zadzieje się w moim życiu po takim właśnie wyjeździe, na który sobie pozwolę i nie będę żałować kasy. Nie da się przedstawić gotowego scenariusza na to. U mnie to

  2. Aug 21

    #110 Czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym podczas starań?

    Podczas starań, kiedy niepłodność zajmuje tak dużo miejsca, wszystko inne zaczyna tracić znaczenie. Masz obok siebie kochającego człowieka, dom, bliskich, pracę, małe rzeczy, które kiedyś sprawiały Ci radość, a mimo to coraz trudniej je dostrzec i naprawdę się nimi cieszyć. A może zadajesz sobie pytanie „Przecież mam tyle dobrego, więc dlaczego nadal jestem nieszczęśliwa?”. W tym odcinku porozmawiamy o tym, czy można jednocześnie czuć wdzięczność za swoje życie i ogromny smutek z powodu tego, czego tak bardzo w nim brakuje. Plan odcinka Dlaczego podczas starań tak łatwo przestać zauważać to, co w naszym życiu dobre. Dwa światy, które mogą istnieć jednocześnie: wdzięczności i ogromnego smutku. Wiadomości o ciąży innych. Niepłodność wtórna i emocje kobiet, które mają już dziecko, ale  starają się o kolejne. Porównywaniu swojego życia z życiem innych. Wieczór wdzięczności – odzyskanie kilku minut, które nie należą do niepłodności. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY Ania Mazur Gajo Cześć, tutaj Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Zosia Mazurek Dudek Kolejny tydzień, kolejne spotkanie z Akademią. Co za regularność! Nie zniknęłyśmy gdzieś na kilka miesięcy i puszczamy te odcinki dalej? Czy jednak słuchacie tego odcinka w 2027? Bo coś tam się… Ania Mazur Gajo Miałam mówić: nie obiecuj, nie obiecuj. Zosia Mazurek Dudek Bo przyjdzie ci opublikować za trzy lata. Ania Mazur Gajo Bo u nas, słuchajcie, czasami tak jest, że… Czasami tak jest w tej Akademii. Zosia Mazurek Dudek Ale chciałam powiedzieć, bo nie wiecie trochę, jak to wygląda od kuchni, ten proces tworzenia, że teraz jesteśmy w trakcie nagrywania odcinków na zapas, co w Akademii dzieje się, kurna, nigdy, tak? Ania Mazur Gajo Nie no, ze dwa tam miałyśmy. Zosia Mazurek Dudek No, kiedyś tam, no. Zosia Mazurek Dudek Ze dwa razy w życiu. A tak leciałyśmy po prostu na bieżączce. Więc jest duża, duża doza prawdopodobieństwa, że jednak ta cykliczność zostaje utrzymana, bo bufor bezpieczeństwa na różne wykolejki życiowe, które nas właśnie wybijały z torów regularnego publikowania, jest dużo większy. Uczą się dziewczynki na błędach. Może, może, może się uda znów wrócić do regularnego… Ania Mazur Gajo Ja nic wam nie obiecuję. Zosia Mazurek Dudek …goszczenia w waszych głośnikach. Ja jestem mocno zmobilizowana, więc już bym wam nawet mogła obiecać. Ale nie mówisz, że grunt to dobrze obiecać, więc… Ja się nauczyłam tego od niej. Po tym wieloletnim związku grunt to dobrze obiecać i ja jeszcze jestem w stanie nawet obiecać, że będzie regularnie. Zosia Mazurek Dudek O tym sobie… Ania Mazur Gajo Powiem tylko, w kontekście mojego męża to się sprawdza idealnie. W relacji z moim mężem. Zosia Mazurek Dudek Również po wielu latach związku, prawda? Długoletnich związkach. Kochana, o czym będziesz ze mną nawijać dzisiaj, moja stara psiapsi? Zosia Mazurek Dudek Którą już mam wrażenie znam po prostu jak łysy koń. O czym będziesz sobie ze mną nawijać dzisiaj? Ania Mazur Gajo Dzisiaj porozmawiamy sobie o tym, czy można być jednocześnie wdzięcznym i nieszczęśliwym. Zosia Mazurek Dudek Podczas starań. Ania Mazur Gajo Podczas starań o dziecko. Zosia Mazurek Dudek Trochę takie przeciwległe bieguny. I takie, które bardzo się przeplatają w trakcie starań. Ania Mazur Gajo Bo bardzo ciężko jest… W sensie może inaczej. W niepłodności bardzo łatwo wejść w moment i dojść do tego momentu bardzo szybko, w którym nagle okazuje się, że to wszystko, co masz, nie ma znaczenia. Ciężko jest widzieć i czerpać takie pokłady radości i satysfakcji życiowej w momencie, w którym zderzasz się z niepłodnością. Zosia Mazurek Dudek Plus tak łatwo im umniejszać. Bo to tak jest, że trochę rozmawiamy enigmatycznie, więc zrobię wam wprowadzenie. Chodzi o to, że w momencie, w którym jesteście w staraniach, to one stanowią tak main temat wszystkich sfer w waszym życiu, że przestajecie zauważać rzeczy, które nie są tak oczywiste dla wielu innych ludzi, którzy was otaczają. Na przykład to, że macie przy sobie kochającego partnera i że to jest coś, z czego naprawdę można robić wielkie super „hurra” i tańczyć z radości, ciesząc się, że ten człowiek twój, wymarzony, który kroczy u twojego boku, jest przy tobie i że masz kolejną szansę obudzić się znowu koło niego. Jest to po prostu tak jakieś normalne, tak oczywiste, jak to, że bierzesz kolejny wdech, że nawet nie myślisz o tym, że możesz go nie wziąć. To jest oczywiście naturalne, tak sobie myślę, Aniusia, wiesz, że w momencie, w którym tak bardzo przeżywasz stratę czegoś, czego nie masz, ona ci przesłania po prostu cieszenie się. Stąd też, tak swoją drogą, robiłyśmy kiedyś wieczory wdzięczności. Pamiętasz? Żeby przekierować uwagę na to, żeby pokazać temu mózgowi, że są takie rzeczy w twoim życiu. Mimo tego całego szeregu rzeczy, które dzieją się źle, i jest ich cała masa, ale żeby tak chociaż na chwilę zmienić optykę i pokazać ci, że jest przy tobie człowiek na przykład, że masz zdrowych rodziców, że wstajesz rano w swoim domu, budzisz się w ciepłym łóżku. Ania Mazur Gajo No tego się tak nie docenia bardzo. Zosia Mazurek Dudek W ogóle, w ogóle, jasne. Ania Mazur Gajo Ja nie wiem, pamiętam taki moment, w którym jedna z moich bliskich osób mierzyła się z samotnością taką związkową. I raczej poszukiwaniem tego związku i próbą budowania jakiejkolwiek relacji. I właśnie, no jak się właśnie spojrzy, wyjdzie gdzieś, pozna tę historię… Może trochę ciężko też się otworzyć na nie, tak? Liczy się to, co umie, tak? Natomiast po takich rozmowach to tak człowiek sobie przeciera oczy i myśli sobie: Jezu, tak zapominam, ile mam szczęścia, że jest ta druga osoba. Że jest ktoś, kto wita mnie, do kogo mogę wysłać SMS-a. Kto da buziaka i kto złoży życzenia. Będzie pamiętał o ich urodzinach, ale będzie. Po prostu, że mogę kogoś złapać za rękę. Jezu, nawet się popłakać, wiecie? To jest coś, co jest nam dane i takie oczywiste. Zosia Mazurek Dudek 00:06:09 Dopóki tego nie zabraknie. Ania Mazur Gajo 00:06:11 No, dopóki to jest i wydaje nam się, że to będzie zawsze, tak? Że to jest taka oczywistość, że partner jest, prawda? I nawet przestajemy się tym cieszyć podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:06:26 Spłycamy to. Znaczy, nawet nie spłycamy, bo to po prostu robią starania, tak? Nasza bliskość opiera się na kontakcie fizycznym w momencie, w którym jest owulacja i jakby koniec, nie widzimy tego. To jest tak bardzo przesunięte, tak bardzo gdzieś zakopane, że przestajemy to dostrzegać. Zosia Mazurek Dudek 00:06:45 I żeby była jasność, my nie chcemy tym podcastem wywołać u was teraz euforii i jarania się 24 godziny na dobę tym, że macie partnera, a ktoś inny nie ma, bo to będzie bardzo ciężkie do zrobienia. Chodzi tylko o to, żeby spróbować przekuć tę uwagę w waszym mózgu, chociaż na chwilę, na to, że po pierwsze warto się skupić na tych rzeczach pozytywnych, które was otaczają, bo może jak zechcecie je dostrzec, to okaże się, że jest ich więcej, niż się spodziewałyście. Zosia Mazurek Dudek 00:07:18 I po drugie, tak z drugiej strony, dać sobie luz na to, że nie będzie łatwo się tym jarać. Po prostu. Że jest to taki moment w życiu, że to, że ty mi teraz mówisz, że ja mam męża i mam z tego robić, rozumiesz, pal, wokół którego właśnie będę tańczyć z radości, jest po prostu trudne do osiągnięcia w tym momencie. I pamiętam, jak kiedyś rozmawiałyśmy podczas, nie wiem, którego spotkania z Anią Wietrzykowską, która jest psychologiem niepłodności i zajmuje się tym tematem od wielu lat. Zosia Mazurek Dudek 00:07:56 Ona powiedziała o takim badaniu, że to już jest udowodnione naukowo, że osoby, które doświadczają niepłodności, mają poziom stresu zbliżony do uzyskania diagnozy nowotworowej, takiej przewlekłej choroby, i że jest to grupa osób, która jest zdecydowanie bardziej narażona na wystąpienie zaburzeń nastroju i depresji. Więc samo to pokazuje, że kiszenie się w tym sosie niepłodnościowym predysponuje nas bardziej do tego, żeby chociażby mieć depresję. Zosia Mazurek Dudek 00:08:27 To nawet nie chodzi o to, że masz gorszy humor, tylko że po prostu możesz wymagać wsparcia farmakologicznego do tego, żeby w ogóle wyjść z tego stanu. I sama ta świadomość tego, że nie zawsze warto jest przed tym uciekać, mam nadzieję, że będzie taka ożywcza. Że to jest naprawdę potężne tąpnięcie w życiu. Bardzo. Więc teraz gadanie o takich frywolnych rzeczach, rozumiesz, do, tak sobie myślę, grupy, która sama z góry jest predysponowana do tego, że częściej u niej występuje depresja, i teraz ty sobie nagrywasz podcast o tym, że warto się cieszyć, że masz męża… Zosia Mazurek Dudek 00:09:06 Nie, bardzo, bardzo bym nie chciała spłycić tego tematu, tak straight to the point. Ania Mazur Gajo 00:09:11 No dobrze. Zosia Mazurek Dudek 00:09:12 Ale z drugiej strony pamiętam też taką wiadomość. Nie pamiętam, czy ona przyszła na mojego Insta, czy to był Insta Akademii. Pamiętam, jak napisała do nas dziewczyna, która powiedziała w tej swojej wiadomości, że tak bardzo zazdrości tym wszystkim dziewczynom, które są na etapie starań. Na etapie starań, czyli w tym takim momencie, w którym nikt nie chce być i nie chce, żeby się przedłużał. Bo ona marzy o tym, żeby być mamą, ale nie znalazła odpowiedniego partnera i ma ta

  3. Aug 14

    #109 Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania „a co jeśli będę w ciąży”

    Czy da się podejmować zwykłe życiowe decyzje bez myślenia: „A co, jeśli za chwilę będę w ciąży?”. W tym odcinku rozmawiamy o życiu w zawieszeniu podczas starań o dziecko, odkładaniu zmiany pracy, podróży, wydatków, studiów czy nawet marzeń na później. O tym, jak długo można funkcjonować „na długu tlenowym” i co dzieje się w momencie, kiedy zaczyna brakować sił na dalsze czekanie. Mówimy też o własnych doświadczeniach i historiach kobiet, które po latach starań zaczęły powoli odzyskiwać kawałki swojego życia, nie  rezygnując przy tym z marzenia o dziecku. Plan odcinka Życie podporządkowane myśli: „zaraz będę w ciąży” Dlaczego odkładamy zmianę pracy i ważne decyzje Finanse podczas starań- leczenie czy wakacje? Podróże planowane pod cykl miesiączkowy Życie „na długu tlenowym” i moment, kiedy zaczyna brakować sił Czy można pozwolić sobie na przyjemność bez poczucia winy? Historie kobiet, które po latach zaczęły odzyskiwać swoje życie Studia, kursy, podróże i inne rzeczy odkładane „na później” „Pokój dla dziecka”, który przez lata pozostaje pusty Czy istnieje moment, w którym trzeba przestać czekać i zacząć żyć? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY   Ania Mazur Gajo 00:00:00 Cześć, to Ania i Zosia. Zosia Mazurek Dudek 00:00:01 Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur Gajo 00:00:25 Witamy w kolejnym podcaście? Videocaście? Dzisiejszy odcinek to? Zosia Mazurek Dudek 00:00:33 „Czy jeszcze potrafię podejmować decyzje bez pytania: a co, jeśli będę w ciąży?” Ania Mazur Gajo 00:00:42 Stan zawieszenia życia podczas niepłodności to jest coś, co dotyka, myślę, że większości osób starających się o dziecko. Jednak to, że będziesz za chwilę w ciąży, sprawia, że twoje wybory, twoja przyszłość… Zosia Mazurek Dudek 00:01:02 No i wszystkie decyzje, które podejmujesz. Masz gdzieś z tyłu głowy to… Ania Mazur Gajo 00:01:05 …że za chwilę będziesz w ciąży. Ania Mazur Gajo 00:01:09 Więc jest to stan, który determinuje też twój wybór pracy, wakacji. Zosia Mazurek Dudek 00:01:23 Oczywiście. Każdy wyjazd. Ania Mazur Gajo 00:01:25 Ale też finansowe wybory, na które się decydujesz bądź nie.  Jak zaczynamy starania, to myślimy, że w tej ciąży będziemy. Zosia Mazurek Dudek 00:01:36 Zaraz. Ania Mazur Gajo 00:01:37 Za chwilę, więc nie zmieniamy pracy. Też tak może być? Zosia Mazurek Dudek 00:01:41 Może być, mimo że gdzieś z tyłu głowy byśmy mieli… Ale wiem, że jest to tak dalece ciężki proces, na zasadzie: w ogóle wszystkie zmiany są trudne. Ale wiesz, co sobie myślę? Że zmiana pracy, nawet na taką, która być może w przyszłości da ci bezpieczniejszą pozycję albo lepsze warunki na umowie… No ale wiesz, że w tej nowej pracy musisz się wdrożyć. To nie jest tak, że zmienisz pracę i co? Ania Mazur Gajo 00:02:05 Dziewczyny bardzo często piszą do nas, że ta praca to jest taki punkt, moment, w którym bardzo często w ogóle praca pojawia się w wiadomościach. Raz, że oczywiście jest to ważny element też… Ania Mazur Gajo 00:02:21 …bezpieczeństwa, jeżeli chodzi o tę ciążę. Ale często też w wiadomościach mamy, że po długotrwałych staraniach dochodzi do was, że jesteście w pracy, w której nie chcecie być, i tkwicie latami, bo te starania okazują się niestety… że nie trwają rok czy dwa. Ania Mazur Gajo 00:02:49 Znamy też wiele takich historii, gdzie dziewczyny zdecydowały się wziąć ten wdech. Ten taki naprawdę ogromny krok, bo to jest naprawdę ogromna zmiana. Przez wiele lat powtarzając sobie, że: „Nie zmieniam pracy, bo zaraz będę w ciąży”, zmieniają pracę. I to jest taki dla nich moment uwalniający. To jest taka pierwsza wielka rzecz, którą zrobiły, odkąd zaczęły starać się o dziecko. Zosia Mazurek Dudek 00:03:15 No, bo porzucasz tę znaną, choć nie do końca może komfortową rzeczywistość, bo jednak coś cię tam uwiera, ale boisz się zrobić ten krok w nieznane. No bo wiesz, jakie on może konsekwencje ze sobą nieść, tak? To jest ta chwila, kiedy masz nieważkość pod stopami i to nie jest miła chwila. Jak najszybciej chcesz osiąść i poczuć się znów bezpiecznie. Może w fajniejszym miejscu, może to ci pozwoli dryfować do czegoś, przy czym powiesz: „Boże, jak szkoda, że zrobiłam to tak późno”. Ale z drugiej strony nie wiesz, no bo zawsze może być gorzej, prawda? Może być z deszczu pod rynnę. Więc nie wiesz, nie wiesz, nie wiesz. Ale podjęcie takiej decyzji z myślą taką, że: „A co, jeśli…?” Zosia Mazurek Dudek 00:03:53 „To jest ten cykl, w którym będę w ciąży?”. „Co, jeśli?” i tkwienie w tym samym, znanym, acz czasami bagienku, z tego, co da się wyczytać z tych wiadomości, jest również bardzo takie kiszące. Zosia Mazurek Dudek 00:04:08 Rozumiesz? Bardzo. Ja też mam bardzo wiele zrozumienia do tego, bo podjęcie takiej decyzji to jest coś przeogromnie wielkiego. Zosia Mazurek Dudek 00:04:19 I w ogóle tak bardzo dużo decyzji się z tym wiąże, bo praca daje ci stabilność. Finansową też, tak? A finanse musisz dzielić, bo możesz je przeznaczyć na wycieczkę, no ale wtedy zostanie mniej na kupce „starania”. Z drugiej strony pojedziesz na wycieczkę i co? Zawalisz te starania? Albo kolejny rok podejmiesz decyzję, że wciąż starania. Zosia Mazurek Dudek 00:04:46 I kolejny rok nie pojedziesz na wakacje, bo jednak ta kupka do zaopiekowania była bardziej istotna, była w tym priorytecie. I potem to będzie na przykład jedna z tych wiadomości, gdzie budzisz się w świecie, w którym nie byłaś na wakacjach od pięciu, sześciu lat, bo ciągle wydaje ci się, że na te następne pojedziecie we trójkę, a tej dodatkowej osoby ciągle nie ma na pokładzie. Ania Mazur Gajo 00:05:10 Bo na początku nawet ty nie chcesz jechać na te wakacje. Odkładasz wszystko, jesteś w stanie zrezygnować ze wszystkiego. Ze wszystkiego, naprawdę. Możesz nie wychodzić z domu. Zosia Mazurek Dudek 00:05:18 No tak. I nawet wręcz jak pojedziesz, to będziesz czuła się winna. Ania Mazur Gajo 00:05:22 Iść do roboty, wrócić z roboty, iść do lekarza i tyle. Jakby dasz sobie radę przez pewien czas. Zosia Mazurek Dudek 00:05:29 Tylko czy to jest życie na długu tlenowym? Ania Mazur Gajo 00:05:32 I dasz sobie świetnie radę na tym. Zosia Mazurek Dudek 00:05:34 Pod warunkiem, że za zakrętem czeka spełnienie marzeń. Ania Mazur Gajo 00:05:38 Tak, bo wytrzymasz. Jesteś w stanie zacisnąć zęby podczas starań i wytrzymać naprawdę największe kłody. Wytrzymasz to przez chwilę. Tylko jak mija rok, mija dwa, mija trzeci rok… Ania Mazur Gajo 00:05:53 …to w końcu już tak bardzo się dusisz, że nie możesz. Zosia Mazurek Dudek 00:06:00 Albo się udusisz, albo jednak wypłyniesz na tę powierzchnię po ten wdech. Ania Mazur Gajo 00:06:05 No i właśnie przypomniała mi się taka historia. Kocham ją, naprawdę kocham ją. Ania Mazur Gajo 00:06:13 Kiedy dziewczyna odkładała życie na potem, na ciążę, na zawsze.  Znaczy zawsze, odkąd się starali, miała być w ciąży w następnym miesiącu i to było odkładanie wszystkich swoich przyjemności. I tak bardzo mi się spodobało to, co napisała. Pozwoli to może wam też przestawić patrzenie na to wszystko. I napisała tak: „Kupiłam skok na bungee dla mojego męża. Na urodziny”. Ania Mazur Gajo 00:06:52 „Ale kupiłam też sobie. Zawsze odkładałam wszystko, bo będę w ciąży. A jeżeli w tej ciąży będę, to i tak wygram”.     Ania Mazur Gajo 00:07:03 I to mi dało takie: no tak. Nawet jak zajdziesz w ciążę, to stracisz, nie wiem, bilety, ale wygrasz, no. I tak wygrasz. I to jest takie otwierające głowę, że ty się boisz tego, ale jeżeli tam czeka tak wielka wygrana, to ten przelew, ten skok, gdzie nie skoczysz, przestaje mieć znaczenie. Zosia Mazurek Dudek 00:07:37 Bardzo, bardzo fajne, otwierające głowę. Ale jakbym była na tej początkowej ścieżce starań, to nie potrafiłabym na tę decyzję spojrzeć życzliwie, z wdzięcznością dla samej siebie, że myślę o sobie i o tym, że może być różnie, ale przynajmniej nie przesiedzisz w chacie. Tylko raczej pomyślałabym sobie, że no, Zosin tak średnio odpowiedzialnie. Jak, wiesz, szczypiemy się z każdym groszem. Ania Mazur Gajo 00:08:06 No, dokładnie. Ania Mazur Gajo 00:08:08 I to jest ten etap, kiedy ty zagryziesz, zrezygnujesz ze wszystkiego i ty nie masz takiego jakiegoś, wiesz: „A dobra…”. Zosia Mazurek Dudek 00:08:14 Potrzeby, tak? Ania Mazur Gajo 00:08:15 Nie masz potrzeby. Ale w końcu, po kilku latach, ta potrzeba może przyjść i w końcu ogarniasz, że ten czas zleciał, a właściwie tam jest czarna dziura. Zosia Mazurek Dudek 00:08:25 Dlatego właśnie mówię, że zależy, na który moment tobie trafiło. Czy tobie trafiło na początek, na zasadzie… Ania Mazur Gajo 00:08:30 Nie potrzebujesz jeszcze oddechu. Zosia Mazurek Dudek 00:08:32 Tak, bo zagryzam zęby, bo dojadę, docisnę, wezmę sobie łyk, spełnią mi się marzenia. Już mam go mało, już dawno powinnam się wynurzyć, ale po prostu oszukuję się, że jeszcze mi go wystarczy. Więc tak. A z drugiej strony tak sobie myślę, że moje spełnienie marzeń o pierwszym dziecku zadziało się wtedy, kiedy nakupowałam biletów na różne wycieczki po Europie. Miałam taką fazę, jak już poczułam ten taki, właśnie ten taki mikrooddech i te takie moje mikromałe zachwyty, które daje mi chociażby podróżowanie. Zosia Mazurek Dudek 00:09:11 Kiedy pozwoliłam sobie na pierwszą podróż po bardzo długim czasie, z wyrzutami sumienia, wypchnięta na nią właściwie przez mojego męża, starając się t

  4. Aug 6

    #108 Czy niepłodność zmienia osobowość

    Czy niepłodność zmienia osobowość? A może po prostu wydobywa z nas cechy, których wcześniej nie znaliśmy? W tym odcinku rozmawiamy  jak starania o dziecko zmieniły nas jako ludzi. O zazdrości, której wcześniej nie znałyśmy. O utracie spontaniczności. O relacjach z bliskimi. O poczuciu, że patrzysz w lustro i widzisz tę samą twarz, ale już zupełnie inną osobę. Zastanawiamy się też, czy po zakończonych staraniach można wrócić do siebie sprzed lat, czy pewne doświadczenia zostają z nami już na zawsze. Jeśli jesteś w trakcie starań, być może po raz pierwszy usłyszysz na głos myśli, które od dawna nosisz w sobie. A jeśli ten etap masz już za sobą, być może lepiej zrozumiesz, dlaczego niektóre emocje wracają nawet po wielu latach. Plan odcinka Czy niepłodność naprawdę zmienia osobowość? Dlaczego podczas starań przestajemy być spontaniczni? Jak niepłodność wpływa na poczucie własnej wartości i zaufanie do siebie? Zazdrość, złość i poczucie winy – emocje, których wcześniej nie znałyśmy. Dlaczego spotkania z dziećmi i kobietami w ciąży potrafią tak bardzo boleć? Jak znaleźć bezpieczne miejsce i „wentyl” podczas starań? Praca jako ucieczka od trudnych emocji – czy to naprawdę pomaga? Jak wspierać osobę starającą się o dziecko, żeby nie zrobić jej jeszcze większej krzywdy? Czy po zakończonych staraniach wracamy do dawnej wersji siebie? Jakie ślady niepłodność zostawia w nas na lata – nawet wtedy, gdy jesteśmy już rodzicami? Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY   Ania Mazur-Gajo: Cześć, tu Ania i Zosia. Zosia Mazurek-Dudek: Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania Mazur-Gajo: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Zosia Mazurek-Dudek: Dzień dobry, witamy Was! Jesteśmy znowu w Lublinie. Mam nadzieję, że to będzie w takiej spoko kolejności, żeby Wam nie rozwalić główek tym, że… rozumiesz? Bo my czasami, wiecie, zmieniamy kolejność i nagrywamy. Ja Was na przykład trzy razy z rzędu witam w nowym odcinku, a potem: „Witamy Was po przerwie” czy coś tam, bo nagrywamy to wszystko inaczej. Ale może tym razem tak nie będzie. Słuchajcie. Przyszłyśmy sobie tutaj znowu pogadać z Wami i razem ze sobą podywagować na różne tematy, bo podobno nas lubicie słuchać. To jest niesamowite. To jest niesamowicie fajne, przyjemne i łechcące ego, ale też bardzo fajne, że możemy Wam tym nieść pomoc. I jak się otwieramy przed Wami i mówimy, jak to było u nas, to Wy potem bardzo często piszecie nam, że ktoś nazwał Wasze myśli, nie? Ania Mazur-Gajo: Tak. Bardzo często dostajemy wiadomości, że jesteśmy z Wami w różnych takich momentach. W samochodzie, na spacerach, sprzątamy z Wami. Zosia Mazurek-Dudek: To prawda. Stoimy w korkach. No, fajne to jest. Ania Mazur-Gajo: Ostatnio jedna słuchaczka napisała: „Szorowałam z Wami nawet kibel”. Zosia Mazurek-Dudek: No, szanujemy to. Fajne. A pamiętam, jak jeszcze jedna dziewczyna napisała: „Kiedy nowe odcinki? Bo sprzątam już do starych podcastów”. Że musi zapętlać poprzednie. To jest ekstra. Ehm… O czym będziemy sobie dzisiaj rozmawiać, Anna? Ania Mazur-Gajo: Będziemy rozmawiać o takim roboczym temacie: „Czy niepłodność zmieniła moją osobowość?”. Zosia Mazurek-Dudek: No bo tak sobie trochę rozmawiałyśmy o tym, że w sumie był to tak długotrwały i tak mocno… jakby znaleźć słowo… taki mocno… Ania Mazur-Gajo: Inwazyjny. Zosia Mazurek-Dudek: Mocno inwazyjny, tak, czas w życiu, że pozostawił takie, myślę nawet, że trwałe zmiany w osobowości. Mojej przynajmniej. Bo to, że wtedy, w trakcie starań, byłam inna, to jestem pewna na tysiąc procent. I zaraz sobie będziemy rozmawiać, dlaczego inna i dlaczego jakby… Bo ja już się zdradziłam, że nie wróciłam do swojego starego „ja”, tego sprzed. Tego Zosinka, który był przed. Albo tak mi się wydaje, ale kurczę, jest to takie graniczące z pewnością. Ania Mazur-Gajo: Czyli niepłodność zmienia? Zosia Mazurek-Dudek: Moją zmieniła. W sensie ona potrafi. Nie wiem, czy u Was też tak będzie. Moją osobowość zmieniła. Ania Mazur-Gajo: No dobra, czyli co zmienia niepłodność? Może zacznijmy od tego. Co u Ciebie zmieniło? Zosia Mazurek-Dudek: Właśnie może: co u mnie? Bo co ona zmienia? Ona może zmienić wszystko. Może sobie trochę spróbujmy nakreślić, jak siebie postrzegałyśmy sprzed. Ja na przykład byłam o wiele bardziej spontaniczna. Można by było powiedzieć, że Zosin to był człowiek spontan. Potem tę spontaniczność zatraciłam ze względu na to, że, tak myślę, trzeba było żyć pod konkretny cykl. Pod cykl, pod leki, pod wizyty u lekarza, co jakby z góry zakładało, że nie mogłaś już sobie tak puścić wodzów fantazji. Teraz też potrafię być spontaniczna, ale to jest level, bym powiedziała, dziesięć poziomów niżej. Nie ma takiego spontanu, jak kiedyś ze mną był, co? Ania Mazur-Gajo: Mhm. No, spontaniczność wynikała z tego, że chodziło o jakieś wyjazdy. Zosin się odpalał jednego dnia, pakował się i był nad jakimś jeziorkiem. Albo był z ziomeczkami na festiwalu.  To był taki Zosin? Zosia Mazurek-Dudek: Tak, to był taki Zosin. Dokładnie, który wymyślał na takiej zasadzie: „Wow!”. Pamiętam, była… Jezu, znowu reklama maca. Ale nie wiem, czy pamiętasz, był taki czas, że w Maku była kawa za jakieś śmieszne pieniądze. Dwa zyla, trzy zyla. Pamiętasz to? No i ja na przykład jechałam po kawę dla wszystkich z mojej grupy, bo stwierdziłam, że to będzie super i im przywiozę, bo oni czekają na przykład na wykłady. Ania Mazur-Gajo: Aaa, widziałam takie zdjęcie. Zosia Mazurek-Dudek: No, pamiętałaś. Takie, jak stoję z tymi wszystkimi kubkami. Wtedy nikomu… Albo na przykład pamiętam, jak w Biedrze była wyprzedaż pomarańczy. Kupiłam takie dwie skrzynie tych pomarańczy i wyciskałam soki moim ziomeczkom z grupy. Miałam taki, rozumiesz… taki odpał. To oczywiście były też wyjazdy, ale właśnie mówię z przymrużeniem oka, bo mój mąż, który z kolei jest człowiekiem-kalendarzem… Znamy takie osoby, prawda, Ancia? Nie będę pokazywać palcem, ale siedzi tutaj w tym pomieszczeniu, w którym jestem tylko ja i ten człowiek-kalendarz, więc nie pokażę palcem. No to Barti na przykład wolał mieć wszystko zaplanowane. Jak ja wyjeżdżałam z tekstem, że kupiłam bilety do Londynu, bo były za 39 zł i lecimy jutro, to on… Wiecie, ja czekałam na taką reakcję, że przynajmniej jest tak samo zapalony jak ja: „Jezu, co zrobiłaś?!”. A on musiał się z tym ułożyć. Miał zaplanowane rzeczy i to było takie… Ania Mazur-Gajo: Ale Zosin lubi do tej pory taki być. Zosia Mazurek-Dudek: To weź to sobie teraz porównaj. Jeśli teraz wydaję Ci się wciąż spontanicznym człowiekiem, to gdybyś poznała mnie sprzed starań, to nie wiem, czy byś ze mną wytrzymała. Tak sobie myślę. Ania Mazur-Gajo: Myślę, że ciężko by było nadążyć za tym wszystkim. Zosia Mazurek-Dudek: Mogłoby tak być, no. Bo widzisz, Ty wciąż mimo wszystko postrzegasz mnie jako człowieka spontana, nie? Bo to raczej ja jestem człowiekiem zapalnikiem. Tak, to ma swoje dobre i złe strony. Ma swoje różne konsekwencje, które potem trzeba gasić, ale tak, uważam, że byłam zdecydowanie bardziej spontaniczna i potem mnie to tak przygasiło. Ania Mazur-Gajo: Ciężko jest być spontanicznym i pozwolić sobie na taką spontaniczność podczas starań, bo trochę szkoda Ci marnować czasu na tę spontaniczność. Zosia Mazurek-Dudek: Trochę nawet nie masz przestrzeni, gdzie ją zmieścić, rozumiesz? No bo jak masz co drugi dzień monitoringi… Ja tak miałam, najrzadziej co trzeci. No to mało jest w ogóle przestrzeni na tę spontaniczność, nie? Ania Mazur-Gajo: Nie można sobie pozwolić na taki wyjazd, bo po prostu o tym nie myślisz. Zosia Mazurek-Dudek: Nawet nie chodzi mi o to. Nawet nie chodzi o to, że Ty nie masz tej przestrzeni w kalendarzu, bo nie masz. Ale nie masz też tej przestrzeni w głowie. Po prostu nie pozwalasz sobie na to. Nie dajesz sobie na to pozwolenia. Ania Mazur-Gajo: No dobrze, ale jak teraz na to patrzysz, to źle było? Uwierał Cię ten brak spontaniczności? Zosia Mazurek-Dudek: Tęsknię trochę za samym tym Zosinkiem. Ania Mazur-Gajo: Ale podczas starań Cię uwierało? Zosia Mazurek-Dudek: Nie wiem, czy Ty byś tęskniła, ale… czy uwierało mnie? Tak. Tylko wtedy, wiesz, teraz ten czas dzieli już dłuższy dystans, więc ja jakby przywykłam do tego i mogłam się z tym obyć. To mogło sobie we mnie wrosnąć mikrokorzonkami i moje życie wygląda teraz tak, że jestem mniej spontaniczna. Ale wtedy, kiedy trzeba było to uciąć maczetą… Był sobie spontaniczny Zosin i nagle: bum, leczymy się. I to wymaga od Ciebie po prostu poprzestawiania wszystkich mebelków w Twoim życiu. To było takie… no, wydawało mi się, że życie nagle stało się nudniejsze. Po prostu. Oprócz tego, że było bardzo smutno, bo było bardzo dużo porażek po drodze, to jeszcze w międzyczasie niewiele się działo. Przez to też, że… no właśnie, przejdźmy do następnego, bo oprócz spontaniczności przestajesz być też taka bardziej ufna. Rozumiesz? Tracisz grunt pod nogami, poczucie bezpieczeństwa i przestajesz ufać sama sobie, swoim własnym wyborom. Podważasz je i tak bardzo zjeżdża Ci w dół samoocena, że trochę nie bardzo znasz tego Zosinka, którego wydawało Ci się, że znasz jak własną kieszeń. Ania Mazur-Gajo: Poznajesz siebie inną. Podczas starań ja mam takie poczucie, że jestem inną osobą. Że pierwszy raz poznaję siebie samą. Nie znam tej dziewczyny. Zosia Mazurek-Dudek: Kurde, ja miałam tak samo. Ania Mazur

  5. Jul 31

    #107 Sprzedajemy dietę czy nadzieję

    Często dostajemy wiadomości: „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?” „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?” To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie, naszym zdaniem, przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic. Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was. Plan odcinka W tym odcinku rozmawiamy o: Naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność, Dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem, Czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania, Dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine, Czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania, Ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian, Dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji, Czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY Czasami dostajemy wiadomości, które nie są łatwe. „Czy naprawdę wierzycie, że dieta może pomóc?” „Czy nie sprzedajecie po prostu nadziei?” To są ważne pytania. I takie, przed którymi nigdy nie chcemy uciekać. W tym odcinku rozmawiamy bardzo szczerze o tym, skąd wzięła się Akademia Płodności, dlaczego od ponad 10 lat mówimy o wpływie diety na płodność i gdzie – naszym zdaniem – przebiega granica między dawaniem nadziei a składaniem obietnic. Bo my nie możemy obiecać ciąży. Możemy natomiast pokazać, co mówi nauka, opowiedzieć o własnych doświadczeniach i wyjaśnić, dlaczego mimo upływu lat nadal wierzymy, że dieta jest jednym z elementów, który może realnie wspierać płodność. Jeśli kiedykolwiek zastanawialiście się, czy dieta naprawdę ma znaczenie, ten odcinek jest właśnie dla Was. Plan odcinka W tym odcinku rozmawiamy o: naszej własnej drodze do diety wspierającej płodność, tym, dlaczego zaczęłyśmy zajmować się właśnie tym obszarem, czy dieta naprawdę może wpływać na płodność i co mówią na ten temat badania, dlaczego nie ulegamy dietetycznym modom i opieramy się na Evidence Based Medicine, czy każda para starająca się o dziecko powinna zmieniać sposób odżywiania, ile czasu potrzeba, aby zauważyć pierwsze efekty zmian, dlaczego nigdy nie obiecujemy ciąży i gdzie przebiega granica etyki w komunikacji, czym dla nas jest nadzieja i dlaczego od początku stanowi fundament Akademii Płodności. Mam wrażenie, że ten wstęp bardzo dobrze przygotowuje słuchacza do odcinka, a jednocześnie nie zdradza wszystkich najciekawszych fragmentów rozmowy. Ania: Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Zosia: Witamy w kolejnym podcaście! Ania: Witamy, witamy. Za chwilę, po krótkim przywitaniu, porozmawiamy o… Właściwie znowu mam ochotę powiedzieć, że będzie to trudny temat. Za często mówię, że nagrywamy trudne odcinki, ale akurat ten jest dla nas wyjątkowo wymagający. Myślę, że to chyba najtrudniejszy odcinek z całej serii, którą nagrywamy dzisiaj w studiu. Zosia: To może od razu zdradźmy ten kontrowersyjny tytuł. Ania: „Sprzedajemy dietę czy nadzieję?”. Zosia: I właśnie o tym będziemy dzisiaj rozmawiać. O wpływie diety na płodność. Czy dieta naprawdę może pomóc? Czy to rzeczywiście działa? Czy może same sobie coś wymyśliłyśmy? A może to wszystko jest tylko marketing i żerowanie na bardzo trudnym momencie w Waszym życiu? Ania: No dobrze, to zacznijmy. Jestem ciekawa, skąd właściwie wzięło się u Ciebie przekonanie, że będziesz zajmować się dietą wspierającą płodność. Przecież kiedyś żyłaś sobie normalnie i prawdopodobnie nawet nie miałaś pojęcia, że istnieje coś takiego jak dieta płodności. To trochę jak Maciek, który przywitał nas dzisiaj w studiu i zapytał, czy dieta naprawdę ma aż taki wpływ. Albo jak pan w windzie w TVN-ie, kiedy jechałyśmy do studia jako specjalistki od diety płodności. Spojrzał na nas i zapytał: – Naprawdę? To ma aż taki wpływ? I to jest pytanie, które słyszymy bardzo często. Czy my po prostu dorabiamy do tego ideologię? Czy może ten wpływ jest naprawdę tak niewielki, a my go niepotrzebnie wyolbrzymiamy? No więc… skąd to się u Ciebie wzięło? To przecież bardzo niszowy temat. Dzisiaj Wy prawdopodobnie już o nim wiecie, bo obserwujecie nas i jesteście gdzieś na swojej drodze starań o dziecko. Ale wcześniej większość z Was pewnie nawet nie wiedziała, że dieta może mieć z tym cokolwiek wspólnego. Skąd więc pojawiła się u Ciebie ta pierwsza myśl: „Hej, istnieje dieta, która może wspierać płodność”? Ania: To może zacznę od tego, że moimi pierwszymi studiami były studia położnicze. Można więc powiedzieć, że fizjologia człowieka nie była mi całkowicie obca. Wiedziałam już coś o hormonach, insulinie, jajnikach i o tym, jak funkcjonuje organizm. Oczywiście nie byłam wtedy ekspertką, ale miałam już pewne podstawy. Później zaczęliśmy starać się o dziecko. I skracając tę historię – okazało się, że mam zespół policystycznych jajników i nie mam owulacji. Ta wiedza położnicza bardzo pomogła mi lepiej zrozumieć własny organizm, ale była dopiero początkiem. Pamiętam, że siedziałam kiedyś w poczekalni, w totalnej beznadziei. Już kiedyś o tym opowiadałam, ale naprawdę tak było. Wtedy trafiłam na informację, że dieta przy PCOS może naprawdę wiele zmienić i pomóc przywrócić owulację. Byłam już wtedy bardzo zmęczona staraniami, leczeniem i całym tym stylem życia. Prowadziłam własną działalność, ale właściwie nie miałam kiedy jej prowadzić. Ciągle jeździłam na monitoringi z Siedlec do Warszawy. To były trzy–cztery godziny wyjęte z każdego dnia, nawet jeśli logistycznie udało się to dobrze poukładać. Pomyślałam więc: dobrze, przyjrzę się jeszcze dokładniej temu, co ląduje na moim talerzu. Z jednej strony dawało mi to poczucie, że odzyskuję choć odrobinę kontroli nad swoim życiem. Z drugiej – nie ukrywam, że wtedy mocno przejmowałam się też swoim wyglądem i wydawało mi się, że przecież jem całkiem dobrze. Nie sądziłam, że mam tam jeszcze coś do poprawienia. Dzisiaj, z perspektywy tych wszystkich lat, widzę to zupełnie inaczej. Widzę błędy dietetyczne, które mogły utrudniać mi zajście w ciążę. I pamiętam moment, w którym zaczęłam wprowadzać zmiany. Nagle zobaczyłam, że… naprawdę coś zaczyna się dziać. To brzmi trochę jak scena z filmu, ale miałam wrażenie, że ta dieta faktycznie zmienia coś w moim organizmie. Szczerze mówiąc, wierzyłam w to tylko częściowo. Bo przecież wydawało mi się, że i tak odżywiam się całkiem zdrowo. To nie był przypadek osoby, która żywiła się wyłącznie fast foodami. Zosia: Dokładnie. To nie było tak, że codziennie jadłaś w McDonald’s. Ania: Nie. Naprawdę starałam się jeść ryby, wybierać wartościowe produkty. Tylko że dzisiaj wiem, że ten talerz nie był jeszcze odpowiednio zbilansowany. Pamiętam też, że piłam wytrawne czerwone wino „na endometrium”, choć go szczerze nie znosiłam. Ale pamiętajcie, że to było wiele lat temu. W tamtym czasie naprawdę można było usłyszeć takie zalecenia również od lekarzy. Dzisiaj brzmi to dość absurdalnie, ale takie rzeczy naprawdę się zdarzały. Zosia: Tak samo jak kiedyś ludzie palili papierosy w pracy. Ania: Dokładnie. Moja babcia była dentystką i opowiadała, że przed wyrwaniem zęba zdarzało się jeszcze zapalić papierosa. Dzisiaj brzmi to niewiarygodnie, ale świat wyglądał wtedy zupełnie inaczej. Wracając jednak do diety… Zosia: Dobrze, bo trochę odpłynęłaś. Powiedz najważniejsze. Co właściwie zauważyłaś po wprowadzeniu zmian? Ania: Miałam ogromny problem z endometrium. To była jedna z przyczyn, przez które kolejne próby kończyły się niepowodzeniem. Owulację miałam już wywoływaną lekami, więc wiedziałam, że ona występuje. Problem polegał na tym, że endometrium miało około 5 mm i mimo leczenia w ogóle nie chciało rosnąć. Pamiętam, ile nadziei pokładałam wtedy w leczeniu. Byliśmy pod opieką renomowanego ośrodka leczenia niepłodności. Robiliśmy wszystko, co było możliwe. To kosztowało ogromne pieniądze. Mój mąż naprawdę ciężko pracował, żebyśmy mogli przez to wszystko przejść. I mimo tego… nic się nie zmieniało. Na kolejnej wizycie, już po wprowadzeniu zmian w diecie, okazało się, że endometrium zaczęło reagować. Urosło do 8 mm. Dla kogoś może to być zwykła liczba. Dla mnie wtedy było to coś nieosiągalnego. Pamiętam dokładnie to uczucie. Po raz pierwszy miałam wrażenie, że odzyskuję sprawczość. Że w moim organizmie naprawdę zaczyna się coś zmieniać. I to było niesamowite.  Ania: Okazało się też, że owulacja po lekach zaczęła pojawiać się wcześniej niż przed wprowadzeniem zmian w diecie. Potrzebowałam również mniejszych dawek leków. Wcześniej zdarzało się, że owulację udawało się wywołać dopiero około 17. dnia cyklu. A później nagle lekarz mówił: – Musimy trochę zmienić schemat, bo jajniki zaczęły pracować. To był dla mnie ogrom

  6. Jul 31

    #106 Rzeczy, które robiłyśmy podczas starań, ale dziś już byśmy ich nie zrobiły

    W tym odcinku wracamy do siebie sprzed lat. Do dziewczyn, które godzinami przeglądały internet, kupowały kolejne suplementy, odkładały życie „na później” i próbowały zrobić wszystko, żeby w końcu zostać mamą. Rozmawiamy o tym, czego dziś już byśmy nie zrobiły. Nie po to, żeby kogokolwiek oceniać, ale żeby pokazać, że wiele z tych decyzji wynikało z ogromnej nadziei, lęku i miłości do jeszcze nienarodzonego dziecka. Mamy nadzieję, że znajdziesz w nim nie tylko wiedzę, ale też trochę spokoju i zrozumienia. PLAN ODCINKA: Dlaczego dziś wcześniej poszłybyśmy do lekarza i na monitoring cyklu. Kupowaniu kolejnych suplementów zamiast skupienia się na podstawach. Jak internet pomagał nam podczas starań, ale też potrafił odbierać spokój. Czego zabrakło nam w rozmowach z naszymi mężami. Dlaczego nie warto odkładać życia na moment, kiedy pojawi się dziecko. Czym był Projekt Żyćko i dlaczego do dziś uważamy go za jedną z najważniejszych rzeczy, które wydarzyły się podczas naszych starań. Jak odzyskiwać małe kawałki normalności, nawet jeśli niepłodność zajmuje dziś ogromną część Twojego życia. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY Zosia: Nie wiem, w jakiej kolejności będziemy Wam puszczać tamte odcinki, więc może się okazać, że będzie teraz więcej Zosi niż mnie. Ale bardzo Was witamy w kolejnym odcinku naszego podcastu. Znowu będziemy sobie tutaj siedzieć jak psiapsi i rozmawiać o tematach związanych ze staraniami o dziecko. A dziś pogadamy… Ania: Tak jest. Zosia: To będzie też trochę takie spekulowanie. Wiecie, jak to mówią: „Gdyby człowiek wiedział, że się przewróci, to by usiadł”. Są rzeczy, które robiłyśmy kiedyś podczas starań, a dziś – z wiedzą, którą mamy i z naszym obecnym podejściem – na pewno zrobiłybyśmy inaczej. Chcemy sobie o tym porozmawiać i zastanowić się, czy dało się pewne rzeczy zrobić lepiej. Zosia: Są takie rzeczy, które robiłaś podczas starań, a dziś już byś ich nie zrobiła? Ania: Tak. Myślę, że przede wszystkim wcześniej poszłabym na monitoring cyklu. Na początku zaczęłam obserwować swój organizm i widziałam, że coś jest nie tak. Zaczęłam więc prowadzić własne obserwacje cyklu, ale to było dla mnie bardzo stresujące. Jednocześnie wszyscy powtarzali – i artykuły również – że do lekarza powinno się iść dopiero po roku starań. Dzisiaj wiem, że po prostu poszłabym wcześniej. Zaoszczędziłoby mi to mnóstwo czasu, nerwów, płaczu i ciągłego zastanawiania się, co się dzieje. Dużo szybciej dowiedziałabym się, że moje jajniki po prostu nie pracują tak, jak powinny, że nie mam owulacji. To, co uważałam za miesiączkę – choć cykle były bardzo wydłużone – tak naprawdę nie było prawidłową miesiączką, tylko plamieniem. Naprawdę poszłabym wcześniej. Jeżeli widziałabym jakiekolwiek niepokojące objawy albo coś budziłoby moje wątpliwości, nie dałabym sobie wmówić, że muszę czekać rok. Pamiętam też rozmowę z jedną z dziewczyn. Opowiadałam jej o monitoringu cyklu i zdałam sobie sprawę, że sama kiedyś bardzo się go bałam. Wydawało mi się, że każda kolejna wizyta będzie kosztowała kilkaset złotych. Zosia: A przecież potrzeba ich kilka, żeby monitorować cały cykl. Ania: Właśnie. I to był jeden z powodów, dla których odkładałam monitoring. Wyobrażałam sobie, że co dwa dni będę musiała płacić 300 zł za kolejną wizytę. Dopiero później okazało się, że w wielu gabinetach płaci się po prostu za cały monitoring cyklu, a kolejne krótkie wizyty kontrolne są już wliczone w tę cenę. Zosia: Oczywiście różne miejsca rozwiązują to różnie. Ania: Dokładnie. Ale może ktoś z Was też się tego obawia. Dlatego ja po prostu nie czekałabym tak długo. Zosia: Okej. Teraz moja kolej. Ania: No dawaj. Zosia: To jest ciekawe, bo nie wiem, czy ja naprawdę przestałabym to robić. Mam wrażenie, że to leżało bardzo głęboko w mojej naturze. Ale gdybym mogła coś zmienić u tej Zosi sprzed lat, to na pewno mniej wierzyłabym we wszystkie cudowne rzeczy wyczytane na forach internetowych. Naprawdę wierzyłam, że istnieje jeszcze ten jeden suplement, którego nie biorę, a który będzie właśnie tym brakującym elementem moich starań. Wiecie… miesiąc wcześniej nie wiedziałam nawet o istnieniu jakiejś egzotycznej rośliny, a nagle czytałam, że jej sproszkowana kora fantastycznie wpływa na płodność i już miałam poczucie, że właśnie tego mi brakowało. Ania: Ale czy to nie dawało Ci wtedy nadziei? Zosia: Dawało. Oczywiście, że dawało. Tylko dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Skupiłabym się przede wszystkim na rzeczach, które rzeczywiście mają potwierdzenie w badaniach naukowych i realnie mogą coś zmienić. Bo u mnie wyglądało to tak, że kupowałam kolejny suplement, a jednocześnie kolejny miesiąc odkładałam zapisanie się na basen. To nie było tak, że robiłam wszystko, co mogłam, i tylko dokładałam suplementację. Ja po prostu liczyłam na to, że tabletka rozwiąże problem i dzięki temu nie będę musiała robić tych trudniejszych rzeczy. Ania: A Twoja insulinooporność tylko szalała. Zosia: Dokładnie. Bardzo nie chciało mi się ruszać. Nie lubiłam aktywności fizycznej i ciągle miałam nadzieję, że może jednak nie będzie konieczna. Brałam metforminę i myślałam sobie: „Ona zaopiekuje moją insulinooporność”. Dzisiaj wiem, że nie robiłam podstaw. To były właśnie te najważniejsze filary, które powinny być mocne. Zamiast tego skupiałam się na drobiazgach i pokładałam w nich zbyt dużą nadzieję. Moja szafka z suplementami była pełna. Dzisiaj też nie brałabym tylu suplementów jednocześnie, zwłaszcza takich, które nakładały się na siebie. Dużo łatwiej było mi połknąć kolejną tabletkę i uwierzyć, że ona zadziała, niż zjeść porządny posiłek albo wieczorem pójść na basen. To właśnie zmieniłabym najbardziej. Zosia: A Ty? Co jeszcze zrobiłabyś inaczej? Ania: Myślę, że mniej czasu spędzałabym w internecie. Choć właściwie… nie do końca. To jest trudniejsze, niż się wydaje. Na pewno mniej czasu spędzałabym tam dlatego, że mój mąż zwyczajnie nie miał wtedy swojej żony. Każdy wolny wieczór siedziałam przed komputerem, czytałam kolejne artykuły, fora i historie innych kobiet. Z drugiej strony wiem też, że dzięki temu dowiedziałam się wielu wartościowych rzeczy. Dlatego dzisiaj nie powiedziałabym już, że całkowicie zrezygnowałabym z internetu. Raczej bardziej bym to zbalansowała. Część tego czasu zostawiłabym na zdobywanie wiedzy, ale część świadomie przeznaczyłabym na mój związek i rozmowy z mężem. Bo to też było bardzo ważne. Jednocześnie chcę powiedzieć, że właśnie w tamtym czasie poznałam kobiety, z którymi mam kontakt do dziś. Obserwujemy się na Instagramie, kibicujemy sobie i naprawdę nie zamieniłabym tych znajomości na nic innego. Zosia: Czyli nie chodzi o całkowite odcięcie się od internetu, tylko o znalezienie równowagi. Ania: Dokładnie. Miałam szczęście trafić na naprawdę wspierające kobiety. Są grupy, z których kobieta jest usuwana tylko dlatego, że zobaczy dwie kreski na teście ciążowym. To potrafi być bardzo trudne. Zosia: Bo idziecie razem…ale tylko do pewnego momentu. Ania: Tak. Natomiast ja naprawdę miałam szczęście. Kiedy którejś z nas się udało, pozostałe dalej jej kibicowały. Być może łatwiej było nam się otworzyć, bo byłyśmy anonimowe. Do dziś dostaję od tych dziewczyn wiadomości, zdjęcia spod choinki czy życzenia świąteczne. To naprawdę były wartościowe relacje. Dlatego chciałabym tylko zwrócić uwagę na jedno. Warto obserwować, czy miejsce, w którym jesteśmy w internecie, naprawdę nas wspiera. Bo na początku może nam się wydawać, że daje nam bardzo dużo. Dopiero po czasie orientujemy się, czy dzięki temu miejscu naprawdę rośniemy, czy wręcz przeciwnie. Ania: No właśnie. Bo czasami zaczynamy żyć tylko internetem, a przestajemy żyć prawdziwym życiem. I to chyba jest w tym wszystkim najbardziej niebezpieczne. Zosia: Może też dlatego, że internet jest pewnego rodzaju ucieczką. Ja nie próbuję tego usprawiedliwiać ani oceniać. Po prostu zauważam, że tak się zdarza. Ja na przykład dzisiaj nie robiłabym badań laboratoryjnych tylko dlatego, że ktoś napisał o nich na grupie na Facebooku albo na forum. Nie miałam żadnych objawów, nic nie wskazywało na konkretną chorobę, ale wystarczyło jedno zdanie przeczytane w internecie i od razu w mojej głowie pojawiało się: „A może ja też to mam?” I nagle zaczynałam myśleć: „Może mam celiakię? Może chorobę trzewną? Może właśnie to blokuje moje starania?” Efekt był taki, że wydawałam kolejne kilkaset złotych na bardzo drogie badania, bo przecież „warto sprawdzić”. I robiłam je bez rozmowy z lekarzem. Po prostu zakładałam, że może mój lekarz jeszcze o tym nie wie, a ja przyjdę na wizytę z gotowymi wynikami i go zaskoczę. Ania: Bo zawsze gdzieś z tyłu głowy było takie: „A jeśli właśnie coś znajdę?”. Zosia: Dokładnie. To było takie niekończące się „a może właśnie tym razem znajdę odpowiedź”. Patrzyłam na dziewczyny, które zrobiły kolejne badania i miałam wrażenie, że one są już o krok dalej ode mnie. Myślałam sobie: „Może właśnie to było u nich przyczyną. Może ja też muszę znaleźć swoje »to coś«.” A dzisiaj patrzę na to zupełnie inaczej. Poszukałabym przede wszystkim miejsca i człowieka, któremu naprawdę ufam. Takiego specjalisty, z którym mogę spokojnie porozmawiać o swoich obawach, o tym, co przeczytałam w internecie. Kogoś, kto powie: „Dobrze, Zosiu, zróbmy to b

  7. Jul 15

    #105 Jedna jeździła na maka, druga jadła zdrowo i obie robiły to źle

    Czy dieta naprawdę może zwiększyć szanse na ciążę? A może to tylko kolejny element, któremu przypisuje się zbyt dużą rolę? W tym odcinku opowiadamy nie tylko o badaniach i mechanizmach, ale też o naszych własnych historiach. Bo choć dziś od niemal dekady zajmujemy się dietą płodności zawodowo, same przeszłyśmy bardzo różne drogi. Jedna żyła w przekonaniu, że odżywia się zdrowo. Druga przez długi czas uważała, że skoro są leki, to dieta nie ma większego znaczenia. Rozmawiamy o tym, co zmieniło nasze podejście, dlaczego dieta nie jest magicznym rozwiązaniem, ale może być jednym z najważniejszych puzzli podczas starań o dziecko, oraz jak wspiera organizm na poziomie, którego na co dzień nie widać. Jeśli zastanawiasz się, czy naprawdę warto poświęcić uwagę temu, co ląduje na Twoim talerzu, ten odcinek jest właśnie dla Ciebie. PLAN ODCINKA Dlaczego dwie dietetyczki kiedyś same nie wierzyły w moc diety podczas starań o dziecko. Co sprawiło, że całkowicie zmieniłyśmy swoje podejście do odżywiania. Jak dieta wpływa na komórki jajowe, plemniki i mikrośrodowisko, w którym dojrzewają. Dlaczego dieta nie daje gwarancji ciąży, ale realnie może zwiększać szanse na jej osiągnięcie. Skąd bierze się stres oksydacyjny i dlaczego ma znaczenie dla płodności. Dlaczego nie warto dążyć do „idealnej diety” i co często działa lepiej niż perfekcja. Jakie błędy same popełniałyśmy podczas starań o dziecko i czego nauczyły nas własne doświadczenia.   Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności – miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Dzień dobry, dzień dobry. Dzień dobry, dzień dobry. Dzisiaj powitam Was ja. Witamy w kolejnym odcinku naszego akademiowego podcastu. Dzisiaj spotykają się przed Wami dwie dietetyczki jako dwa różne bieguny. W sumie dalej nimi jesteśmy. Może dlatego ta Akademia wciąż jedzie do przodu. Ale dzisiaj skupimy się nie na wszystkich naszych różnicach, choć jest ich wiele. Powiemy sobie o tym, jak to się stało, że dwa skrajnie różne bieguny skończyły w takim punkcie swojego dietetycznego życia, w którym uwierzyły i zrozumiały, jak prawidłowa dieta płodności może przełożyć się na zwiększenie szans na zajście w ciążę. Tak. A jeżeli chodzi o zwiększanie szans, to tutaj będzie mała marka własna? Powiemy o dietach? No powiemy. To powiedzmy o dietach. Sezonowo, cyklicznie wydajemy różnego rodzaju diety, które warto stosować podczas starań o dziecko. Te nowe diety,  jak wejdziecie do naszego sklepu, myślę, że niezależnie od tego, kiedy to klikniecie, ale szczególnie warto zajrzeć teraz – to letnia edycja pełna smaków. Znajdziecie diety dla osób z obniżonymi parametrami nasienia, insulinoopornością, PCOS i wieloma innymi problemami, jeżeli zmagacie się z innymi zaburzeniami hormonalnymi. Jak wejdziecie sobie na naszą stronę internetową, to zrobimy Wam tam taką chmurkę z kodem zniżkowym, więc prawdopodobnie w czasie, kiedy opublikujemy ten odcinek, będą jeszcze w promocji i będzie można je przytulić taniej. A te dwie typiary, które tutaj siedzą – jeśli nas nie znacie – zajmują się dietą płodności od lat. Niedługo zbliżamy się do dekady, kiedy będziemy mogły powiedzieć, że robimy to od dziesięciu lat. Więc serio wiemy, jak to robić, jak to bilansować, śledzimy badania na bieżąco i komponujemy Wasz talerz tak, żebyście Wy nie musieli martwić się badaniami. Żebyście mieli pewność, że my zadbamy o to, aby odpicować ten talerz – męski i damski – tak, żeby zwiększyć szanse na ciążę. A w tym odcinku porozmawiamy sobie o tym, jak dieta w ogóle może to robić i jak to jest możliwe. Od tego musimy wyjść, bo moim zdaniem to jest trochę zabawne. Czasami o tym opowiadamy, ale dawno już tego nie robiłyśmy, więc skoro mamy tutaj nowe osoby, to zrobimy taki – tylko nie za długi – long story short. Jak to się stało, że dwie laski – jedna, która mogłaby zrobić doktorat z menu w Maka, z promocji, które tam są, z zestawów, którymi najbardziej można się najeść i bywa w Maku często, nieraz kilka razy dziennie… Tak. ...spotyka się z drugą typiarą, która właściwie przez długi czas swojego życia miała poczucie, że odżywia się zdrowo. Może nie całe życie. Pewien czas. Dobrze. Raczej. Zostawmy sobie margines na młodzieńcze błędy, prawda? Dokładnie. I kopytka mamy. Dobrze, ale to wciąż kopytka mamy, a nie szama z Maka. To prawda. W każdym razie chcę powiedzieć to, że Ania miała takie poczucie… Raczej nie olewałaś tego talerza tak jak ja. Bo ja ciągle jechałam na kredycie swojej młodości. Miałam poczucie, że mam jeszcze dużą nadpłatę tej młodości, która po prostu zniweluje efekt Maczka. Bo jestem jeszcze młoda. Wiem, że kiedyś nie będę mogła tak jeść, ale teraz jeszcze nie musimy o tym rozmawiać, bo mam na tej karcie pewną nadpłatę, z której chętnie korzystam. Tak właśnie jechałam. Wiecie co? Ja byłam święcie przekonana, że zdrowo żyję. Ale teraz przypominam sobie na przykład wszystkie imprezy. Pamiętam taki moment, że właściwie nasi znajomi chodzili na imprezy, a my, starając się o dziecko, na początku też jeszcze aktywnie w nich uczestniczyliśmy. Moje znajome jeszcze studiowały, więc to był czas robienia magisterki i była biba za bibą. W której ty czynnie brałaś udział czy siedziałaś w kącie i myślałaś sobie: „Boże, ale ten alkohol ma tyle kalorii”? Właśnie nie myślałam. Gdzieś wydawało mi się, że jestem świadoma zdrowego odżywiania, bo jednak pilnowałam tego. Ale teraz pierwszy raz mam taką rozkminę, że przecież… No fajnie, tylko że jak chodziliśmy na imprezy, to była gruba biba. To był średnio higieniczny styl życia. Tylko że byliśmy młodsi, więc miałam wrażenie, że procesy naprawcze zachodziły… Szybciej. Szybciej. Człowiek mniej to odczuwał. Ale jednak był to średnio higieniczny okres życia. No dobrze. Ja nie chciałam, kochana, żeby zabrzmiało, że Ania była przykładem moralnego życia dietetycznego. Bardziej chciałam podkreślić to, że wymyślałaś jakieś ciasto z kaszy gryczanej. No serio. Ja nigdy. Rozumiesz? Żebym ja podczas studiów zrobiła ciasto z kaszy gryczanej? No może pod koniec studiów, ale wcześniej? To był mój hit podczas starań. Ciasto gryczane. To była moja słodycz. Ja mam takie ciężkie doświadczenie, kiedy spotkałam się z nim po raz pierwszy. Musisz przyznać. Poczekaj, Aniuś, daj mi przejść ten proces. Zosinka, która wpierdziela Maczka, przychodzi do ciebie, a ty stawiasz przede mną ciasto gryczane. I już chcesz, żebym się zachwyciła. Potem prosiłam o przepis, robiłam je i jadłam ze smakiem. Ale pamiętam ten pierwszy raz. Postawiłaś przede mną kawę i ciasto gryczane. Dla mnie ciasto to było coś z czekoladą, a ty mówisz: „Smacznego. Jedz do kawy”. Ono nie miało cukru wtedy nawet. Ani grama cukru ani żadnego słodzika. No chyba dlatego, że była tam ta gorzka, dziewięćdziesięcioprocentowa czekolada. No dobrze, było konkretne. Ciężkie. Dla mnie to naprawdę było przeżycie. Ale proces zaszedł. W każdym razie – dwie bardzo różne osobowości i dwa zupełnie różne podejścia do diety. I coś dzieje się w ich życiu. Albo zachodzi powolny proces, albo – tak jak u mnie – następuje boom i zderzenie ze ścianą. Wtedy zdajesz sobie sprawę, że dieta powinna grać w twoim życiu pierwsze skrzypce, bo jesteś w stanie zrobić nią więcej niż lekami, które bierzesz od dłuższego czasu. Jak to było? Szybciutko, w skrócie. Poszukiwanie kontroli. Odzyskanie wpływu na swoje życie i na swoje ciało. Próba powiedzenia sobie: to ja trzymam lejce, a nie ktoś kieruje moim życiem. Odzyskanie takiego poczucia sprawczości. U ciebie to był ten moment zwrotny. Tak. Pomyślałam sobie: właściwie nic nie pomaga. Czemu nie odpicować tego talerza? Czemu nie spróbować odżywiać się zgodnie z zaleceniami dla PCOS? Bo moje wcześniejsze „zdrowe odżywianie” jednak trochę od tego odbiegało. I dopiero kiedy zmieniłam dietę pod PCOS i wykorzystałam wiedzę, którą już miałam, okazało się, że… o kurde. Tam było co naprawiać. Dało się naprawdę sporo zmienić. Ja pamiętam, że ciągle nie doceniałam roli diety w swoim życiu. Wydawało mi się, że skoro wjeżdżam z kalibrem pod tytułem leki, to jakaś kanapka z hummusem na śniadanie nie zmieni mojego życia tak jak zastrzyk z gonadotropin. Miałam poczucie, że dieta jest tak małym kalibrem, że oczywiście coś tam może pomóc, ale to nie jest gra warta świeczki. Najpierw ciężkie działa, a potem ewentualnie reszta. No i potem okazało się, że wyciągamy kolejne leki, kolejne leki… i chyba właśnie wtedy przestało mieć sens odkładanie diety na później. Wiecie, co było dla mnie odkrywcze? Kiedy spojrzałam na proces starań właśnie jak na proces. I dopuściłam do siebie myśl, że może to potrwać dłużej, niż mi się wydaje. Oczywiście bardzo chciałam wierzyć i bardzo modliłam się o to, żeby było szybko. Żeby scenariusze, o których lekarze mówili mi od nastoletnich lat, nie spełniły się właśnie u mnie. Chciałam po prostu schakować rzeczywistość. Ale się nie udało. I wtedy spojrzałam na to z innej perspektywy. Pomyślałam sobie: Zosia, szykujesz się do przebiegnięcia maratonu. Chcesz, żeby twoje ciało stworzyło człowieka. Dla mnie to było coś większego niż wejście na Mount Everest. Więc przecież nie stołujesz się codziennie w Maku i nie wybierasz codziennie na obiad kebaba tylko dlatego, że jest szybciej albo wygodniej. Raczej próbujesz to swoje ciało zaopiekować. I miałam takie: „Aaa,

  8. Jul 10

    #104 Jestem w ciąży i co dalej?!

    To miał być najpiękniejszy moment. Dwie kreski. Pozytywna beta. Koniec wieloletnich starań i początek wymarzonej ciąży. A potem okazuje się, że zamiast ulgi pojawia się strach. Taki, którego wcześniej trudno było sobie wyobrazić. W tym odcinku rozmawiamy o czymś, o czym mówi się zdecydowanie za rzadko- o ciąży po niepłodności. O tym, że upragnione dwie kreski nie zawsze leczą traumę i nie kończą lęku. Czy wszystko staje się łatwe po tym jak się uda? Mówimy o emocjach, których wiele kobiet się wstydzi, poczuciu winy, braku radości, ciągłym oczekiwaniu na najgorsze i o tym, dlaczego to wszystko jest znacznie częstsze, niż mogłoby się wydawać. Plan odcinka Dlaczego pozytywny test ciążowy nie zawsze oznacza koniec lęku i początek radości. Jak wygląda ciąża po latach starań i dlaczego wiele kobiet żyje w ciągłym napięciu. Skąd bierze się poczucie winy, gdy zamiast szczęścia pojawia się strach. Dlaczego trauma niepłodności nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek. Jak niepłodność wpływa na relację partnerską i dlaczego ciąża nie zawsze naprawia to, co wcześniej zostało zranione. Dlaczego warto zadbać o związek jeszcze przed narodzinami dziecka i kiedy terapia par może być ogromnym wsparciem. Jak dać sobie prawo do wszystkich emocji i przestać oceniać siebie za to, co czujesz. Znajdziesz nas również tutaj: Podcast VIDEO  SPOTIFY Witamy w kolejnym odcinku podcastu. Razem z prawidłowym intro. Chyba można zapomnieć po czterech latach, prawda? Proszę, wybaczcie nam. To chyba kwestia lekkiego stresu związanego z nową przestrzenią. Chociaż prawdopodobnie tego nie usłyszeliście, bo liczymy na to, że chłopaki poradzili sobie z montażem i po prostu go nie ma. Musicie wiedzieć, że weszłyśmy do nowego studia i byłyśmy po prostu oniemiałe. Jest tutaj tak pięknie, tyle kamer… Trochę nas to przytłoczyło i nagle zapomniałyśmy, co mówimy do Was od czterech lat. Mamy nadzieję, że ta nowa przestrzeń podoba Wam się równie mocno jak nam. Dajcie znać, bo być może właśnie stąd będziemy do Was nadawać. A tymczasem przechodzimy do tematu, który przygotowałyśmy na dziś. Znowu usiądziemy sobie wspólnie przy kawie i wodzie i porozmawiamy o czymś, czego – mam wrażenie – przez poprzednie lata trochę bałyśmy się dotykać. Będzie to temat ciąży. Dobrze wiecie, że z ciążą podczas starań jest różnie. Trudno się o niej rozmawia, trudno się na nią patrzy. Widok kobiet z brzuszkiem często jest czymś, czego najchętniej w ogóle byśmy nie oglądały, kiedy same jesteśmy w trakcie starań. Mam wrażenie, że właśnie dlatego, chcąc roztoczyć nad Wami taki ochronny parasol, praktycznie nie komunikowałyśmy tego, że mamy diety dla kobiet w ciąży. A przecież mamy. One po prostu same się sprzedają, same je znajdujecie. Trochę bałyśmy się poruszać tematy okołociążowe. Tym razem jednak to zrobimy, bo dostajemy od Was coraz więcej wiadomości. Piszecie, że o tym w ogóle się nie mówi. Pytacie, dlaczego my o tym nie mówimy. Dlaczego nikt nie powiedział Wam, że pozytywny test, pozytywna beta i moment, w którym wreszcie zachodzicie w ciążę, wcale nie oznaczają końca stresu. Wręcz przeciwnie. Powiedziałabym nawet, że ten stres wychodzi poza skalę. To nie jest taki idylliczny stan, jaki często sobie wyobrażamy. To bardzo zaskakujące, bo każda z nas ma w głowie pewien scenariusz. Wyobrażamy sobie, jak będzie wyglądał ten dzień, nasze życie i przyszłość. Myślimy: „kiedy to się wydarzy, wtedy wreszcie będę szczęśliwa”. Przynajmniej ja tak miałam. Byłam przekonana, że moment, w którym zobaczę dwie kreski, będzie granicą między dwoma światami. Jeszcze dzień wcześniej będę tkwić w tym niekończącym się smutku i tęsknocie za dzieckiem, a następnego dnia wszystko nagle zniknie. Okazuje się jednak, że bardzo wiele kobiet myśli dokładnie tak samo. A kiedy tak się nie dzieje, pojawia się zaskoczenie i pretensje do samej siebie. „Przecież miałam się cieszyć. Miałam skakać z radości. Co jest ze mną nie tak?” Myślę, że trochę miesza nam tutaj internet, który pokazuje piękne obrazki. Miały być kolorowe skarpeteczki, idealnie zaplanowane przekazanie wiadomości mężowi i wzruszające nagranie. Tymczasem pojawia się paraliżujący strach. I nie ma tej radości, której się spodziewałyśmy. Ja, zanim zaszłam w ciążę, przez wiele miesięcy wyobrażałam sobie moment, w którym przekażę mężowi tę wiadomość. Co jakiś czas zmieniałam plan. Raz miał dostać małe skarpetki, innym razem chciałam ukryć test tak, żeby sam go znalazł i żeby było wielkie zaskoczenie. Miałam nawet kupione maleńkie skarpetki. Leżały schowane w szufladzie. Plan był taki, że włożę do jednej z nich test ciążowy i powiem, że czeka tam na niego niespodzianka.  Idealny scenariusz. Wyszło zupełnie inaczej. Emocje wzięły górę. Po prostu wyszłam z łazienki zapłakana, z czerwonymi oczami. Od tego momentu już nic nie szło zgodnie z moim wcześniej ułożonym planem. Bo ja wyobrażałam sobie ten moment jako koniec trosk. Myślałam, że najgorsze już minęło. U mnie było jeszcze o tyle inaczej, że wcześniej w ogóle nie znałam tematu poronień czy ciąż biochemicznych. Nasze starania wyglądały tak, że na każdym teście była tylko jedna kreska. Nigdy wcześniej nie widziałam dwóch. Dlatego samo zobaczenie dwóch kresek kojarzyło mi się wyłącznie z tym, że już się udało. Teraz będą już tylko wizyty u lekarza, pierwsze USG, bicie serduszka, kolejne zdjęcia.Wyobrażałam sobie, że będę robiła zdjęcia w tym samym miejscu, przed tym samym lustrem, w tej samej pozycji i tylko porównywała, jak rośnie brzuch. I taki scenariusz oczywiście może się wydarzyć. Bardzo wielu kobietom właśnie tak przebiega ciąża. Ale trafiamy też na zupełnie inne historie. Przytoczę jedną z nich. Napisała do nas dziewczyna po dziesięciu latach starań. Dziesięciu latach. Życie naprawdę bardzo mocno ją doświadczyło. Napisała, że nie może w to uwierzyć, ale test pokazał dwie kreski. To była krótka wymiana wiadomości. Zapytałyśmy, jak się teraz czuje. To, co odpisała, bardzo utkwiło mi w pamięci. „Wszyscy się cieszą. Mąż skacze z radości, a ja czuję, że jestem w czarnej otchłani.” To cytat, słowo w słowo. Po dziesięciu latach starań nie czuła euforii. Była przerażona tym, co właśnie się dzieje. Dziesięć lat życia podporządkowanego staraniom. Dziesięć lat budowania siebie wokół tego doświadczenia. I nagle… co dalej? To może być bardzo trudne do zrozumienia dla kogoś, kto nigdy się w takim miejscu nie znalazł. Kto wciąż żyje wyobrażeniami o tym, jak będzie wyglądał ten upragniony dzień. I ja naprawdę życzę Wam, żeby te wyobrażenia się spełniły. Żeby były piękne, spokojne i pełne radości. Ale jeśli okaże się, że zamiast euforii poczujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej, że trudno będzie Wam złapać oddech, to chcemy, żebyście wiedziały jedno: To też jest normalne. Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane od samego początku. Nierzadko poprzedza je długie leczenie, procedury i medykalizacja starań. Często wiążą się również z większą liczbą leków i ogromnym napięciem, które wcale nie znika w momencie zobaczenia dwóch kresek. Jeśli czujecie ogromny ciężar na klatce piersiowej i nie możecie złapać oddechu, to też może się zdarzyć. Ciąże po długich staraniach bardzo często są wyłapywane już od samego początku. Często są poprzedzone długim leczeniem i medykalizacją starań, dlatego wymagają większej obstawy lekowej, częstszych wizyt u lekarzy i nieustannej kontroli. Mam teraz w swoim najbliższym otoczeniu przyjaciółkę, która o pierwsze dziecko starała się bardzo długo. Drugie przyszło szybciej, ale to doświadczenie sprawiło, że cały czas potrzebuje poczucia, że ma nad wszystkim kontrolę. Prowadzi ciążę równolegle u dwóch lekarzy. Dzięki temu ma wizyty praktycznie dwa razy częściej. I kiedy ostatnio zaczęło się coś dziać, nie były to żadne ogromne red flagi, ale pojawiły się skurcze przepowiadające, brzuch zaczął się stawiać i robić twardy – jedna lekarka zbadała ją i zapewniła, że wszystko jest w porządku. To jednak nie wystarczyło. Dopiero kiedy poszła do drugiej lekarki, do której ma większe zaufanie, i usłyszała dokładnie to samo po wykonaniu tych samych badań, odrobinę odetchnęła. Ale po każdym, nawet krótkim epizodzie, kiedy coś się dzieje, poziom stresu znowu szybuje. Czasami dziewczyny kończą starania o dziecko dopiero w momencie porodu. Dwie kreski nie zawsze oznaczają koniec starań. Każda przeżywa to na swój sposób. Jeżeli ktoś ma za sobą wcześniejsze straty, drży praktycznie każdego dnia. Każdy ból, każda wizyta w toalecie, podczas której sprawdza, czy nie pojawiło się krwawienie, potrafią wywołać ogromny lęk. Zdarza się też, że nagle urywa nam się z kimś kontakt. Nie ma wiadomości, zastanawiamy się, co się wydarzyło. Po wielu miesiącach dostajemy odpowiedź: „Nie mogłam wcześniej się odezwać, bo dla mnie niepłodność skończyła się dopiero w momencie porodu. Dopiero kiedy trzymałam dziecko w ramionach, uwierzyłam, że naprawdę się udało.” Bo dopiero wtedy pojawia się poczucie, że dziecko jest już bezpieczne. Że teraz więcej zależy ode mnie niż wtedy, kiedy było jeszcze w brzuchu. W ciąży mogłam chodzić do lekarzy, brać leki, wykonywać badania i wszystko kontrolować, ale nie na wszystko miałam wpływ. Ta głowa cały czas przypomina: „To jest moje największe marzenie. To jest mój najcenniejszy skarb. Muszę zrobić wszystko, żeby go ochronić.” I właśnie

About

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.

You Might Also Like