Akademia Płodności

Akademia Płodności

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.

  1. May 26

    #101 Dzień Mamy- dlaczego może być taki trudny

    Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności  Zapraszamy do wysłuchania podcastu.  Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań.  Ania:  Dzień dobry w kolejnym podcaście. Naszą gościnią w dzisiejszej rozmowie jest Anna Wietrzykowska, psycholog niepłodności.  Zosia:  Z Anią mieliście okazję usłyszeć się już wcześniej w naszych podcastach. Mamy nagrany też jeszcze jeden materiał, który opublikujemy prawdopodobnie po Dni Mamy.  Super Aniu gościć Cię tutaj dzisiaj. Dlatego że jesteśmy w takim dniu, który wiele z nas, staraczek, obrało sobie jako taki dzień, który jest pełen bólu, który jest bardzo ciężki, o którym marzą, żeby już móc go obchodzić ze swoimi dziećmi, na które tak bardzo czekają. I w sumie to może na początek powinnyśmy Cię zapytać, dlaczego tak to jest, że ten dzień jest taki trudny?  Anna Wietrzykowska: Myślę sobie o tym, że ten dzień mamy, to jest taki dzień, którym cały świat przypomina właśnie o tym doświadczeniu. I dla pacjentek, dla pacjentów, którzy są w trakcie leczenia niepłodności, którzy właśnie idą w kierunku swojego dziecka, ale jeszcze po drodze nie mają tego swojego dziecka, to ta celebracja tego macierzyństwa, rodzicielstwa jest bardzo trudna, bo to jest trochę takie cały czas przypominanie, gdzie ja jestem, a gdzie są inni.   Niepłodność to jest ogólnie taka choroba, która bardzo odgradza od innych, od znajomych, od rodziny, która wprowadza pewną różnicę. I myślę sobie, że właśnie w takich sytuacjach świątecznych, tych szczególnych dni, to jest jeszcze bardziej takie oddalające od bliskich. Więc tu na wielu poziomach dochodzi do takich trudności.   I tych relacji z najbliższymi, i też takich relacji tego, co się dzieje w nas, jak jesteśmy w trakcie leczenia, a jeszcze tego dziecka nie ma i nie wiadomo, czy ono będzie.    Ania: Dlaczego ten dzień mamy jest takim trochę deadline’em? Wyobrażamy sobie, to jest jeden z takich wielu deadline’ów podczas starań, gdzie na tej osi starań jest właśnie bardzo ważnym momentem, który pojawia się. I dlaczego tak jest?  Zosia: Ja jeszcze tutaj dodam tylko od siebie, że drugim chyba, który może stawać w konkury, bo nie wiem, czy jesteśmy w stanie to zestawić na równi, ale drugim takim bardzo ciężkim momentem to są święta, kiedy te starania są o wiele bardziej odczuwalne. No i wyobrażamy sobie bardzo często też, że dajemy ten wymarzony prezent na przykład z okazji urodzin męża i tam w tym pudełeczku będzie czekał ten test ciążowy w końcu z dwoma kreskami. I ten dzień mamy też jest taki deadline w naszych głowach.    Anna Wietrzykowska:  To zależy, jak bardzo my się też identyfikujemy z tymi wyobrażeniami, jak mocno w nim wchodzimy, czy my trochę uciekamy w ten świat fantazji i w nim zostajemy, czy my jakoś natarczywie, kompulsywnie na przykład wyobrażamy sobie, że to nas jakoś pominie, że będziemy tylko cierpieć. Właśnie jest bardzo ważne przeanalizować treść tych wizualizacji, ale też kontekst, kiedy one się pojawiają, jaką one rolę spełniają. Natomiast jeżeli to są takie wyobrażenia takie bardzo swobodne, po prostu występują przy okazji, na przykład zobaczymy w sklepie jakiś mały bucik i gdzieś tam nasze myśli podążą w tym kierunku, czyli spontanicznie w odpowiedzi na bodziec. Myślę, że to jest łagodne i takie bardzo ludzkie, bo przecież w tą stronę idziemy, w kierunku własnego dziecka.   Ania:  Dobrze, Aniu, a powiedz nam proszę, czy te wizualizacje jest to coś, co może nam pomóc podczas starań, czy raczej staramy się unikać wyobrażania sobie siebie?  Anna Wietrzykowska:  Ja może dodam, że w medycynie z wizualizacji się korzysta u pacjentów np. onkologicznych, pacjentów przed zabiegami. Wizualizacja jest bardzo dobrym narzędziem, ale np. w psychoonkologii pracuje się z pacjentami w ten sposób, że np. niekoniecznie się bazuje na tym, żeby pacjent wyobrażał sobie, że wyzdrowiał, albo wyobrażał sobie, że to nie idzie w dobrym kierunku. Odrywa się od końca, czyli np. wizualizacja u pacjenta wtedy polega na tym, aby wyobraził sobie, jak gdzieś jest, w jakimś miejscu, jest ta stereotypowa plaża, albo jest w górach, albo znowu jest w jakimś takim miejscu ze swojej przyszłości, które jest dla niego ważne, ulubiony fotel, może jakiś las. Dlaczego to jest ważne? Wówczas układ nerwowy trochę przechodzi z tego trybu walcz lub uciekaj, który często się uruchamia w chorobie i tak samo się uruchamia, gdy my myślimy uporczywie, czy ja będę tą mamą, czy nie, bo to też jest stresogenne na zasadzie tak albo nie. U nas wtedy przechodzi z reakcji walcz lub uciekaj na takie bardzo neutralne funkcjonowanie, takie bezpieczne funkcjonowanie. I on się skupia na bodźcach, bo w tych wizualizacjach bardzo ważne jest wyobrażenie sobie bodźców. Co pacjent widzi, co pacjent słyszy, jaki zapach się unosi, czy np. zapach sosen, jak idzie przez tę ścieżkę leśną. I takie wizualizacje, które pomagają układowi nerwowemu odpocząć, one są medycznie bardzo wspomagające proces leczenia, więc zakładam, że takie wizualizacje, tak jak ty powiedziałaś może o tych stokrotkach, o kwiatach, które się kojarzą z majem i takie wejście trochę sensorycznie w ten obraz może być jakoś na plus.   Zosia:  Ja jak słucham tak o tych wizualizacjach, to muszę wam powiedzieć, że jest mi, i zawsze było, z nimi tak trochę nie po drodze. Próbowałam je oswoić na pewnym etapie swojego życia, wiedząc, że mogą być jakimś tam narzędziem, które mnie zagrzeje do walki, zmobilizuje, da mi po prostu jakąś inną optykę taką, z której będę mogła skorzystać i wyciągnąć coś dla siebie. Ale tak serio, to albo po prostu nie wiedziałam, jak z nich korzystać i nie robiłam tego właściwie, albo one mi się wydawały takie trochę od czapy, oderwane od rzeczywistości trochę, bo w ogóle sam temat wizualizacji jako czegoś takiego, z czego można korzystać i postarać się przekuć na swoją, jakby wiecie, tę szalę na swoją stronę, pojawił się w moim życiu dawno, bardzo temu, naprawdę bardzo dawno temu, myślę, że to mogło być około 20 lat, może nawet. Jak spotykałam się, pamiętam, z takim chłopakiem, który miał bardzo fajną mamę i ja z tą jego mamą spędzałam naprawdę dużo czasu i rozmawiałyśmy sobie otwarcie na bardzo wiele różnych tematów i podczas jednej z takich dyskusji temat zszedł na to, że ona pokonała swój ogromny lęk przed jeżdżeniem samochodem, jeżdżeniem do Warszawy, więc do takiego, wiecie, ruchliwego, dużego miasta, skomplikowanego dość do poruszania się samochodem, szczególnie dla osoby, która ma jakieś opory w tym temacie. I pamiętam, jak ona powiedziała mi wtedy, że tak bardzo zależało jej na tym, żeby jeździć do tej pracy, bo dostała taką naprawdę spoko posadę. Prawie równie bardzo jej zależało na tej pracy, co równie bardzo się bała dojeżdżać do niej samochodem i że wtedy skądś dowiedziała się o takiej metodzie na wizualizację i że bardzo pomogło jej wyobrażanie sobie siebie w jakimś zarąbistym, wypasionym, czerwonym cabrio, w którym właśnie podjeżdża do tej pracy i trochę tak jakby dzięki tej pracy go ma i że, wiecie, że to była taka wizja, która jak się bała, to sobie siebie wyobrażała w tej furze i jakoś tak bardziej się mobilizowała do tego, żeby próbować jej zaciskać zęby i kolejny raz mimo swoich lęków to przezwyciężać. I to wtedy zabrzmiało sensownie, chociaż pamiętam, że jak ja próbowałam jakkolwiek z tego skorzystać, to było mi ciężko. I powiem wam, bo chcę wam powiedzieć tę anegdotę w takim kontekście, jeśli nie czujecie się z tym bardzo po drodze, to to chyba też jest okej. Zaraz, Aniu, mam nadzieję, że nam więcej powiesz trochę o tych narzędziach do wizualizacji i może o tym, jak z tego korzystać. Ale chcę wam powiedzieć o tym, że jedyną taką myślą, która naprawdę zagrzywała mnie do walki, to była właśnie podczas starań. Dlatego że ja nie wiem, dlaczego mi się to tak utarło w głowie, natomiast bardzo, ale to bardzo marzyłam o tym, żeby kiedyś to moje jeszcze nieistniejące dziecko przyniosło mi w swoich łapkach taki niedbale zerwany bukiet stokrotek.  Taki wiecie, jak to wyobrażałam sobie, że małe dzieci zrywają, czyli jedna to sama główka stokrotki i druga to jakaś łodyga ze źdźbłem trawy, może jakiś kawałek mlecza czy koniczyny i po prostu te łapki, które niosą taki niedbały bukiet stokrotek, wydawały mi się takim moim prywatnym po prostu szczytem Mount Everestu, na który wciąż się wspinałam i wiedziałam, że jeśli tam na górze, na szczycie czeka ta nagroda, to po prostu warto mimo wszelkich przeciwności, które będą gdzieś, jak te kłody pod nogami narzeć i dzielę się z wami tym przemyśleniem, tą anegdotą, dlatego że nie zawsze łatwo w te wizualizacje, tak mi się wydaje, że to nie musi być takie easy game, żeby z tego korzystać.   Ania:  Ja się postawię trochę, stanę się tą Anią, którą byłam powiedzmy w okolicy połowy starań, kiedy musiałabym dojrzeć do tego, co tutaj zostało powiedziane i ja w ogóle nie szukałam żadnych metod pomocy sobie, wręcz przeciwnie, czułam całą sobą, że ja ten stres łyknę, łyknę tą gonitwę, przecież zaraz będę w ciąży, zaraz to minie. Trochę mi się to wydaje takie nieprawdopodobne, nie dla mnie, wręcz czuję taką złość na to, na to, co słyszę, na to, że mam sobie coś wyobrażać. Wiecie, nie wierzę, tamta Ania w to nie wierzy.  Anna Wietrzykowska:  Ono cały czas zostawia ciebie w stresie, bo zobaczcie, czy to dziecko będzie, czy ni

    26 min
  2. 09/24/2025

    #100 Adopcja – droga do rodzicielstwa oczami Pauliny

    Podążanie za marzeniami czasem brutalnie kładzie na kolana. W mozolnym trudzie podnoszenia się z nich, w obawie przed kolejnym upadkiem szukacie filarów, o które możecie oprzeć swoje nadzieje. W poszukiwaniu drogi do macierzyństwa chcecie zbudować most do źródła, w którym płynie rozpoczęta już wcześniej historia. Historia, która także szuka oparcia dla swoich nadziei na przyszłość.   Jak połączyć dwa światy, które tak bardzo potrzebują siebie wzajemnie? Czy można ugasić pragnienie macierzyństwa i rodzicielstwa, pijąc ze źródła adopcji?  Czy podążanie za swoimi marzeniami może być samolubne, szlachetne i altruistyczne jednocześnie?   Zapraszamy do wysłuchania podcastu.  Plan odcinka Nasza droga do płodnej nadziei Adopcyjny test ciążowy i pierwsze zdjęcie USG – czy to możliwe?  Uroki rodzicielstwa adopcyjnego – wszyscy jesteśmy tacy sami Żyćko kołem się toczy, czy gdzieś zapisany plan?   Zosia.: Hejka. Dzisiaj wyjątkowo słyszycie tylko mój głos, bo Aniusia zaniemogła i jest troszkę chora, a umówiłyśmy się dzisiaj na nagrywki z wyjątkową osobą, dlatego bardzo nie chciałyśmy ich przekładać.    Przed chwilą skończyłam nagrywać podcast z Pauliną… teraz, jak to mówię, to się uśmiecham:) (możecie to usłyszeć), ale przed chwilą byłam nieźle spłakana i chciałabym Was na to przygotować, że ten podcast, który nagrałyśmy jest tak bardzo prawdziwy, jest tak bardzo ludzki.    Paulina jest mamą adopcyjną i o tym właściwie była ta rozmowa, ale jak zdecydujecie się jej zaraz przesłuchać, to usłyszycie, że była również o wielu innych bardzo pobocznych tematach.   Nagrywam ten wstęp, bo cała nasza rozmowa… w tej całej naszej rozmowie byłam tylko tłem i bardzo nie chciałam się wcinać Paulinie w jej historię, bo Ona po prostu płynęłam z tym tematem. Ona sama była reżyserką tego podcastu – właściwie można tak powiedzieć. I, mimo że wcześniej z Anią przygotowałyśmy bardzo wiele pytań, zostawiłyśmy Wam nawet na Instagramie okienko do ich zdania, to Paulina większość z nich zamknęła w swoim (można powiedzieć) monologu. Więc zrobiła to w swoim tempie, na swoich zasadach, dokładnie tak, jak chciała, do tego stopnia, że muszę Wam dograć ten wstęp, bo po prostu, jak się połączyłyśmy to, zaczęło się flow i zaczęła płynąć i nie miałam nawet serca, żeby jej przerywać. I po to ten wstęp, żeby zaprosić Was do niesamowitej rozmowy i do wspaniałego świata rodziców adopcyjnych, którego głosem dzisiaj – takim frontmanem – była właśnie Paulina, która jest mamą w tym całym zgranym teamie (zespole).  Bardzo, bardzo serdecznie zapraszam Was do świata Tej Rodziny i tej drogi do rodzicielstwa, do macierzyństwa, a Paulinie… Paulinko Tobie, (co mówiłam już przed chwilą) jestem Ci szalenie wdzięczna i tak bardzo z Ciebie dumna, za to, że dałaś radę i zechciałaś, i przelałaś tyle Waszej historii do świata Internetu, i do tego, żeby stał się teraz takim publicznym głosem. Wierzę w to, że zbierze to przeogromne plony.    Zapraszam Was bardzo do rozmowy z Pauliną.   Cześć. Tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.   Nasza droga do płodnej nadziei   Zosia: No dobrze. To zaczynamy Misiaku dobra? Paulina: Dobra. Więc zaczęłam sobie takim pięknym cytatem, że “piszesz kolejny rozdział swojego życia, więc… Wow! Szybko się zaczyna… Z.: Spokojnie, na luziku… P.: W sensie… to będzie emocjonujące, bo… to może inaczej…. Każdy ma plan na swoje życie. Prawda? Więc jak (my) bardzo szybko wzięliśmy ślub, bardzo… W sensie, byliśmy młodziakami i wszyscy wtedy zakładali, że jestem w ciąży, bo kto bierze ślub w wieku 23 lat.  Nie byłam w niej (w ciąży)…  Nie byłam w niej tak naprawdę nigdy.  Plan zakładał bliźniaki i od początku twierdziliśmy, że na pewno kiedyś adoptujemy dziecko. Więc w sumie, w planie początkowym ta adopcja była właściwie naturalna i oczywista. Ten plan legł w gruzach po, tak naprawdę myślę, że takich bitych ośmiu latach takiej walki. Takiego odbijania się od lekarzy. Takiego szukania pomocy właściwie wszędzie. No i tak trafiłam na Akademię Płodności. Więc Akademia Płodności również była jedną z części naszej walki, bo chyba mogę nazwać to walką. Ale Akademia Płodności pomogła mi (na pewno) w wyregulowaniu moich wyników. Po tak dużej ilości badań, zabiegów i w ogóle. Badań drożności jajowodów, zabiegów u mojego męża, gdzie wykonaliśmy absolutnie wszystko, o co nas lekarze prosili. Akademia Płodności i Wasza dieta pomogła mi na pewno uregulować moje wyniki. Więc tutaj w ogóle było ,,chapeau bas (kapelusze z głów), brawo, super, że Pani tak zrobiła”. Więc zadbałam o swoje zdrowie dzięki Wam – to na pewno. I tak sobie kiedyś marzyłam, że będę tym jednym, takim puzzelkiem, takim kafeleczkiem na Instastory, że ,,nam też się udało”. A oto proszę… nagrywam podcast, mam swój własny post u Was, na Waszym profilu. Więc to jest ukłon w Waszą stronę, że tak naprawdę działacie po to, żeby wszystkie te pary, które tak marzą o dziecku, mogły spełnić swoje marzenie. A my jesteśmy trochę inną historią, a mimo wszystko pamiętacie też o takich osobach. I Instagram łączy ludzi. Czego przykładem jesteśmy teraz, i Instagram łączy ludzi, bo przez przypadek trafiłam na konto jednej z dziewczyn… kobiet. Nie chciałabym podawać nicku (jej danych), bo nawet nie zapytałam, czy mogłabym to zrobić. Więc zostawię ją – jeśli będzie tego słuchała, będzie wiedziała, że to o Niej mówię i wszyscy bliscy moi będą wiedzieli, że to o Niej mówię. Bo dzięki Niej, ta adopcja i to wszystko, co się wokół niej kręciło, cały proces – ciężki proces tak naprawdę, i to co teraz też się dzieje, że wiem, że nie jestem sama, że nie zwariowałam, że to wszystko, co czuję jest oczywiste, że wszyscy ludzie, którzy adoptowali dzieci mogą mieć takie odczucia. Nie jestem dziwnym człowiekiem, jeśli to wszystko czuję i cały ten proces adopcji, też dzięki Niej, był (dla mnie), był taki lżejszy trochę chyba. Mogłam się podzielić, że ja mogłam się zapytać. Ona jest mamą dwóch chłopców. Już takich dużych chłopców. Jeden, to jest nastolatek, a drugi to taki pierwszak albo drugoklasista, ale nie pamiętam już teraz. W każdym razie chłopcy już są starsi, więc Ona jest już bardziej doświadczoną mamą adopcyjną niż ja, bo u nas historia dopiero zatacza swoje dwuletnie koło, więc to dość świeże. Tak naprawdę, wracając do tego wszystkiego, co nas spotkało, no to może… nie to, że się poddaliśmy. Daliśmy sobie chyba spokój. Nie mieliśmy już zasobów chyba też takich zdrowotnych – psychicznie. Trochę nie mieliśmy już też zasobów finansowych, żeby pomyśleć w ogóle… chociaż, może tak powiem. Lekarze odradzali nam in vitro i inseminację, tzn. “in vitro może byście się zastanowili, ale inseminacja to w waszym przypadku jest kompletnie bez sensu”. No dobra, no to w takim razie na początku było, że na in vitro nie mamy kasy, a później myśleliśmy: da się tę kasę zorganizować, tylko czy my chcemy? Czy my jeszcze damy radę, czy jakby jeszcze to dźwignę? Bo jak to się nie uda, to ja się już kompletnie załamię i poddam. No i daliśmy sobie spokój w ogóle z tym pomysłem.    Więc naturalną koleją rzeczy… (przepraszam, użyję chusteczki…), było to, że idziemy w adopcję. Zaczęliśmy szukać ośrodka. Jeden nas tak, może trochę zbył. Trochę rozczarował. A drugi ośrodek był takim strzałem w dziesiątkę. No i w tym ośrodku poznaliśmy pięć cudownych par. I uwaga, cała ekipa już jest w komplecie. Cała! Mamy 5 swoich wspólnych takich dzieciaczków, łącznie oczywiście z naszym synem i spotkaliśmy się całkiem niedawno, bo na początku czerwca. Wszyscy się poznaliśmy. Więc to było takie turbo wzruszające, że jakby możemy się tym podzielić ze sobą. Bo jednak to łączy. Nikt Cię nie zrozumie lepiej niż osoba, która wie, co czujesz i przeżywa bardzo podobne kwestie. Więc my przeżyliśmy mnóstwo ciąż dzieciaków w rodzinie, u znajomych. Z takich bardzo bliskich znajomych jesteśmy jedyni, którzy taką drogę przeszli. Jedna koleżanka również. Słuchałam wczoraj Waszego podcastu „Jak poinformować o ciąży”, i miałam dosłownie przed oczami to, jak z jedną z nas byłyśmy na tym samym etapie: my wykupowałyśmy Wasze diety wspólnie i jej się udało… A nam nie… I chyba to była dla mnie jedna z takich cięższych informacji, że przecież robimy dokładnie to samo. I absolutnie… Moja najbliższa przyjaciółka, która też się zmaga w ogóle też z zupełnie innymi chorobami i jej też się udało. I tutaj miałam takie: Boże, jak to cudownie (że się udało), bo Ona po prostu też musi tyle pokonać, też jakby poświęca swoje zdrowie, żeby mieć tego Maluszka. I jej córeczka jest piękną czterolatką. I tu było mi dużo łatwiej. A chyba idąc równoległą walką i jedni idą do góry, udaje im się, a ja zostaję w tym punkcie – i jest takie: O! Oł. Jakby… Co ja mogę więcej?! Robiłam dokładnie to samo co Ona i dlaczego ja nie (jestem w ciąży)? Ale wiem, że jej też było trudno nas o tym poinformować i wczoraj ten podcast Wasz, tak sobie odsłuchiwałam, bo tak sobie odsłuchiwałam Wasze podcasty… trochę odświeżałam. Było to takie, kurcze… jej też było trudno. Jakby wiem, że wszystkim, którzy byli koło nas (i są nadal), to też nie musiało być tak łatwo być z nami w tym, nie do końca wiedząc co czujemy, a jednak nas wspierać. I cały proces adopcyjny to trochę zweryfikował

    1h 16m
  3. 07/10/2025

    #099 – Jak powiedzieć o ciąży

    Dotykamy dla Was niełatwego tematu, o tym gdy coś Wam ciąży na wieść o CIĄŻY.   Zdarza się, że w życiu Staraczy pojawia się pewnego rodzaju emocjonalny dysonans za sprawą “ciąży” bardziej lub mniej bliskiej Wam osoby. Kiełkująca wówczas radość, wpada na jedną szalę z zazdrością, chwiejąc dobrze wyważoną dotychczas relacją. Odnalezienie równowagi może być trudne, szczególnie gdy o tak ważnym momencie informuje Was świat lub powiększający się obwód w pasie, a nie bliska (jak Wam się wydawało) osoba. Często pytania “jak powiedzieć” i “jak przyjąć” wiadomość o ciąży sprawiają wiele trudności po obu stronach tej niecodziennej barykady. Czy jednak trud ten się opłaca? Czy warto walczyć o relację, gdy ktoś stawia pomiędzy Wami mur? Jak podzielić przestrzeń do wzajemnych emocji i nie zamieniać jej w przepaść nie do przejścia. Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka „Chcę Ci coś powiedzieć…” co czujemy, gdy ktoś mówi o ciąży  Czy da się powiedzieć tak, żeby nie bolało? Radość spotyka ból i co wtedy? Gdy szczerość boli mniej niż cisza Dwie historie, dwa zakończenia Relacja czy mur Nikt nie ma jednej recepty… Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI  Ania: O jakie masz skarpety w serca. Zosia: Bo ja jestem pełna miłości dla świata. A.: No fajne, fajne – ładne skary. Tu się bardzo dużo dzieje w tym biurze. Z.: I pan za oknem też kosi trawę, więc mamy nadzieję, że tego nie słychać… A.: Buła (piesek) walczy z posłaniem.   Z.: Bułę to możemy eksmitować stąd w każdym momencie, ale pana za oknem… A.: Nie bardzo… ale słychać, że wiosna… Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Wartość rozmowy i pokładane w niej nadzieje, gdy ktoś jest “przy nadziei”  A.: Dzisiaj poruszymy temat tego, jak powiedzieć komuś o ciąży i o tym porozmawiamy, bo pytań (jest wiele), a to pytanie pojawia się na naszej skrzynce często i uznałyśmy, że fajnie by było mieć możliwość odesłania do naszej rozmowy na ten temat. Pytania, które zadają te osoby dane, są w ciąży na przykład po długich staraniach i zachodzą w ciąże, i boją się powiedzieć osobie, która towarzyszyła im podczas starań, i również stara się o dziecko. Czyli również mierzy się z tematem niepłodności. Często piszą również do nas osoby, które nie mierzyły się z niepłodnością, a które chcą podzielić się informacją o ciąży z osobą właśnie która się mierzy z niepłodnością, natomiast nie wiedzą właśnie, w jaki sposób to zrobić, żeby było jak najlepiej. Z.: No i teraz po takim pięknym wstępie pasowałoby tutaj teraz powiedzieć, że: ale my znamy na to sposób i dzisiaj Wam powiemy, w jaki sposób możecie się tym podzielić, żeby to było lekkie łatwe, i przyjemne. I teraz takie tutututu… Nie ma takiego sposobu. A.: Myślę, że tak. Myślę, że każdy po naszej rozmowie – być może znajdziecie po prostu odpowiedni sposób na to, jak to zrobić w Waszym życiu, natomiast czy jest taki złoty środek? Nie wydaje mi się. Z.: Ja bym w ogóle powiedziała od razu, że go nie ma. Od tego bym zaczęła, bo ten podcast mógłby się spokojnie nazywać: jak nie zrobić tego najgorzej na świecie, ale nie wyobrażajcie sobie please (proszę), chociaż bardzo byśmy chciały być w posiadaniu takiej wiedzy, że my tutaj Was dzisiaj oświecimy – jak powiedzieć o tym osobie starającej się o dziecko, tak żeby jej to nie dotknęło i żeby była zadowolona. Bo sorry (przepraszam), na 99% mogę powiedzieć, że na pewno będzie to dla niej druzgocąca (w pewien sposób) informacja, bo to będzie także ta jej jedna z osobowości, jedna z jej stron będzie się bardzo cieszyć z Wami, a druga będzie bardzo cierpieć, bo to nie ona będzie tą osobą dzielącą się tym szczęściem. To jest wydaje mi się, że zrozumienie tego i nie oczekiwanie od siebie, i od tej drugiej strony tego, że my to zrobimy najlepiej na świecie, a ta druga strona to przyjmie najlepiej na świecie – będzie chyba najbardziej odpowiednim podejściem po prostu.  Chcesz coś dodać jeszcze?   A.: Tak, bo wyobrażałam sobie taką sytuację i teraz zwizualizowałam sobie w swojej głowie… natomiast ta sytuacja się wydarzyła. Ponieważ jedna (z naszych obserwatorek), bo być może poruszyłyśmy to w mailu bądź w innej formie naszych działań – teraz nie przypomnę sobie, czy – na rolkach na naszym Insta ten temat i tak mi utkwił w pamięci. Jedna osoba, jedna z Was napisała do nas, że informując o ciąży swoją bliską kobietę starającą się o dziecko powiedziała jej (później będziemy jeszcze rozmyślać na dalszym etapie, czy w ogóle niemówienie o tym jest dobre) powiedziała o tym, jednocześnie mówiąc: jeżeli masz ochotę, to płacz teraz razem ze mną, będę przy Tobie. Zrobiła miejsce na wszystko to, co może się kryć za tą informacją. Myślę, że takie zrobienie przestrzeni na emocje tej drugiej osoby i jakby zaakceptowanie tego, że jakby dzielimy te emocje na pół, że to nie będzie samo moje szczęście i nie oczekuje od Ciebie tego, że Ty będziesz skakać ze mną ze szczęścia tylko spotkania się na środku emocji każdej z nas. Może, nawet jeżeli nam na tej osobie bardzo zależy to zrobienie przestrzeni na jej emocje, że tę radość możemy przeżywać, może np. z mężem.  Fajnie by było, gdybym mogła cieszyć się wszystkim z tą drugą osobą, ale może tak nie być. Myślę, że jakimś takim właśnie powiedzmy jednym z punktów, które warto przemyśleć przed taką rozmową, było by zrobienie miejsca na emocje tej drugiej osoby.  Z.: Dwóch stron, prawda? Przestrzeń do wzajemnych uczuć A.: To by było super, gdyby można było zrobić, ale też żeby nie oczekiwać (za dużo), żeby wziąć sobie właśnie takie pół na pół. Dajmy jej… powiedzmy i poinformujmy daną osobę o tym, i dajmy jej moment na to, żeby właśnie (przestrzeń na towarzyszące emocje). Chociaż nie wiem (w pełni), jak czujesz się z tym, to wiem, że czujesz radość z tego, że może mi się udało i że możesz czuć szczęście, ale w Tobie mogą być emocje, które są okej. Fajnie, że się udało, ale wiem też, że czujesz ogromny smutek dlaczego “nie ja”. Jeżeli masz ochotę płakać, to może lepiej, że żyjemy razem, spotykamy się, czy nasza przyszłość jest taka, że chcemy być w tej przyszłości razem w naszych życiach i może lepiej będzie po prostu być przy sobie nawzajem, i zrobić miejsce na to wszystko, a jeżeli masz ochotę płakać ja wiem że to jest taki etap w twoim życiu więc płacz. I to nie znaczy, że nie jestem dla ciebie ważna ale rozumiem też, że ten płacz może pozwoli nam przejść dalej przez tę trudną sytuację, w której właśnie mówienie, i rozmawianie, i informowanie o ciąży (po prostu) jest. Z.: Fajne Aniusia, jak sobie słucham, to tak sobie myślę, że WOW (super), tak mogłaby się zachować doświadczona Staraczka, która dobrze wie, że to ona w tej loterii jest pierwsza.   A.: Ale są dziewczyny, które starają się razem i które właśnie też piszą do nas. Czyli, skoro szukają czegoś, szukają jakiegoś sposobu, czyli One chcą tej osobie zapewnić jakiś komfort, tak?  Z.: Nie no ja wiem, bo w ogóle myśl… A.: Myślą o tej osobie…. Z.: … Nagrania tego podcastu się z tego wzięła, ale bardziej mi chodzi o to, że to jest bardzo ambitne co Ty teraz mówisz, że to jest super, ale mam wrażenie, że to jest taka trochę sytuacja o której czytam gdzieś w książkach i ona się zdarza raz na 10 – rozumiesz? Fajne i dążmy do ideałów tylko one są bardzo trudne do spełnienia, bo jak Ciebie słucham, to to jest bardzo ok, i to jest bardzo w porządku, i kochane, że Ty myślisz to tym, żeby zostawić te 50% przestrzeni na to, żeby dać swobodę tej osobie drugiej, po drugiej stronie w ekspresji emocji, które w tym momencie będą w niej dominować, tak albo się przelatać, bo to może być bardzo różne. Ta radość może być przepleciona z rozczarowaniem, ze strachem bardzo dużo emocji może się w nas kotłować wtedy. Ale myślę sobie też, że no kurcze – no, żeby było sprawiedliwie, to fajnie by było też pozwolić się cieszyć tej drugiej osobie, która w tę ciąże zaszła, czy po staraniach – czy nie, ale ona też tak samo jak Ty masz prawo odczuwać swój smutek, tak samo ona ma najświętsze prawo się z tego cieszyć, rozumiesz, więc chyba najfajniej (co też jest turbotrudne, ale najfajniej) by było te emocje po prostu nazywać, rozumiesz. Bo sytuacja, w której przyklejasz do buzi uśmiech 5 i nic więcej nie daje mi tak naprawdę pełnego obrazu tego, co dzieje się w twoim sercu, a jeśli przyklejasz ten uśmiech numer 5 i mówisz mi o tym, że słuchaj uśmiecham się, ale tak naprawdę… no bo bardzo się cieszę z jednej strony, ale z drugiej jest mi bardzo trudno, bo spełnia Ci się właśnie jedno z moich największych marzeń, tak bardzo nie osiągalne dla mnie. To już jest zupełnie inny wymiar przyklejonego uśmiechu numer 5 też, też trudne wydaje mi się. A.: Trudne, bo też ludzie nie rozmawiają o emocjach. Z.: No sami ze sobą nie rozmawiamy. A.: Pary nie rozmawiają ze sobą o emocjach. Dokładnie, my sami przed sobą podczas starań ganimy się za swoje emocje. Z.: To prawda. A.: I stłumiamy to wszystko nie rozumiejąc tego, że tak, jak w jednym z podcastów ostatnich powiedziałaś Ty Zosin, że człowiek może czuć wiele emocji w jednym czasie. To było takie piękne, że jednocześnie możemy życzyć jak najlepiej tej lasce, która jest w ciąży – jednocześnie czując zazdrość smutek i ból w sercu.  Dlaczego nie pozwolić sobie na to wszystko? Oczyszczaj

    27 min
  4. 03/26/2025

    #098 – Na co wydawałyśmy hajs podczas starań

    Zmiany w życiu nie zawsze łagodzą obyczaje, a te, które następują w Tej drodzę, nieustannie krążą wokół budżetu i zdecydowanie za często spędzają sen z powiek w okresie starań. Poczucie, że w walce z niepłodnością możecie zostać pokonani przez brakujące środki na koncie paraliżuje. Dokonywanie wyborów i podejmowanie właściwych decyzji nie jest łatwe, gdy piętrzą się obawy o przyszłość, brak doświadczenia, niewiedza, uczucie wypalenia i zrezygnowania oraz koszty, które zdają się być bezlitosne. Mimo, że wciąż tę drogę przemierzacie ze świadomością “uda się, tylko muszę spróbować jeszcze tego. Albo tamtego?”, to nie opuszcza Was wrażenie zagubienia.  Czy tak musi być? Czy można ufać wszystkim drogowskazom w trakcie starań?  Jak się odnaleźć w gąszczu propłodnościowych zaleceń i nowinek?  Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Czy każdy krok przybliża do celu? Cienka granica bezpieczeństwa na drodze starań W zdrowym ciele – zdrowy duch, jadasz zdrowo – jesteś zuch. KOSZTujemy zmiany żywieniowe WARTOŚĆ przyjemności – czy to się opłaca? Inwestycja w przyszłość czyli jak zaopiekować się swoim JA     Transkrypcja podcastu AKADEMII PŁODNOŚCI  Ania: Witamy w kolejnym podcaście? Nie, najpierw czołówka… Zosia: Najpierw to bym chciała rzec, że nie wiem kiedy finalnie zdecydujemy się opublikować ten podcast, bo trwa debata, bo mamy TAAAK nawalone w tym tygodniu, że bardzo bym chciała, żeby tak się działo w Akademii zawsze. Ale na pewno zdecydujemy się go opublikować wtedy, kiedy jeszcze trwa premiera najnowszej edycji DIET WIOSENNYCH, takich najfajniejszych… za często mówimy, że to są najfajniejsze, ale akurat te są naprawdę fajne… A.: Wiosenne i jesienne to są moje TOPY, ale to pod względem owoców. Z.: Ja jeszcze letnie bardzo lubię. Właśnie lato to jest takie owocowe. A:. Lato jest owocowe, a jesień jest taka dyniowa, to też lubię, a wiosenne to są takie… Z.: Chrupiące, nowalijkowe… A.: Tak, tak. Z.: Wreszcie się pojawia, takie CHCĘ SIĘ – więcej słońca. Szparagi…,mmm, fajne rzeczy tam są. A.: A ta edycja wiosenna jest bardzo dobra. Te szparagi są. Z.: No i co jeszcze jest oprócz tego, że szparagi są… A.: Pyszności. Z.: Nawijamy o tym dlatego, że nie chcemy byście się ewentualnie nie spóźnili na promkę. Więc tutaj na wstępie tylko musicie usłyszeć o tym, że aktualnie trwa na te diety promocja, która kończy się w czwartek, więc jeśli słuchacie tego podcastu jeszcze przed czwartkiem, to macie okazję kupić nasze diety taniej 10%. A.: Podczas premiery. Z.: A później wbiją już w swoją cenę standardową, więc to tak tytułem wstępu na początku pamiętajcie o tym, że nowa edycja diet wiosennych wjechała do sklepu. A.: Juuuhuuuu. Z.: Teraz jak najbardziej możemy nagrać Kochana wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Siła perswazji i triggerowanie naszych decyzji Z.: Tyrytaty ta, ta, tyritataty, tiritatat da ta, taram,  tyritataty, tiritatat da ta, taram… A.: No i ładnie. Będzie muzyczka. Z.: Nie trzeba, ja już zaśpiewałam. A.: Bardzo dziękujemy Zofio za tutaj wokal…wykon. Odkręcam się na fotelu do Ciebie. Z.: Czy opowiesz mi dzisiaj Mordzio, na co wydawałaś swój hajs cenny podczas starań? Jestem bardzo ciekawa na co szły środki z Twojego portfela. Z Waszego portfela w sumie. Małżeńskiego. A.: Tak, dzisiaj będzie właśnie taki temat. Pogadamy sobie o tym co, gdzie i jak? I chyba jeszcze takim tytułem wstępu powiedziałabym, że ten budżet, który też u osób z którymi się spotykałyśmy – on się bardzo różnił i niekiedy, niektóre z Was na niepłodność wydawały ogromne kwoty, wręcz takie, że ciężko jest uwierzyć, że leczenie niepłodności może tak być kosztowne. Jeżeli chodzi o mnie, to takim pierwszym punktem na które szły nasze pieniądze to były BADANIA I WIZYTY. Właściwie to chyba najpierw zaczęłabym od badań, bo badania takie, które robiłam na zlecenie lekarza, ale też badania takie, które wydawało mi się, bo gdzieś – coś wyczytałam, że sama sobie te badania muszę zrobić. Więc takie balansowanie… kurczę dużo tych badań było i to co jakiś czas nawet powtarzałam te badania. Wyczytałam gdzieś więc takie po omacku szukanie, co może być przyczyną niepowodzeń, albo co jeszcze może być przyczyną niepowodzeń, czy coś zostało przeoczone. Bez konsultacji z lekarzem, więc na to poszło dość sporo. BADANIA. Z.: Kurde ja też to robiłam, i mam nawet tak, że… w ogóle bardzo mnie – jest teraz takie modne słowo TRIGGEROWAĆ KOGOŚ, bardzo mnie triggerowały takie posty na grupach na fejsie, gdzie laski wypisywały listę badań, którą one mają zrobioną, albo które trzeba zrobić. Ja wiedziałam, że np. z tych badań, mimo, że nasze starania trwają tam powiedzmy trzeci rok, no to ja mam zrobione powiedzmy 40%, albo 50%, a o niektórych badaniach w ogóle nawet nie słyszałam i musiałam googlować co to jest. I miałam takie poczucie, że na pewno w tych badaniach, które jeszcze nie są wykonane leży nasza przyczyna i po prostu my jeszcze o tym nie wiemy. I lekarze do których chodzimy, a też ich była mnogość cała, na co z kolei ja również wydawałam kasę – to oni po prostu  jeszcze o tym nie wiedzą, albo uważają, że to nie ten etap. Więc ja też byłam w tej grupie, która robiła badania, bo gdzieś wyczytała, że to może być mieć wpływ. Nie chcę mówić co, ale tym sposobem udało mi się samej zdiagnozować – jedną z moich jednostek (chorobowych), na którą, żaden z moich ówczesnych lekarzy nie wpadł na to, żeby to zbadać. I dopiero z gotowym wynikiem poszłam do lekarza i było “O, kurcze. To My tu musimy się leczyć”. Więc to też trochę nakręca potem, bo widzisz, że jednak w Twoich rękach jest w pewien sposób sprawczość. Bo nikt Ci nie zlecił (tych badań), Ty gdzieś wyczytałaś w necie, zrobiłaś i się okazało, że to masz. Ja tak miałam i to już w ogóle wpadłam w taką korbę na zasadzie “kurde, to ja jestem właściwie tylko odpowiedzialna za swoje zdrowie, bo mogę poświęcić ten czas, mogę poczytać w necie i się dowiedzieć, że trzeba jeszcze zrobić to, siamto, owamto, i może znowu coś mi wyjdzie, tak jak tamto mi wyszło przed chwilą. Jednak się okazało, że trzeba to leczyć – to było takie turbo niebezpieczne z jednej strony, a z drugiej… A.: Bo ta studnia może nie mieć dna. Z.: Ona nie ma dna… A.: Studnia badań może nie mieć dna i ta studnia była bardzo kusząca, żeby ją po prostu przemierzyć – dla mnie przynajmniej. Więc życzymy Wam, żebyście trafiły na takich specjalistów, którzy Was pokierują w ten najbardziej odpowiedni dla Was sposób i dla Waszego przypadku. I też ja sobie myślę tak, że mi brakowało cierpliwości, że ja już chciałam tak działać, szukać tej przyczyny tu, teraz. Najlepiej wydać wszystkie pieniądze na badania, które mogę zrobić dziś, za dwa dni będę miała wyniki. Nie potrafiłam się pohamować w tym wszystkim. Z.: No i wierzyć, że tam coś wyjdzie, no bo Ty robiąc intencjonalnie badania, wierzyłaś, że któreś z nich pokaże, co blokuje Cię i dlaczego nie możesz być w ciąży, prawda? Nie zakładałaś, że te badania wyjdą git i właściwie fajnie było wydać tyle i tyle klocków, no to żeby się przebadać i wiedzieć, że jestem zdrowa. Przynajmniej ja tak miałam, tylko właściwie liczyłam na to, że “kurde to tu!”, tak samo jak kupowałam te suple wszystkie… zaraz do tego dojdę, to ja zawsze miałam takie wrażenie czytając o czymś, co oczywiście zachwalało na stronie producenta, czy na jakimś forum, czy gdzieś – czy wiesz, nie piłam jakichś ziół, “kurde, to TO!”, nie brałam jakiegoś suplementu, który sprawiał, że wracała owulacja, “to na pewno TO!”, nie robiłam tego przez tyle miesięcy, “zobaczysz ja będę Tą kolejną napisze na tym forum, że mi pomogło TO”. A.: Do suplementów jeszcze później wrócimy, ale teraz tak sobie myślę jeszcze, że – czy żałujesz wydanych pieniędzy na starania, też to powinno paść w podsumowaniu (tak myślę), ale może na początku zaczniemy od tego, czy miałaś takie myśli, że o tym wszystkim o czym będziemy gadać, że “kurde no, z perspektywy czasu przewaliłaś sporo pieniędzy na drogę starań”. Z.: Nie mam takiego poczucia, że żałuję. Na pewno nie mam w sobie takiej myśli, że źle zrobiłam, ale na pewno mam takie poczucie, że dzisiaj zrobiłabym to inaczej. Z dzisiejszą wiedzą i z dzisiejszym doświadczeniem nie wydawałabym pieniędzy na te rzeczy, na które wydawałam wtedy, ale nie mogę oceniać siebie, czyli Zosi sprzed X lat z perspektywy Zosi dzisiejszej. Więc nie mam do tamtej Zosi żalu, ja wiem jaka Ona była zdeterminowana, zdyscyplinowana i teraz wiem, że dało się to zrobić mądrzej, ale Ona tego jeszcze wtedy  nie wiedziała. Ona po prostu chciała best (najlepiej). A.: Bo ja mam bardzo podobne przemyślenia, że ja nie żałuję tych wydanych pieniędzy. Czy one były wydane słusznie, bądź nie, to nie wiem… jakby to wszystko – słusznie, bądź niesłusznie doprowadziło mnie do miejsca o którym marzyłam, żeby było. Więc sama nie wiem, czy właśnie tak, jak Ty Zosiu mogłam zrobić coś lepiej, bo wiem, że mogłam pokierować te środki finansowe na coś, co szybciejby przełożyło się na naszą wygraną. Natomiast finalnie – nie żałuję. Z.: Ale wydałabyś tę kasę dzisiaj inaczej? A.:Tak, tak. Na pewno, jak dojdziemy do suplementów. Działki suplementów. Z.: No właśnie ch

    1h 5m
  5. 03/11/2025

    #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki.

    Wiemy, że w PODRÓŻY STARAŃ, w którą wysłało Was życie, bardzo trudno dostrzec stale oddalający się cel. Towarzyszący jej ból o szerokim spektrum obejmuje Wasze ciało, myśli i relacje. Spoglądając na swój rozkład i plan podróży widzicie opóźnienia, przesunięcia… odwołania, a gdy stoicie W POCZEKALNI, to widzicie jak inni łapią kolejny pociąg do macierzyństwa. Dławiący strach niepłodności podaje Wam pomocną dłoń, proponując złudne poczucie zaopiekowania i bilet w drugą stronę z napisem “poddaj się”… Wiemy, że W POCZEKALNI ten strach bywa bezwzględny, ale wiemy też, że warto walczyć o swoją podróż. Bagaż w tej drodze uwiera i ciąży, ale jesteśmy tu po to, by pomóc Wam go dźwigać. Jesteśmy dla Was i z Wami, bo wierzymy, że W POCZEKALNI mimo, że ucieknie ostatni pociąg, lub ktoś inny wykupi płodny bilet przed Wami, to wciąż mogą wydarzyć się dobre rzeczy, o których nieustannie nam przypominacie, dając tym także nam siłę, by dalej budować Akademię Płodności. W POCZEKALNI, nowy format podcastów w Akademii Płodności to Wasze miejsce, który będą tworzyć Wasze relacje z podróży Staraczy. AKADEMIA PŁODNOŚCI – W POCZEKALNI Wasza droga do rodzicielstwa spisana w listach do nas Zosia: Dzisiaj przygotowałyśmy dla Was pierwszy odcinek z serii, która będzie nosiła nazwę “W POCZEKALNI”, i będziemy w nim odczytywać wiadomości od Was, więc ten podcast będziecie współtworzyć z nami, i to Wy będziecie narrację do niego tworzyć.  Bardzo czekamy na Wasze historie i postanawiamy o tym wspomnieć już na samym początku, bo chcemy, żebyście wiedziały, że to Wy macie z nami tworzyć ten podcast, więc jeśli poczujecie po odsłuchaniu tego odcinka, że chciałbyście coś przekazać światu, to my czekamy na Wasze wiadomości. I jeśli będziecie je do nas słać, to tytułujcie je tylko – właśnie do podcastu “W POCZEKALNI”, i my bardzo chętnie będziemy wybierać, któreś z nich i publikować je tutaj do odsłuchania dla innych.  Dzisiejszą historię tworzy jedna z Was, która chciałbyśmy żeby pozostała anonimowa, więc będziemy na potrzeby tego podcastu nazywać ją po prostu  STARACZKĄ.  Więc Staraczka, 30 sierpnia w 2023 roku pisze do nas tak… “Cześć dziewczyny. Piszę do Was nieco onieśmielona, że w ogóle podejmuję ten gest interakcji. Trafiłam na Wasze podcasty na początku sierpnia bieżącego roku, tuż po tym gdy odebrałam test beta – HCG o wartości 0, po drugim in vitro.  Znowu szok. Znowu niedowierzanie i sto pytań: dlaczego!?  Szukałam wtedy wspierających treści, aby ponownie dźwignąć siebie z podłogi, z tego bólu niepowodzeń i trafiłam na Wasz kanał.  A były momenty gdy zastanawiałam się, czy jest sens w ogóle się podnosić.  Wasze podcasty ocieplały moje serce. Powolutku rozjaśniały dni i zachęcały do małych kroczków. Przesłuchałam kilka najnowszych odcinków, po czym stwierdziłam, że muszę zacząć słuchać od początku – chronologicznie. I przede mną jeszcze sporo odcinków. Wraz ze zdobywaną nową wiedzą, po zakupie e-booka 28 dni do płodności, szybko zaczęłam wdrażać w swoją codzienność Wasze tipy dietowe. Zrobiłam płodną szafkę z przyprawami. Upiekłam swój pierwszy chleb. Zakupiłam dobrej jakości oleje z czarnuszki z kwasami Omega 3, i GL A, produkuję soki pomidorowe dla mojego partnera. Polubiłam szakszukę. Już od kilku lat mięso nie gości zbyt często na moim talerzu, więc ryby i tak były moją codziennością do której przyzwyczaja się też mój partner, ale przede wszystkim wraz ze zaznajomieniem z Waszymi treściami, poczułam się częścią tej zbiorowości staraczek. Poczułam, że przynależę, że nie jestem w tym sama. Poczułam, że wszystkie moje najskrytsze myśli w temacie historii starania okazują się być współdzielone. Jestem pod wrażeniem Waszego projektu – jak szeroko i otwarcie podchodzicie do tematu starań. Ile w tym czystej miłości i autentyczności, a przede wszystkim subtelności opartej na Waszych własnych doświadczeniach. I ten bezmiar wsparcia, który rozdmuchujecie z czystą intencją. Nie do końca rozgryzłam całą Waszą formułę. Często wspominacie o listach od staraczek, zakładam, że mój list zakwalifikuje się do tej kategorii.  Mój status jest następujący: mam 38 lat, niepłodność idiopatyczą, niedoczynność tarczycy, hashimoto i podejrzenie endometriozy, drożne jajowody, histeroskopia wykazała liczne mikropolipy w jamie macicy i brak stanu zapalnego. Mikropolipy leczone były farmakologicznie. O dzieciątko staramy się z partnerem od ponad dwóch lat. W tym od ponad roku jesteśmy pod opieką specjalistycznej kliniki. Wartości nasienia mojego partnera zostały ocenione jako bardzo dobre. W klinice trzy razy dokonywaliśmy zmiany lekarza, co wynikało z braku zaufania do jakości ich pracy. Brakiem zainteresowania naszą historią i brakiem zaangażowania.  Nasz rachunek starań to: liczne miesiące niepowodzeń, dwie nieudane inseminacje, trzy próby in vitro. Pierwsza zakończona poronieniem w około 6 tygodniu, druga brakiem zagnieżdżenia zarodka i trzecia utratą zarodka po rozmrożeniu.  Nie mamy więcej zarodków.  Musielibyśmy przejść procedury in vitro od początku.  Wczoraj ponownie padłam na podłogę, bo to właśnie wczoraj gdy byłam w pełnej gotowości do trzeciego transferu otrzymałam telefon z kliniki, że niestety zarodek nie kwalifikuje się. A już myślałam, że tym razem, ta historia zakończy się inaczej. Czułam, że moje ciało i serce jest tak bardzo gotowe, że bardziej się nie da. Dbam o dietę i aktywność fizyczną. Mam zaopiekowaną sferę psychiczną, bo od 4 lat jestem w psychoterapii. Od niedawna korzystam z pomocy terapii uroginekologicznej. Odsunęłam na bok stresogenną pracę, ale zaraz muszę do niej wrócić. A przede wszystkim mam wspaniałego partnera z którym łączy nas niezwykła więź. Na taką relację czekałam całe życie i stąd tak późne starania o ciąże, bo zawsze zależało mi na świadomym macierzyństwie, gdyż pochodzę z dysfunkcyjnego domu. Myślałam, że to kwietniowe poronienie i lipcowe cierpienie, gdzie zarodek nie zagnieździł się przekształci się w sierpniowe happy-end.  Od wczoraj znowu nie wiem, jak mam się podnieść. Znowu paraliżuje mnie strach, czy będzie dane mi zostać mamą. Stresuje mnie mój wiek. Jakbym ścigała się sama ze sobą. Nie rozumiem, dlaczego nie udaje mi się zajść w ciąże. Nie rozumiem tej całej idiotycznej niepłodności. Nie rozumiem dlaczego mnie to spotyka. Wciąż zastanawiam się, co powinnam jeszcze zrobić. Być może powinnam zbadać obszary, które często są u Was poruszane, czyli PCOS i insulinooporność. Jakie szanse daje nam kolejne in vitro? Czuję jakby mój ból przysłaniał mi wszystko. Z osoby bardzo empatycznej stałam się nieczuła na problemy innych. Gdy moja przyjaciółka dzieli się swoim cierpieniem, ja czuję jakbym była za szybą, jakbym słyszała ale nie słuchała innych. Czuję pustkę, która pochodzi z mojej pustej macicy.  Mój list kończę tlącą się nadzieją, bo wciąż wierzę, że zostanę mamą. Nie wiem co zrobicie z moim listem i czy go w ogóle przeczytacie, ale samo zaadresowanie tych słów w miejsce, które mieści tyle zrozumienia dla tematu niepłodności, od tych mrocznych odsłon, po te cudne historie, daje mi dzisiaj ukojenie.  Z pełnym wzruszeniem pozdrawiam.  Staraczka”. Ania: W międzyczasie wymieniłyśmy jeszcze kilka wiadomości. Dziękując jej między innymi z to, że zechciała podzielić się taką swoją intymną częścią swoich myśli najskrytszych, które zamieszkały w niej.  5 kwietnia 2024 roku dostałyśmy od niej kolejnego maila, który brzmiał tak: “Cześć dziewczyny. Minęło trochę od mojego ostatniego listu do Was, w których dzieliłam się moimi smutkami, niepowodzeniami w drodze do macierzyństwa, a dzisiaj piszę z innego miejsca.  Z miejsca pełnego szczęścia. Jestem mamą, bo noszę w swoim brzuszku 18 tygodniową cudowną dziewczynkę. Moją Córeczkę. I bardzo chciałam w końcu podzielić się z Wami tą wiadomością. Stosowałam Waszą dietę, słuchałam podcastów i wiem, że Wasze dobro również przyczyniło się do mojej szczęśliwej sytuacji. Bardzo Wam dziękuję za tamte odpowiedzi. Cieszę się ciążą dosłownie w każdej godzinie. Sprawia mi radość każdy objaw ciąży, nawet ten nie do końca przyjemny. Uwielbiam wizyty na których mogę zobaczyć moją córeczkę i usłyszeć jej serduszko.  Jestem najszczęśliwsza.  Życzę Wam samych pomyślności.  Staraczka”. A 5 grudnia otrzymałyśmy zdjęcie, bo ta malutka dziewczynka, we wrześniu urodziła się siłami natury. Pojawiła się na świecie i w życiu – już tak namacalnie – swoich rodziców. Dostałyśmy w grudniu (pytając się – jak się miewają) piękne zdjęcie, jej malutkiej córeczki, która uśmiecha się tutaj do nas ze zdjęcia – na które właśnie patrzę. Z.: A jej mama napisała, że pisząc tę wiadomość do nas, tuli ją przy piersi. I to jest najpiękniejsze zwieńczenie tej historii. Dziękujemy bardzo, za pokazanie tej drogi, bo te maile dzieli aż i tylko po kilka miesięcy. Natomiast są to tak bardzo, bardzo różne osoby, mimo, że to dokładnie ta sama osoba i tak bardzo różne światy, że nawet jeśli dzisiaj znajdujecie się w tym pierwszym, i to ten pierwszy Was definiuje, to wiedzcie, że to WSZYSTKO MOŻE SIĘ ODMIENIĆ, ŻE JUTRO MOŻE TO BYĆ ZUPEŁNIE INNY ŚWIAT. Za co bardzo mocno trzymamy kciuki. Ściskamy Was.  Czekamy na Wasze historie i życzymy Wam dobrego tygodnia.  Akademia Płodności – W POCZEKALNI Artykuł #097 – W POCZEKALNI. Historia 38 letniej Staraczki. pochodzi z serwisu Akademia płodności.

    10 min
  6. 02/25/2025

    #096 Zazdrość, a może jednak nie?

    Wśród wielu uczuć, które dotykają w czasie starań dość często pojawia się zazdrość. W emocjonalnym gradobiciu czujecie, że szarpiąc się bezwładnie toczycie walkę ze sobą, ale i z otaczającym Was światem. Tracąc poczucie bezpieczeństwa toniecie w zazdrości, gdy gdzieś obok, ktoś zgarnia kupon, który mieliście nadzieję, że był przeznaczony Wam.  Czy potrafimy zaakceptować swoje JA, gdy dopada nas zazdrość? Dlaczego tak bardzo boli nas szczęście innych? Jak zaopiekować się swoją zazdrością? I jak docenić to, że jesteśmy prawdziwi? Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Plan odcinka Zazdrość – siła uczucia Nic o Was bez Was – pytamy o Wasze emocje W kręgu uczuć zazdrość kołem się toczy Równanie i definiowanie zazdrości gdy boli Równouprawnienie w uczuciach, by mieć prawo do zazdrość Transkrypcja podcastu AKADEMIA PŁODNOŚCI Zosia: Dobra. Zobaczymy, czy tu nie ma żadnych przesterów… Ania: Ja muszę się podnieść. Z: Wiesz, że mój głos jeszcze nie doszedł do końca… A: A nie pomyślałam nawet o tym… Z: Będzie słychać. Ty już jesteś przyzwyczajona do tego, że ja w ogóle mówię. A: Jeju… faktycznie. Ja w ogóle nie pomyślałam o tym, że Ty tak gadasz. Z: Bo już jak odzyskałam >głosstaraniomco posiada lub osiągnąłuczuciezdjęciazdjęciamizwiązanemyślałamtrzeba byłowtedynajlepszy czaszazdrościspaceruwiadomościprzeskoczdrużyna Aniusia, czy Zosia bardziej do Was przemawia? Bardzo chętnie to przeczytamy i pamiętajcie też, że jeśli wiecie, że ktoś jest po tej samej stronie co Wy, a czujecie ten odcinek choć trochę Wam pomógł się zrozumieć, to prześlijcie tej osobie, która może dzisiaj tego potrzebować. A: Dziękujemy za wysłuchanie dzisiejszego podcastu.  Do usłyszenia w kolejnym. Artykuł #096 Zazdrość, a może jednak nie? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

    29 min
  7. 02/14/2025

    #095 Gdzie masz swoją granicę?

    Transkrypcja podcastu Akademii Płodności Plan odcinka STAWIANIE GRANIC – temat z grubej rury STREFA KOMFORTU A GRANICE – CZY UMIEMY W GRANICE GRANICE – czy zawsze musi grzmieć? MOJE  vs TWOJE – cienka granica wzajemnej akceptacji  WASZYM GŁOSEM, granice nie muszą boleć – historia Ani  Zosia: Możesz sobie przesunąć ten stolik. Ania: O tak sobie zostawię. Oooo.  Z.: Nie no, pięknie, możesz sobie przysunąć. Albo nogi na tę stronę możesz też wziąć. A.: Nie, już tak jest GIT. Z.: Bo musicie wiedzieć, że Ania się tutaj rozkłada. Ona się tu mości, bo dzisiaj nagrywamy w studiu domowym i statywy są takie, że trzymamy w łapach mikrofony. Każda ma swój kocyk i leży sobie z komputerkiem. Śmiejemy się tylko, żeby nie zdarzyło nam się zasnąć jak panu Korwinowi na live`ie. Więc może być tu takie chrapnięcie, bo nagrywamy w tym okresie, kiedy wiraluje na TikToku śpiący Korwin, a Wy słuchacie nas już w nowym roku. A.:  Więc to już jest pewnie dawno i nieprawda… Z.: No tak, ale TO będzie ciężko zapomnieć,  to jest jeden z moich ulubionych filmików, mimo, że  wpadł dopiero pod koniec roku.  Nagrajmy wstępik. Cześć, tu Ania i Zosia. Wspólnie tworzymy Akademię Płodności, miejsce w którym towarzyszymy Wam podczas starań.  A.: Dzień dobry Z.: Dzień dobry, dzień dobry. Witamy w kolejnym podcaście. Czekałam aż to padnie. A.: Bo właśnie zastanawiałam się… Upewnię się tylko. Kartę… mamy? Nagrywa się? Z.: Mamy kartę. Ja tu jestem profesjonalnym ogarniaczem Aniusia. A.: Dobrze, dobrze, dobrze. Ja wiem, wiem, wiem. Z.: Chociaż nie zdziwiłoby nikogo, gdyby się okazało za 40 minut, że tej karty jednak niema. Ojojoj, Aniusia. Ojojoj, to jeszcze raz nagramy. Nie Aniusia, luzik. A.: Dobrze. Z.: Możesz tutaj ludzi witać, tylko jest problem, że my nie wiemy, czy Wy tego podcastu będziecie słuchać jako pierwszego po przerwie, czy jednak Wam puścimy inny. Teraz mamy ostry zryw podcastowy i nagrywamy, bo mamy mocne postanowienie powrotu. Więc bardzo możliwe, że to jest ten pierwszy, którym będziemy się z Wami witać i nie chcemy Wam rozwalić głowy. Więc jak dwa razy będziemy się z Wami witać, to wiedzcie,  że… A.: Po przerwie… Z.: Tak, dokładnie. Jak będziemy się witać po przerwie, to drugie przywitanie będzie po dwutygodniowej przerwie. A.:  Czyli nadal po przerwie. Z.:  I też, będziemy się bardzo cieszyć. STAWIANIE GRANIC – temat z grubej rury A.: Dzisiaj pogadamy sobie na temat stawiania granic podczas starań. Temat z grubej rury powiedziałabym. Bardzo potrzebny, ale bardzo trudny. Z.: Każdy tę technikę opanować powinien do perfekcji w ogóle w życiu, ale te starania, to  taki wyjątkowy czas, kiedy jesteśmy bardzo bezbronni i może się okazać, że jesteśmy bardzo asertywni na co dzień, potrafimy sobie to swoje pole zawodowe w pracy wyznaczać bez żadnych problemów, bez żadnych zawahań. Albo w rodzinie, swojej najbliższej , np. ze swoim partnerem. Jak przychodzi do tematu „starań” to jesteśmy nieodporni na te ciosy i tacy bez żadnej tarczy ochronnej, stajemy się bardzo… A.: Malutcy? Z.: Tak. Jakby stoję naga tutaj stoję przed Tobą. Nic mnie nie chroni. Tak to potrafię się ubrać w moją zbroję i czuję się w niej naprawdę swobodnie i nie pozwalam do siebie strzelać, a nawet jak do mnie strzelisz to szybko odpieram ten atak, bo wiem, jak postawić granicę. W temacie STARAŃ, nie jestem już taka hop-do przodu. Będziemy Wam opowiadać różne historie w trakcie, ale… Ja w temacie starań byłam bardzo bezbronna i to jest też o mnie. Kojarzycie takie stan po jakiejś utarczce słownej – to nie musi być jakaś wielka kłótnia (chociaż może być, jeśli już eskaluje do takiego stopnia). Ale kojarzycie ten stan w którym najlepsze riposty przychodzą Wam jak już jest – albo chwilę po >kłótni To jest tylko taka zbroja ściemniacza. Na początku ja nie „umiałam w granice”. Najpierw musiałam się przyznać, że ja potrzebuję tych granic, bo miałam taką manierę w sobie tłumaczenia całego świata: że ten świat nie chce; że nikt nie miał nic złego na myśli; że nie wie; że ciocia ma tyle lat, więc skąd mogła wiedzieć. Z drugiej strony pomyślałam sobie, jak tworzyłyśmy dla Was jeden z poprzednich mailingów, że tak tłumaczyłam innych, aż zapomniałam w tym wszystkim znaleźć zrozumienia dla siebie samej. Zamiast skupić się, kiedy ta dana sytuacja właśnie się wydarzyła, w której nie potrafiłam postawić granicy, to moje myśli skupiły się wokół ogromnej złości wobec tego, co się wydarzyło, ale później nastąpił moment wytłumaczenia sobie. Natomiast bardzo rzadko dochodziło do tego, że przed samą sobą mówiłam: HEJ, TO MNIE BOLI. To mi się nie podobało bardzo i myślę, że w tym przypadku to byłby pierwszy krok, który mógłby zaprowadzić gdzieś dalej. Przyznanie się przed samym sobą, że coś zaczyna mnie uwierać, a nie wybielanie tego i wtłaczanie sobie, że nie, nic mnie nie uwiera. Z.: Powiedziałaś coś takiego Anna, ja się z tym zgadzam, (chociaż pewnie nie każdy tak będzie miał, ale myślę, że zdecydowana większość), że sam moment, w którym musisz w sobie podjąć tę decyzję, że TERAZ wyznaczysz tę granicę, oznacza, że musisz zrobić coś niekomfortowego. Trzeba się postawić, trzeba wyjść ze strefy swojego komfortu, powiedzieć komuś coś, co prawdopodobnie nie będzie dla niego miłe do przyjęcia. Bo to jest taki moment w którym serce szybciej bije i nie wiesz czy zbierzesz się na odwagę żeby to zrobić, ale z drugiej strony później życie w tym świecie w którym Twoje granice są postawione i ktoś nie próbuje ich przesunąć jest bardzo komfortowe.  Wyobrażam sobie, że są tacy ludzie, którzy są bardzo asertywni i dla nich to jest takie easy game, a są tacy dla których stawianie granic będzie bardzo stresogenne, i może zdecydują się tę swoją granicę podkreślić, zamanifestować dopiero za 15-tym razem, kiedy ktoś spróbuje ją przekroczyć dopiero. Rozumiesz, bo na to wpływa bardzo dużo części składowych: wychowanie w domu, towarzystwo w którym chcesz postawić tę granice. To jest tak wiele puzzelków, że ta finalna decyzja o przesunięci granicy, może zapaść w bardzo różnym momencie, ale nie wyobrażam sobie takiej sytuacji, po wyznaczeniu tej granicy, mogłabyś powiedzieć, że czujesz się niekomfortowo. To raczej działa w drugą stronę, że w momencie w którym po raz kolejny nie zdecydujemy się aby stanąć w swojej obronie, w obronie swojego serca i swojego ciała, to częściej przychodzą wyrzuty sumienia: a mogłam; a trzeba było. Tak jak właśnie >po czasiegranicęoninnego, a to jest bardzo ważne dla nas, bo wiemy, że warto się tutaj produkować przed tymi mikrofonami. Więc bardzo zachęcamy Was do tego żebyście dzielili się z nami swoimi przemyśleniami po naszych wynaturzeniach podcastowych:). Dobrego tygodnia. Artykuł #095 Gdzie masz swoją granicę? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

    26 min
  8. 01/29/2025

    #094 – Dieta na 100 czy na 80%?

    W dzisiejszym podcaście odpowiadamy na poniższe pytania: 1. Nowy rok – nowa ja? 2. Czy to ma szansę zadziałać? I jeśli tak to w jakich warunkach? 3. Czy to nie jest tak, że aby wystartować potrzebujemy „białej kartki”? 4. Co nas motywuje, a co wytwarza tylko dodatkową presję? 5. Robię coś bo czuję, że naprawdę tego chcę czy podążam za tłumem i robię trochę bezmyślnie tylko dlatego, że inni to robią? 6. Czy deadline działa na Ciebie motywująco czy presja sprawia, że gdy „musisz” to przestajesz działać efektywnie? 7. Co zrobić, żeby zminimalizować ryzyko porażki? Jak przygotować się na sytuacje kryzysu, niemocy, braku czasu, chorobę etc? 8. Jakim jesteś człowiekiem? Czy jeśli pozwolisz sobie na małe odstępstwo to serio na nim poprzestaniesz? Czy wyciągnięcie jednego małego kamyczka spowoduje całą lawinę kamyczków pełnych odstępstw? 9. Jaką drogę masz do przejścia? Czy metoda małych kroczków jest dobra zawsze dla każdego?  Zosia: Jaką nam opowiesz ciekawostkę Ania na początek? Po takiej przerwie nagrywamy podcast, że naprawdę możesz nam powiedzieć różne fajne rzeczy. Ania: Przede wszystkim chciałabym powiedzieć, że bardzo się cieszę, że wróciłyśmy.  Z.: Oby to było stałe. Teraz ja też tak się boję, żeby to nie było, że się zerwiemy- nagramy jeden podcast i znowu osiądziemy. A.: Jakoś tak wczoraj „odkulisowo”, wygląda to tak, że myślimy nad tematami, a wczoraj TEN temat urodził się dość szybko. Więc myślę, że poczułyśmy to flow. Z.: Jest nam trochę smutno >powiem Waminfozajrzećjeszcze razmiesiącw kółko u mnierobię trenerkaprostotak sobie mówiępojawiło się umówieniesamana siłownięmójzadziałatę zmianęnawetsię ograniczać Powiedziałabym sobietenspróbujmybez panikidobregoZwiększyćtej wiedzypomóc osiągnąć celinninegatywniewiele lub wszystkonajlepiej jak się da i konkretnie”smaczny” układasz? Z.: Nie, uważam, że tamto było głupie bardzo i wcale nie przynosiło lepszych efektów niż to co robię w Akademii dla Was ludzie. Oprócz tego, że wiem więcej, to jeszcze mogę spojrzeć na swoje działania z pewnego dystansu  i popukać się w czoło;) i pójść tam przytulić tego Zosinka i powiedzieć: kurde Laska, widzę, że bardzo się starasz ale to głupie jest troszkę staranie. Da się to zrobić jednak mądrzej.  A.: Zblendowany jarmuż z kurkumą… Z.: Naprawdę można pyszne smoothie serio o wiele lepiej zadziała, niż to, na czym teraz walczysz, żeby się nie porzygać. A.: To prawda. Z.: Po to TU jesteśmy, a te nowe jadłospisy, które teraz są – są kolejnym kamyczkiem do ogródka, który możecie dołożyć, żeby przechylić tę szalę na swoją stronę. A.: Dziękujemy za wysłuchanie podcastu. Dziękujemy, że byliście tutaj z nami. Jeżeli dotrwaliście do końca to jest nam niezmiernie miło, że te tutaj nasze rozkminy zostały wysłuchane przez Was. Ciekawe czy mówiłyśmy o Was? Może gdzieś poruszyłyśmy tematy osobowości, które są nam bardzo bliskie. Z.: Tak różnych przecież. A.: Tak wielu różnych, bo jesteśmy różne. Z.: Trzymamy kciuki za Wasze postanowienia. Ja  to trochę boję się je nazywać „noworocznymi”, bo chyba Wam wyjaśniłyśmy, że to nie do końca tak powinno działać, chociaż zdajemy sobie sprawę, że nowe deadliny, nowe białe karty są wpisane w życie Staraczek, więc trzymamy kciuki aby każdy następny deadline, który zdecydujecie się podjąć był mądrze zaplanowany i żeby przyniósł Wam spełnienie marzeń. Ściskamy i do usłyszenia – mamy nadzieje niebawem. A.: Do usłyszenia. Artykuł #094 – Dieta na 100 czy na 80%? pochodzi z serwisu Akademia płodności.

    40 min

About

Cześć, tu Ania i Zosia. Od ponad 10 lat układamy diety płodności, które pomogły spełnić marzenia o rodzicielstwie tysięcy osób. Otulamy wsparciem tych, którzy wciąż czekają – bo wiemy, jak smakuje widok 1 kreski na teście ciążowym i jak wielkie znaczenie ma czuła obecność kogoś, kto naprawdę rozumie jak „tam” jest.

You Might Also Like