Zwierciadło Podcasty

Zwierciadło

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

  1. 1d ago

    „Życie jest fabryką odrzucenia”. Weronika Rosati o Hollywood, ulubionej samotności i cenie niezależności | „Ukryte piękno”. odc. 34

    „Jestem osobą bardzo introwertyczną, nie lubię zamieszania wokół siebie. Jestem typem samotnika i trochę odludka”” – mówi Weronika Rosati w podcaście „Ukryte piękno”. Aktorka, która od lat próbuje budować karierę między Polską a Stanami Zjednoczonymi, dobrze wie, że spełnianie marzeń nie zawsze przypomina filmową opowieść o sukcesie. Beata Biały pyta aktorkę o Hollywood jako fabrykę odrzucenia. Rosati nie zgadza się jednak, by przypisywać tę właściwość wyłącznie przemysłowi filmowemu. Jej zdaniem odrzucenie jest wpisane w samo życie, a doświadczenia zawodowe w Stanach Zjednoczonych nie zawsze były trudniejsze niż te, które spotykały ją w Polsce. Aktorka mówi wprost, że w kraju częściej mierzy się z uprzedzeniami i układami. W Stanach Zjednoczonych ma natomiast poczucie, że może zaczynać z czystą kartą. Nie oznacza to, że tamtejszy rynek jest wolny od rywalizacji czy rozczarowań. Różnica polega na tym, jak interpretuje przeszkody i czy widzi w nich rezultat własnych decyzji, czy mechanizmów, na które nie ma wpływu. „Odrzucenie mnie nawet nie boli, mnie boli niesprawiedliwe odrzucenie” – wyznaje Rosati. To rozróżnienie mówi wiele o jej podejściu do kariery. Odmowa jest częścią zawodowego ryzyka, szczególnie w branży, w której o angażu decydują nie tylko talent i przygotowanie, lecz dziesiątki okoliczności. O krok od wielkich ról W karierze aktorki nie brakowało momentów, w których wydawało się, że kolejne zawodowe drzwi otwierają się jednocześnie. Rosati wspomina okres po wypadku, kiedy na ekranach pojawiały się produkcje z jej udziałem, a zainteresowanie jej osobą rosło zarówno w Stanach Zjednoczonych, jak i w Polsce. Wśród projektów wymienia serial Michaela Manna z Dustinem Hoffmanem, film z Sylvestrem Stallone’em oraz „Obławę”, w której wystąpił także Michael Douglas. Al Pacino, Robert De Niro - koledzy z pracy W rozmowie pojawiają się także nazwiska, które dla wielu aktorów pozostają symbolami niedoścignionego mistrzostwa. Beata Biały pyta Rosati o Ala Pacino, z którym poznała się dwadzieścia lat temu podczas kolacji. Aktorka nie chce jednak opowiadać o nim szerzej. Podkreśla, że znają się prywatnie, a on sam bardzo chroni swoją prywatność. W jej opowieści nie ma miejsca na budowanie sensacji wokół znajomości z gwiazdą. Kiedy rozmowa schodzi na cechy łączące artystów, którzy przez dekady utrzymują się na szczycie, Rosati wskazuje przede wszystkim osobowość. Jej zdaniem największe nazwiska kina wyróżnia silna, niepowtarzalna indywidualność. Wspomina, że Pacino najchętniej grałby Szekspira, podczas gdy Robert De Niro, obok talentu artystycznego, ma również zmysł biznesowy. Samotność to nie zawsze smutek Choć zawodowo funkcjonuje w świecie, który nieustannie przyciąga uwagę, prywatnie Rosati określa siebie jako introwertyczkę. Nie przepada za zamieszaniem wokół własnej osoby, a najlepiej czuje się jako samotniczka i, jak sama żartobliwie przyznaje, trochę odludek. Ten obraz może zaskakiwać w przypadku aktorki, której praca polega na obecności przed kamerą i funkcjonowaniu w przestrzeni publicznej. Nie ma jednak sprzeczności między potrzebą prywatności a wykonywaniem zawodu, który wystawia człowieka na ocenę. Można lubić scenę, a jednocześnie nie chcieć, by każdy aspekt życia stawał się przedmiotem zainteresowania innych. Można też cenić niezależność i potrzebować czasu spędzanego w samotności, bez konieczności tłumaczenia się z własnych wyborów. „Niezależna kobieta wciąż jest szemrana” Wizerunek Rosati to wizerunek kobiety silnej, ambitnej i samodzielnej. Aktorka wychowuje córkę, rozwija karierę i nie ukrywa, że nie zawsze jest jej łatwo. Kiedy Beata Biały pyta, czy pozwala sobie na momenty słabości, Rosati odpowiada z charakterystyczną dla siebie bezpośredniością: owszem, czasem przez pięć minut ma dość, ale potem przypomina sobie o obowiązkach. Trzeba włączyć pralkę, wykonać telefon, zająć się kolejną sprawą. Życie nie zatrzymuje się tylko dlatego, że człowiek potrzebuje chwili wytchnienia.

    „Życie jest fabryką odrzucenia”. Weronika Rosati o Hollywood, ulubionej samotności i cenie niezależności | „Ukryte piękno”. odc. 34
  2. 5d ago

    „Lęk nie jest prognozą”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z kryzysu? | „Kryzys wieku każdego” odc. 2

    „Kryzys jest takim ciekawym momentem, kiedy zwykłe sposoby radzenia sobie z rzeczywistością nie wystarczają” – mówi prof. Robert Kowalczyk, psycholog w podcaście „Kryzys wieku każdego” z prof. Katarzyną Waszyńską, psycholożką i Ewą Podsiadły-Natorską, dziennikarką. I choć słowo „kryzys” najczęściej kojarzy nam się z czymś, co trzeba jak najszybciej zażegnać, psychologia proponuje inne spojrzenie. Kryzys może być trudny, destabilizujący, pełen lęku i niepewności, ale może też stać się momentem, w którym przestajemy działać automatycznie i zaczynamy sprawdzać, czego właściwie potrzebujemy. Nie istnieje jeden uniwersalny moment życia, w którym kryzys ma prawo się pojawić. Może przyjść po utracie pracy, rozstaniu, chorobie czy zmianie sytuacji rodzinnej. Ale równie dobrze może pojawić się wtedy, gdy z zewnątrz wszystko wygląda dobrze. Człowiek ma rodzinę, pracę, stabilność finansową, osiągnięcia, a mimo to zaczyna zadawać sobie pytania, których wcześniej nie chciał albo nie musiał zadawać. Kryzys nie pyta o metrykę Prof. Katarzyna Waszyńska zwraca uwagę, że kryzys obejmuje nie tylko spektakularne życiowe przełomy. Psychologicznie ważne są również okresy „pomiędzy” – momenty przejścia z jednego etapu w drugi, takie jak dojrzewanie czy kolejne zmiany związane z dorosłością. Właśnie wtedy mogą pojawić się niepewność i lęk, ale jednocześnie otwiera się możliwość spojrzenia na swoje życie z nowej perspektywy. Dlatego kryzys nie zawsze oznacza, że coś w naszym życiu poszło nie tak. Czasami oznacza po prostu, że dotychczasowy sposób funkcjonowania przestał wystarczać. „Mam wszystko, ale nie wiem, po co mi to” Jednym z najbardziej charakterystycznych przykładów jest kryzys egzystencjalny. Można go długo przeżywać po cichu, ponieważ nie musi być związany z żadnym konkretnym wydarzeniem. W gabinecie prof. Katarzyny Waszyńskiej pojawił się 48-letni pacjent, który miał rodzinę i majątek, a więc – jak sam uważał – wszystko, o czym wcześniej marzył. Problem polegał na tym, że zaczął pytać siebie, po co mu to wszystko, kim właściwie jest i czy jest szczęśliwy. Takie pytania potrafią być bardziej destabilizujące niż zewnętrzny kryzys, bo nie da się na nie odpowiedzieć prostą decyzją. Nie wystarczy zmienić pracy, przeprowadzić się czy zakończyć związku. Trzeba przyjrzeć się własnym wartościom, potrzebom i wyobrażeniu o tym, jak miało wyglądać dobre życie. I właśnie dlatego – jak zauważa prof. Kowalczyk – do gabinetu można trafić zarówno wtedy, gdy kryzys już trwa, jak i wtedy, gdy dopiero czujemy, że zbliża się jakaś zmiana. Motywacja może być wewnętrzna: zauważamy, że stare sposoby radzenia sobie nie działają. Może też przyjść z zewnątrz, gdy bliscy widzą, że utknęliśmy w schemacie, którego sami nie potrafimy dostrzec. Czy naprawdę jesteśmy w kryzysie? W epoce, w której psychologia stała się językiem codzienności, łatwo nazwać niemal każdą trudność kryzysem. Tymczasem prof. Katarzyna Waszyńska przypomina, że „nie każda sytuacja problemowa jest sytuacją kryzysową”. To ważne rozróżnienie, szczególnie gdy mamy skłonność do analizowania każdej emocji i każdego spadku formy. Prof. Robert Kowalczyk idzie krok dalej. Jego zdaniem z perspektywy osoby, która cierpi, samo nazwanie sytuacji nie zawsze jest najważniejsze. Diagnoza ma przede wszystkim pomóc terapeucie dobrać odpowiednie narzędzia. W kulturze, w której psychologiczne pojęcia coraz częściej opisują nasze codzienne doświadczenia, etykieta może bowiem zarówno przynieść ulgę, jak i dodatkowo obciążyć. Kiedy nazwaliśmy coś „kryzysem”, łatwo zacząć myśleć, że właśnie w kryzysie jesteśmy – i że teraz trzeba koniecznie znaleźć jego przyczynę. Lęk nie jest prognozą przyszłości Kryzys bardzo łatwo uruchamia wyobraźnię. Kiedy tracimy poczucie bezpieczeństwa, umysł zaczyna szukać zagrożeń i przewidywać kolejne. Prof. Katarzyna Waszyńska zauważa, że niektórym osobom lęk myli się wtedy z przewidywaniem przyszłości.

    „Lęk nie jest prognozą”. Co naprawdę pomaga w wychodzeniu z kryzysu? | „Kryzys wieku każdego” odc. 2
  3. 6d ago

    „Jestem wdzięczna za trudne momenty”. Joanna Jędrzejczyk o psychologicznych grach i zasadzie „jednej doby” | „Soft power” odc. 2

    „Mam różowy kij bejsbolowy przy łóżku i alarm w sypialni. Były długoletni partner chwycił mnie, bo nie chciał zrozumieć, że to koniec. Nie byłam wtedy "J.J.", rozpadłam się na milion kawałków – mówi Joanna Jędrzejczyk w podcaście „Soft power”, Sylwii Sitkowskiej i Magdaleny Kuszewskiej. Mistrzyni świata w sportach walki opowiada o cenie sukcesu, sile po porażce, psychologicznej grze w ringu, przemocy w związku i o tym, dlaczego prawdziwa siła nie zawsze musi oznaczać walkę. Podczas walki w Madison Square Garden straciła pas mistrzowski. Po wszystkim zamieściła w mediach społecznościowych zdjęcie, na którym się uśmiechała. Jeden z komentujących nie mógł tego zrozumieć: jak można się uśmiechać po upokorzeniu i utracie tytułu? Odpowiedź Jędrzejczyk była prosta, ale mówi o życiowej perspektywie znacznie więcej niż niejeden poradnik o odporności psychicznej. „Cieszę się, bo żyję, bo mam dwie ręce, a wokół siebie rodzinę” – powiedziała. Każdy kiedyś zderzy się z ciężarówką Status, pieniądze, popularność czy sukces nie chronią przed kryzysem. W pewnym momencie życie potrafi odebrać człowiekowi poczucie kontroli, niezależnie od tego, jak dobrze radził sobie wcześniej. Jędrzejczyk opisuje takie doświadczenia bez wielkich słów, za to obrazowo: „Trudne momenty to są takie zderzenia z ciężarówką, które ma każdy, niezależnie od statusu”. Siła nie zawsze wygląda jak cios W podcaście „Soft power” widać właśnie ten paradoks: Joanna Jędrzejczyk przez lata budowała swoją pozycję w świecie kojarzonym z fizyczną siłą, a dziś mówi o sile przede wszystkim jako o zdolności do podejmowania decyzji, ponoszenia ich konsekwencji i rozpoznawania własnych granic. Psychologia od początku była częścią jej sportowego świata. W walce nie chodzi przecież wyłącznie o technikę, kondycję czy siłę mięśni. Jest jeszcze napięcie, strach, ból i próba odczytania przeciwnika. „Czujesz ból i jest gra psychologiczna” – mówi Jędrzejczyk, odpowiadając na pytanie Magdaleny Kuszewskiej o to, ile w sportach walki jest psychologicznej rozgrywki. „Idźcie po swoje” Jędrzejczyk nie romantyzuje jednak ciężkiej pracy. Jej historia jest mocno związana z ambicją i przekonaniem, że na swoje miejsce trzeba zapracować. „Jeżeli ciężko pracujecie, idźcie po swoje” – mówi. Zaraz dodaje: „Szczęście sprzyja tym, którzy ciężej pracują i więcej ryzykują”. Biznes, kontrakty i zasada jednej doby Jedną z zasad, które szczególnie mocno podkreśla, jest samodzielność. Przez lata sama negocjowała swoje kontrakty i nie zamierzała oddawać odpowiedzialności za własne interesy komuś innemu. Jej rada jest prosta i może przydać się znacznie szerzej niż tylko osobom pracującym w sporcie: czytajcie dokumenty, zanim je podpiszecie. „Jeżeli ktoś ci mówi, że masz od razu podpisać jakiś dokument, to odpowiedz, że potrzebujesz doby na zapoznanie się” – radzi. „Rozpadłam się na milion kawałków” Najbardziej przejmujący fragment rozmowy dotyczy jednak sytuacji, w której sportowa siła przestała mieć znaczenie. Jędrzejczyk opowiada o doświadczeniu przemocy ze strony byłego długoletniego partnera. Wspomina moment, kiedy mężczyzna chwycił ją, ponieważ nie chciał zaakceptować końca związku. To doświadczenie pokazuje inną twarz przemocy: taką, o której często trudno mówić, szczególnie osobie przyzwyczajonej do tego, że inni postrzegają ją jako niezwyciężoną. „Nie byłam wtedy »J.J.«, rozpadłam się na milion kawałków” – mówi. Zareagowała krzykiem, chcąc, żeby usłyszeli ją sąsiedzi. Dziś w sypialni ma alarm, a przy łóżku różowy kij bejsbolowy. Nie opowiada o tym po to, żeby budować kolejny obraz twardej wojowniczki. Przeciwnie – pokazuje moment, w którym nawet osoba znana z siły może poczuć się bezradna i przestraszona. Jej przesłanie do kobiet jest jednoznaczne. „Dziewczyny, nie dajcie się i pamiętajcie, że taka sytuacja trwa, dopóki nie powiecie »dość«” – mówi. To nie jest opowieść o bohaterskim pokonaniu przeciwnika. To opowieść o odzyskiwaniu prawa do własnych granic.

    „Jestem wdzięczna za trudne momenty”. Joanna Jędrzejczyk o psychologicznych grach i zasadzie „jednej doby” | „Soft power” odc. 2
  4. 6d ago

    „Bliskość w pracy jest uwodząca, ale się nie opłaca”. Dr Małgorzata Majewska o kulturze... dowożenia i zastraszania | „Rozmowy z sensem” odc. 1

    „Dowożę, więc jestem” – brzmi jak współczesna wersja kartezjańskiego „myślę, więc jestem”. Tyle że za tym pozornie niewinnym słowem kryje się coś więcej niż zawodowa skuteczność: potrzeba bycia potrzebnym, lęk przed odrzuceniem i przekonanie, że na odpoczynek trzeba sobie najpierw zasłużyć. O tym, co mówi o nas język pracy, rozmawiają w premierowym podcastu „Rozmowy z sensem” Agnieszka Radomska, dziennikarka, oraz dr Małgorzata Majewska, psycholingwistka. Współczesna kultura pracy stworzyła cały słownik gotowości. „Jestem pod telefonem”. „Jak coś, to pisz”. „Podeślij, zerknę wieczorem”. „Mogę jeszcze dzisiaj dowieźć”. Te zdania brzmią niewinnie, a jednak składają się na bardzo konkretny komunikat: można na mnie liczyć zawsze. Praca zmieniła znaczeniePandemia przyspieszyła proces, który już wcześniej był widoczny. Praca przestała być wyłącznie miejscem, do którego się chodzi. Stała się czymś, co może być wszędzie: w telefonie, na kanapie, podczas kolacji, w sypialni, w samochodzie między jednym spotkaniem a drugim. „Język nam pokazuje, że mamy niezgodę na starą narrację, ale ta nowa się jeszcze nie wytworzyła” – mówi psycholingwistka. To trafnie opisuje moment, w którym jesteśmy. Nie chcemy już bezrefleksyjnie powtarzać, że sukces wymaga poświęcenia wszystkiego. Wiemy, że potrzebujemy równowagi, granic i czasu poza pracą. Jednocześnie nadal posługujemy się językiem, który nagradza nieustanną gotowość. Czy można odmówić bez poczucia winy? Jednym z najtrudniejszych słów w zawodowym słowniku okazuje się „nie”. Odmowa może być odbierana niemal jak komunikat o zerwaniu relacji: nie chcę, nie zależy mi, nie jestem lojalna, nie jestem wystarczająco zaangażowana. Dr Majewska mówi o „zdolności negatywnej” – psychologicznej umiejętności wytrzymywania dyskomfortu, niewiedzy i niepewności związanej z tym, jak otoczenie zareaguje na naszą odmowę. To ważne, bo granice nie są magicznym narzędziem, dzięki któremu wszyscy nagle zaczynają je respektować. „Chcą takich złotych rad: jak stawiać granice, żeby nie bolało. Szkopuł w tym, że stawianie granic zawsze boli” – zauważa. Lęk jako smycz Władza w pracy nie zawsze mówi językiem rozkazów. Czasem wystarczy sugestia, że powinniśmy być wdzięczni. „Ciesz się, że masz pracę” może brzmieć jak rada, ale może też stać się narzędziem kontroli. Dr Majewska nazywa lęk „smyczą” i podkreśla, że mechanizm ten nie ogranicza się wyłącznie do kultury pracy. Lękiem można zarządzać także w relacjach, rodzicielstwie czy obszarze zdrowia. Najważniejsze staje się więc nie pytanie, czy powinniśmy się bać, ale co robimy z własnym lękiem. „Teraz piłka jest po mojej stronie, czy ja sobie na to pozwolę, czy nie. Warto zapytać siebie, co mi to robi” – mówi ekspertka. Pułapka bliskości Nie chodzi przy tym o stworzenie człowieka, który już niczego się nie boi. Taka wizja byłaby kolejną fantazją o idealnym funkcjonowaniu. To również zmienia sposób, w jaki możemy rozmawiać sami ze sobą. Zamiast natychmiast uciszać emocję, można spróbować ją usłyszeć. „Nie ma żadnej cudownej recepty na to, jak rozmawiać ze sobą” – mówi dr Majewska. I właśnie ta rezygnacja z kolejnej złotej zasady może być paradoksalnie uwalniająca. Dr Majewska zwraca uwagę, że kiedy pracownik zaczyna traktować relację z przełożonym jak relację osobistą, może tracić część swojej pozycji negocjacyjnej. Jeśli wiemy, że szefowa właśnie przeżywa trudny moment prywatny, jej problemy mogą zacząć wpływać na to, czy w ogóle poprosimy o podwyżkę. „Po co idziemy do pracy? Żeby zarabiać pieniądze” – przypomina Majewska. Pytanie dotyczy granicy: czy bliskość pomaga nam funkcjonować, czy zaczyna sprawiać, że rezygnujemy z własnego interesu. Czy lojalność wobec zespołu nie oznacza przypadkiem mniejszej pensji, kolejnych nadgodzin albo zgody na zadania, których nie jesteśmy w stanie wykonać bez kosztów dla życia poza pracą?

    „Bliskość w pracy jest uwodząca, ale się nie opłaca”. Dr Małgorzata Majewska o kulturze... dowożenia i zastraszania | „Rozmowy z sensem” odc. 1
  5. Oct 6

    „Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”

    „Żaden cel nie jest końcem drogi” – mówi Martyna Wojciechowska w podcaście „Kobiety rządzą" Joanny Olekszyk, redaktorki naczelnej „Zwierciadła”. Podróżniczka wraca do jednej z najtrudniejszych historii swojego życia, opowiada o wypadku, w którym straciła przyjaciela i operatora Rafała Łukaszewicza, o tym, jak po latach zmienia się perspektywa na traumę, i dlaczego największym Everestem okazało się dla niej macierzyństwo. Rozmawiają także o wychowywaniu odważnych dzieci, lęku, który łatwo przekazać kolejnemu pokoleniu, oraz o tym, dlaczego dziś zamiast dawać młodym ludziom rady, Martyna chce przede wszystkim ich słuchać. Dwadzieścia lat później patrzy na tę historię inaczej Niektóre wydarzenia nie kończą się w chwili, kiedy fizycznie się kończą. Zostają w pamięci, w ciele, w sposobie podejmowania decyzji. Czasem potrzebują wielu lat, żeby można było opowiedzieć je sobie na nowo. Dla Martyny Wojciechowskiej takim momentem był wypadek z nocy z 20 na 21 października 2004 roku. Wtedy straciła Rafała, swojego przyjaciela i operatora, a sama doznała poważnych obrażeń, w tym złamania kręgosłupa. Dziś wraca do tamtego doświadczenia z perspektywy osoby o 20 lat starszej. Jak mówi, „historia zaczyna się w dramatycznym dla mnie momencie”, ale tym razem interesuje ją nie tylko to, co wydarzyło się wtedy, lecz także to, jak sama zmieniła się przez kolejne dwie dekady. Wspomina przede wszystkim poczucie bezsilności i pytanie, które długo za nią chodziło: dlaczego to właśnie ona przeżyła? To poczucie, że trzeba światu uzasadnić własne ocalenie, stało się jednym z motorów jej dalszego życia. Dopiero po latach mogła spojrzeć na tamten czas inaczej. „Przeżywanie traumy wtedy i 20 lat później wyglądało zupełnie inaczej” – mówi. W tamtym momencie nie miała diagnozy depresji, nie potrafiła też nazwać wszystkiego, co się z nią działo. Powrót do historii w książce „20 lat później. Przesunąć horyzont” jest więc nie tyle rozdrapywaniem przeszłości, ile próbą zrozumienia siebie sprzed lat. Wojciechowska od lat porusza się po świecie, w którym góry są czymś więcej niż tylko geografią. Są językiem, którym można opowiedzieć o życiu. W rozmowie z Joanną Olekszyk przekonuje, że każdy człowiek ma własny Everest – nawet jeśli nigdy nie założył raków i nie stanął na lodowcu. „Symbolicznym Everestem, o którym piszę w książce, nie musi być koniecznie wypadek, w którym ginie twój przyjaciel, a ty masz załamany kręgosłup. To może być rozwód, utrata pracy i każde inne trudne doświadczenie” – mówi. Ta metafora działa właśnie dlatego, że nie romantyzuje cierpienia. Nie każde życiowe wyzwanie jest spektakularne. Czasem największą górą jest coś, czego z zewnątrz właściwie nie widać. Podobnie jest z sukcesem. Zdobycie szczytu nie oznacza przecież, że od tej pory wszystko będzie już łatwe. Wojciechowska zauważa, że we wspinaczce można wejść bardzo wysoko, a potem odkryć, że zejście bywa równie wymagające. Na szczycie pojawia się zresztą kolejne pytanie: co dalej? „Mówi się w himalaizmie, że odnieść sukces to przeżyć” – przypomina. A chwilę później pojawia się zdumienie: skoro jestem tutaj, to ile jeszcze przede mną? Odpowiedź jest prosta i zarazem niewygodna: „żaden cel nie jest końcem drogi”.

    „Everestem może być rozwód, utrata pracy, każda trudna sytuacja”. Martyna Wojciechowska o wychodzeniu z traumy i źródłach swojej siły | „Kobiety rządzą”
  6. Oct 5

    Cała prawda o wypełniaczach: jak długo zostają w skórze? Czy zawsze dają efekt pillow face? Rozmowa z dr n.med. Dianą Kupczyńską | „Pod skórą”, odc. 3

    Wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego przeżywają w ostatnim czasie wizerunkowy kryzys. Wielu kobietom zaczęły kojarzyć się z nienaturalnym, przerysowanym wyglądem. Kontrowersje wzbudzają też coraz częstsze doniesienia na temat gromadzenia się wypełniaczy i ich zalegania w tkankach przez lata. Czy jest się czego bać? Wraz z lekarką medycyny estetycznej dr Dianą Kupczyńską ustalamy fakty i mity na temat wypełniaczy. Skąd się bierze efekt „nadmuchanej” twarzy? Wypełniacze bazujące na kwasie hialuronowym, choć wciąż chętnie stosowane przez lekarzy medycyny estetycznej, zaczynają tracić popularność wśród pacjentek. Kobiety boją się nienaturalnych efektów po zabiegu, ale i tego, że raz wstrzyknięta substancja zostanie w twarzy już na zawsze. Gościni 3. odcinka podcastu „Pod skórą”, dr n.med. Diana Kupczyńska, nie dziwi się tym obawom. – Widzimy zarówno wśród rodzimych, jak i zagranicznych gwiazd tak zwany overfilled syndrome. Jest to efekt „dopychania” często dużych objętości mocno sieciowanych preparatów. Takim flagowym przykładem są te wielkie policzki, takie piłeczki pingpongowe, które dają wrażenie, jakby ta skóra na wypełniaczu miała zaraz pęknąć. Dwa, optycznie oczy są wtedy bardzo małe i robi się taka półeczka pod oczami – mówi specjalistka. Dr Kupczyńska zauważa przy tym, że często problemem nie jest sam preparat, lecz podawanie go przez niekompetentną osobę, przy ignorowaniu naturalnych ograniczeń anatomicznych pacjenta. – Jeżeli ktoś na jednej sesji ma podane 20-30 mililitrów, objętość dla mnie nie do pojęcia rozumem, to nie ma możliwości, żeby ten efekt się długo utrzymał, bo człowiek nie jest z plasteliny – zauważa lekarka. – Nie da się w odpowiedniej warstwie anatomicznej „wepchać” po 5-6-10 mililitrów. Szczególnie jak ktoś jest drobny, ma drobną twarzoczaszkę. To stawia w zupełnie innym świetle popularne zdjęcia metamorfoz przed i po, na które tak często natykamy się w internecie. Jeśli po zabiegu wypełniaczami widzimy pacjentkę z zupełnie nową twarzą, o innych rysach i proporcjach – prawdopodobnie podano jej bardzo dużą ilość preparatu, który w przyszłości będzie wymagał ciągłych uzupełnień. A stąd prosta droga do overfilled syndrome. – To jest rola lekarza, takiego jak ja czy moich kolegów i koleżanek, żeby takim pacjentkom urealnić oczekiwania. A kiedy trzeba, to im odmówić. A kiedy trzeba, to skierować na konsultację psychologiczną, bo często osoby, które oczekują spektakularnej zmiany swojego wyglądu zabiegami z zakresu medycyny estetycznej, cierpią z powodu dysmorfofobii – tłumaczy dr Diana Kupczyńska. Z 3. odcinka podcastu „Pod skórą” dowiesz się także, jak długo wypełniacze na bazie kwasu hialuronowego mogą utrzymywać się w skórze, w które rejony twarzy nie powinno się ich podawać oraz dlaczego stymulatory tkankowej wcale nie są dla nich lepszą alternatywą. Podcast „Pod skórą” analizuje viralowe trendy w urodzie i medycynie estetycznej napędzane przez internetowe algorytmy. Prowadząca Aleksandra Urbaniak wraz z ekspertami omawia źródła najnowszych trendów, obala szkodliwe mity i ujawnia przemilczane fakty na temat zabiegów zyskujących popularność. To rozmowy dające zdrową perspektywę na obowiązujące standardy piękna wyznaczane przez social-media, które coraz częściej dyktują nam, jak wyglądać i co robić ze swoimi ciałami.

    Cała prawda o wypełniaczach: jak długo zostają w skórze? Czy zawsze dają efekt pillow face? Rozmowa z dr n.med. Dianą Kupczyńską | „Pod skórą”, odc. 3
  7. Oct 2

    „Od dziecka czułam się inna. Nie umiałam się dostosować”. Paulina Gałązka o diagnozie ADHD i uczeniu się siebie na nowo | „W czułym zwierciadle”

    „Krytyk wewnętrzny podlewany w dzieciństwie zawsze będzie” – mówi Paulina Gałązka w nowym sezonie podcastu „W czułym zwierciadle”, Małgorzaty Serafin . Aktorka opowiada o dorastaniu z poczuciem niedopasowania, późnej diagnozie ADHD i spektrum autyzmu, maskowaniu, które przez lata pozwalało jej funkcjonować, ale także o cenie, jaką za to płaciła. Neuroróżnorodność nie ma jednego wyglądu. U Pauliny splatają się różne doświadczenia związane zarówno z deficytem uwagi, jak i nadaktywnością psychoruchową. Szczególnie wyraźnie widać to przy czynnościach, które jej nie interesują. Sprzątanie, zakupy czy zwykłe „ogarnianie życia” nie są dla niej neutralnymi, automatycznymi elementami codzienności. Kiedy zadanie jest nudne, utrzymanie uwagi wymaga świadomego wysiłku. Z kolei praca, która ją angażuje, może uruchamiać zupełnie inny poziom koncentracji i energii. Ta różnica jest jednym z powodów, dla których o ADHD coraz częściej mówi się nie tylko w kontekście trudności, lecz także specyficznego sposobu zarządzania uwagą, energią i zainteresowaniem. Nie chodzi o prosty podział na „potrafię się skupić” i „nie potrafię się skupić”. Znacznie częściej pytanie brzmi: na czym, w jakich warunkach i jakim kosztem jestem w stanie się skupić? „Zaproszenie równa się obrażenie” Neuroróżnorodność wpływa również na relacje. Paulina z czasem nauczyła się, że łatwiej jest jej utrzymywać przyjaźnie z osobami, które zna od lat. Nowe relacje bywają trudniejsze, szczególnie kiedy równocześnie pojawia się nowy projekt zawodowy. Aktorka opisuje swój schemat z dużą autoironią. Kiedy angażuje się w nowe przedsięwzięcie, potrafi niemal całkowicie zniknąć z życia towarzyskiego. Jej mąż określił to żartobliwie: „zaproszenie równa się obrażenie”. Za dowcipem kryje się jednak ważna obserwacja – neuroróżnorodność może wpływać także na to, jak gospodarujemy społeczną energią i jak utrzymujemy kontakt z bliskimi. Od mieszkania bez bieżącej wody do Łódzkiej Filmówki Historia Pauliny Gałązki to jednak nie tylko opowieść o diagnozie. To również historia ambicji, determinacji i decyzji podejmowanych wbrew temu, co inni uznawali za rozsądne. W liceum usłyszała od wychowawczyni, że ze względu na pochodzenie z ubogiej rodziny nie powinna wybierać szkoły aktorskiej. Miała zająć się mamą i zdobyć „porządny zawód”. Początkowo posłuchała tej rady. Wybrała stosunki międzynarodowe i nawet zaczęła się w nich odnajdywać. Po roku przyszedł jednak kryzys, a wraz z nim pytanie o własne życie. Czułość zamiast naprawiania siebie W historii Pauliny szczególnie mocno wybrzmiewa zmiana perspektywy. Przez lata próbowała znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego nie działa tak jak inni. Dziś ważniejsze staje się dla niej pytanie, czego potrzebuje, żeby działać po swojemu i jednocześnie dobrze funkcjonować w świecie, który nie zawsze jest projektowany z myślą o osobach neuroróżnorodnych. Jej opowieść nie jest więc historią o diagnozie, która nagle wszystko wyjaśnia. Jest raczej zapisem procesu – od poczucia bycia „czarną owcą”, przez rozpoznawanie własnych trudności, aż po budowanie sposobów, które pozwalają lepiej zarządzać codziennością, pracą i relacjami. Także bez rezygnowania z ambicji. W tle pozostaje jeszcze historia mamy, którą Paulina nazywa fighterką. Kobiety, która samotnie wychowała dwie córki i mimo bardzo trudnych warunków – dziewczynki mieszkały w domu bez bieżącej wody – musiała zrezygnować z własnych marzeń. Dla Pauliny ta pamięć stała się częścią własnej motywacji: żeby nie odkładać życia na później i nie pozwolić, by cudze wyobrażenia o tym, co „rozsądne”, zdecydowały za nią. W nowym sezonie podcastu „W czułym zwierciadle” Małgorzata Serafin, dziennikarka, rozmawia z twórcami, artystami oraz przedstawicielami świata biznesu o ADHD. Bez upraszczania tematu do internetowych etykiet i bez sprowadzania ADHD wyłącznie do problemów z koncentracją.

    „Od dziecka czułam się inna. Nie umiałam się dostosować”. Paulina Gałązka o diagnozie ADHD i uczeniu się siebie na nowo | „W czułym zwierciadle”
  8. Oct 2

    „Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?”. Joanna Chmura o tzw. mental load i sztuce odpuszczania | „Słowo do słowa”, odc. 13

    „Nie chciałabym wrócić do etapu, kiedy moje życie jest na końcu. Dlaczego tak sobie robimy?” – pyta Joanna Brodzik w rozmowie z psycholożką Joanną Chmurą. I trudno o pytanie bardziej aktualne. Bo przecież wiemy, że jesteśmy zmęczone. Wiemy, że lista rzeczy do zrobienia nigdy się nie kończy. A jednak wciąż dokładamy sobie kolejne zadania, przejmujemy odpowiedzialność za innych i z poczuciem winy próbujemy znaleźć czas dla siebie. Dlaczego tak trudno po prostu odłożyć telefon, usiąść i przez chwilę niczego nie robić? Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy. Nie tylko robimy. Cały czas myślimy Zmęczenie nie zawsze bierze się z liczby obowiązków. Czasem bardziej wyczerpuje nas to, że przez cały dzień jesteśmy ich centrum dowodzenia. Pamiętamy o terminach, zakupach, wizytach, rachunkach, urodzinach, potrzebach dzieci, partnera, rodziców i znajomych. Nawet kiedy fizycznie odpoczywamy, głowa nadal pracuje. Właśnie na tym polega mental load – obciążenie psychiczne związane nie tylko z wykonywaniem zadań, lecz także z pamiętaniem o nich, przewidywaniem kolejnych kroków i pilnowaniem, żeby niczego nie przeoczyć. „Polega to na tym, że w głowie ciągle przerabiamy informacje, żeby nadążyć ze wszystkim, i układamy to jak w szachach” – tłumaczy Joanna Chmura. W efekcie można siedzieć na kanapie, a jednocześnie mentalnie biegać maraton. Problem zaczyna się wtedy, gdy taki stan przestaje być wyjątkiem, a staje się codziennym trybem funkcjonowania. Bo skoro zawsze jest coś do zrobienia, odpoczynek zaczyna wyglądać jak luksus, na który trzeba sobie najpierw zasłużyć. Skąd się bierze potrzeba, żeby wszystko było na naszej głowie? Joanna Brodzik pyta w rozmowie, dlaczego tak często stajemy się menadżerkami własnego domu i życia całej rodziny. Odpowiedź nie jest jednak tak prosta, jak mogłoby się wydawać. Nie chodzi wyłącznie o perfekcjonizm czy brak umiejętności delegowania. W grę wchodzą również przyzwyczajenia, rodzinne wzorce i przekonania dotyczące tego, co znaczy być dobrą partnerką, matką, córką czy przyjaciółką. Joanna Chmura zwraca uwagę, że nasz układ nerwowy może przyzwyczaić się do funkcjonowania w trybie działania. Szczególnie wyraźnie widać to w macierzyństwie: przez lata jesteśmy potrzebne niemal bez przerwy, więc nawet kiedy sytuacja się zmienia, ciało i głowa nadal pozostają w gotowości. Działanie staje się automatyzmem. A kiedy automatyzm zaczyna być tożsamością, pojawia się znacznie trudniejsze pytanie: kim jestem, kiedy niczego nie organizuję, nie załatwiam i nikomu nie pomagam? „Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?” W kulturze produktywności bezczynność ma zaskakująco złą reputację. Odpoczynek powinien być efektywny, najlepiej regeneracyjny, zaplanowany i wpisany do kalendarza. Nawet relaks potrafimy zamienić w kolejne zadanie do odhaczenia. „Jest wstyd wokół bezruchu i przegięte zostało to w stronę, że wszystko musi być w ruchu” – mówi Joanna Chmura. Przypomina przy tym o najbardziej oczywistym mechanizmie natury: serce, płuca, oczy – wszystko działa w rytmie napięcia i rozluźnienia, otwierania i zamykania. My natomiast próbujemy funkcjonować tak, jakby cały czas trzeba było być „włączonym”. Dlatego zwyczajne poleżenie na kanapie może być czymś więcej niż lenistwem. Może być potrzebnym momentem wyhamowania. Problem w tym, że dla wielu osób właśnie wtedy pojawia się niepokój. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że w biegu zyskujemy: więcej robimy, więcej kontrolujemy, jesteśmy potrzebne. Koszt ujawnia się dopiero po czasie. „Tracimy siebie, ale też każdy traci coś innego” – mówi Joanna Chmura. Dla jednej osoby będzie to spontaniczność. Dla innej sen, relacje, zdrowie, seks, twórczość albo zwyczajna przyjemność z nicnierobienia. Możemy też stracić kontakt z własnymi potrzebami, bo przez lata łatwiej było odpowiedzieć na pytanie „czego potrzebują ode mnie inni?” niż „czego ja właściwie potrzebuję?”. Sponsorem odcinka jest NIVONA, producent automatycznych ekspresów do kawy.

    „Kim jestem, jak nie pomagam wszystkim?”. Joanna Chmura o tzw. mental load i sztuce odpuszczania | „Słowo do słowa”, odc. 13

Ratings & Reviews

4
out of 5
4 Ratings

About

„Zwierciadło Podcasty” to rozmowy o psychologii, kulturze, wychowaniu, podróżach i dobrym życiu. Naszymi gośćmi są znani eksperci, badacze oraz ludzie zaangażowani w promocję aktualnej i sprawdzonej wiedzy ze wszystkich tych dziedzin.

You Might Also Like