Dziękujemy za udział Annie Wietrzykowskiej – psycholog niepłodności Zapraszamy do wysłuchania podcastu. Cześć, tu Ania i Zosia, wspólnie tworzymy Akademię Płodności. Miejsce, w którym towarzyszymy Wam podczas starań. Ania: Dzień dobry w kolejnym podcaście. Naszą gościnią w dzisiejszej rozmowie jest Anna Wietrzykowska, psycholog niepłodności. Zosia: Z Anią mieliście okazję usłyszeć się już wcześniej w naszych podcastach. Mamy nagrany też jeszcze jeden materiał, który opublikujemy prawdopodobnie po Dni Mamy. Super Aniu gościć Cię tutaj dzisiaj. Dlatego że jesteśmy w takim dniu, który wiele z nas, staraczek, obrało sobie jako taki dzień, który jest pełen bólu, który jest bardzo ciężki, o którym marzą, żeby już móc go obchodzić ze swoimi dziećmi, na które tak bardzo czekają. I w sumie to może na początek powinnyśmy Cię zapytać, dlaczego tak to jest, że ten dzień jest taki trudny? Anna Wietrzykowska: Myślę sobie o tym, że ten dzień mamy, to jest taki dzień, którym cały świat przypomina właśnie o tym doświadczeniu. I dla pacjentek, dla pacjentów, którzy są w trakcie leczenia niepłodności, którzy właśnie idą w kierunku swojego dziecka, ale jeszcze po drodze nie mają tego swojego dziecka, to ta celebracja tego macierzyństwa, rodzicielstwa jest bardzo trudna, bo to jest trochę takie cały czas przypominanie, gdzie ja jestem, a gdzie są inni. Niepłodność to jest ogólnie taka choroba, która bardzo odgradza od innych, od znajomych, od rodziny, która wprowadza pewną różnicę. I myślę sobie, że właśnie w takich sytuacjach świątecznych, tych szczególnych dni, to jest jeszcze bardziej takie oddalające od bliskich. Więc tu na wielu poziomach dochodzi do takich trudności. I tych relacji z najbliższymi, i też takich relacji tego, co się dzieje w nas, jak jesteśmy w trakcie leczenia, a jeszcze tego dziecka nie ma i nie wiadomo, czy ono będzie. Ania: Dlaczego ten dzień mamy jest takim trochę deadline’em? Wyobrażamy sobie, to jest jeden z takich wielu deadline’ów podczas starań, gdzie na tej osi starań jest właśnie bardzo ważnym momentem, który pojawia się. I dlaczego tak jest? Zosia: Ja jeszcze tutaj dodam tylko od siebie, że drugim chyba, który może stawać w konkury, bo nie wiem, czy jesteśmy w stanie to zestawić na równi, ale drugim takim bardzo ciężkim momentem to są święta, kiedy te starania są o wiele bardziej odczuwalne. No i wyobrażamy sobie bardzo często też, że dajemy ten wymarzony prezent na przykład z okazji urodzin męża i tam w tym pudełeczku będzie czekał ten test ciążowy w końcu z dwoma kreskami. I ten dzień mamy też jest taki deadline w naszych głowach. Anna Wietrzykowska: To zależy, jak bardzo my się też identyfikujemy z tymi wyobrażeniami, jak mocno w nim wchodzimy, czy my trochę uciekamy w ten świat fantazji i w nim zostajemy, czy my jakoś natarczywie, kompulsywnie na przykład wyobrażamy sobie, że to nas jakoś pominie, że będziemy tylko cierpieć. Właśnie jest bardzo ważne przeanalizować treść tych wizualizacji, ale też kontekst, kiedy one się pojawiają, jaką one rolę spełniają. Natomiast jeżeli to są takie wyobrażenia takie bardzo swobodne, po prostu występują przy okazji, na przykład zobaczymy w sklepie jakiś mały bucik i gdzieś tam nasze myśli podążą w tym kierunku, czyli spontanicznie w odpowiedzi na bodziec. Myślę, że to jest łagodne i takie bardzo ludzkie, bo przecież w tą stronę idziemy, w kierunku własnego dziecka. Ania: Dobrze, Aniu, a powiedz nam proszę, czy te wizualizacje jest to coś, co może nam pomóc podczas starań, czy raczej staramy się unikać wyobrażania sobie siebie? Anna Wietrzykowska: Ja może dodam, że w medycynie z wizualizacji się korzysta u pacjentów np. onkologicznych, pacjentów przed zabiegami. Wizualizacja jest bardzo dobrym narzędziem, ale np. w psychoonkologii pracuje się z pacjentami w ten sposób, że np. niekoniecznie się bazuje na tym, żeby pacjent wyobrażał sobie, że wyzdrowiał, albo wyobrażał sobie, że to nie idzie w dobrym kierunku. Odrywa się od końca, czyli np. wizualizacja u pacjenta wtedy polega na tym, aby wyobraził sobie, jak gdzieś jest, w jakimś miejscu, jest ta stereotypowa plaża, albo jest w górach, albo znowu jest w jakimś takim miejscu ze swojej przyszłości, które jest dla niego ważne, ulubiony fotel, może jakiś las. Dlaczego to jest ważne? Wówczas układ nerwowy trochę przechodzi z tego trybu walcz lub uciekaj, który często się uruchamia w chorobie i tak samo się uruchamia, gdy my myślimy uporczywie, czy ja będę tą mamą, czy nie, bo to też jest stresogenne na zasadzie tak albo nie. U nas wtedy przechodzi z reakcji walcz lub uciekaj na takie bardzo neutralne funkcjonowanie, takie bezpieczne funkcjonowanie. I on się skupia na bodźcach, bo w tych wizualizacjach bardzo ważne jest wyobrażenie sobie bodźców. Co pacjent widzi, co pacjent słyszy, jaki zapach się unosi, czy np. zapach sosen, jak idzie przez tę ścieżkę leśną. I takie wizualizacje, które pomagają układowi nerwowemu odpocząć, one są medycznie bardzo wspomagające proces leczenia, więc zakładam, że takie wizualizacje, tak jak ty powiedziałaś może o tych stokrotkach, o kwiatach, które się kojarzą z majem i takie wejście trochę sensorycznie w ten obraz może być jakoś na plus. Zosia: Ja jak słucham tak o tych wizualizacjach, to muszę wam powiedzieć, że jest mi, i zawsze było, z nimi tak trochę nie po drodze. Próbowałam je oswoić na pewnym etapie swojego życia, wiedząc, że mogą być jakimś tam narzędziem, które mnie zagrzeje do walki, zmobilizuje, da mi po prostu jakąś inną optykę taką, z której będę mogła skorzystać i wyciągnąć coś dla siebie. Ale tak serio, to albo po prostu nie wiedziałam, jak z nich korzystać i nie robiłam tego właściwie, albo one mi się wydawały takie trochę od czapy, oderwane od rzeczywistości trochę, bo w ogóle sam temat wizualizacji jako czegoś takiego, z czego można korzystać i postarać się przekuć na swoją, jakby wiecie, tę szalę na swoją stronę, pojawił się w moim życiu dawno, bardzo temu, naprawdę bardzo dawno temu, myślę, że to mogło być około 20 lat, może nawet. Jak spotykałam się, pamiętam, z takim chłopakiem, który miał bardzo fajną mamę i ja z tą jego mamą spędzałam naprawdę dużo czasu i rozmawiałyśmy sobie otwarcie na bardzo wiele różnych tematów i podczas jednej z takich dyskusji temat zszedł na to, że ona pokonała swój ogromny lęk przed jeżdżeniem samochodem, jeżdżeniem do Warszawy, więc do takiego, wiecie, ruchliwego, dużego miasta, skomplikowanego dość do poruszania się samochodem, szczególnie dla osoby, która ma jakieś opory w tym temacie. I pamiętam, jak ona powiedziała mi wtedy, że tak bardzo zależało jej na tym, żeby jeździć do tej pracy, bo dostała taką naprawdę spoko posadę. Prawie równie bardzo jej zależało na tej pracy, co równie bardzo się bała dojeżdżać do niej samochodem i że wtedy skądś dowiedziała się o takiej metodzie na wizualizację i że bardzo pomogło jej wyobrażanie sobie siebie w jakimś zarąbistym, wypasionym, czerwonym cabrio, w którym właśnie podjeżdża do tej pracy i trochę tak jakby dzięki tej pracy go ma i że, wiecie, że to była taka wizja, która jak się bała, to sobie siebie wyobrażała w tej furze i jakoś tak bardziej się mobilizowała do tego, żeby próbować jej zaciskać zęby i kolejny raz mimo swoich lęków to przezwyciężać. I to wtedy zabrzmiało sensownie, chociaż pamiętam, że jak ja próbowałam jakkolwiek z tego skorzystać, to było mi ciężko. I powiem wam, bo chcę wam powiedzieć tę anegdotę w takim kontekście, jeśli nie czujecie się z tym bardzo po drodze, to to chyba też jest okej. Zaraz, Aniu, mam nadzieję, że nam więcej powiesz trochę o tych narzędziach do wizualizacji i może o tym, jak z tego korzystać. Ale chcę wam powiedzieć o tym, że jedyną taką myślą, która naprawdę zagrzywała mnie do walki, to była właśnie podczas starań. Dlatego że ja nie wiem, dlaczego mi się to tak utarło w głowie, natomiast bardzo, ale to bardzo marzyłam o tym, żeby kiedyś to moje jeszcze nieistniejące dziecko przyniosło mi w swoich łapkach taki niedbale zerwany bukiet stokrotek. Taki wiecie, jak to wyobrażałam sobie, że małe dzieci zrywają, czyli jedna to sama główka stokrotki i druga to jakaś łodyga ze źdźbłem trawy, może jakiś kawałek mlecza czy koniczyny i po prostu te łapki, które niosą taki niedbały bukiet stokrotek, wydawały mi się takim moim prywatnym po prostu szczytem Mount Everestu, na który wciąż się wspinałam i wiedziałam, że jeśli tam na górze, na szczycie czeka ta nagroda, to po prostu warto mimo wszelkich przeciwności, które będą gdzieś, jak te kłody pod nogami narzeć i dzielę się z wami tym przemyśleniem, tą anegdotą, dlatego że nie zawsze łatwo w te wizualizacje, tak mi się wydaje, że to nie musi być takie easy game, żeby z tego korzystać. Ania: Ja się postawię trochę, stanę się tą Anią, którą byłam powiedzmy w okolicy połowy starań, kiedy musiałabym dojrzeć do tego, co tutaj zostało powiedziane i ja w ogóle nie szukałam żadnych metod pomocy sobie, wręcz przeciwnie, czułam całą sobą, że ja ten stres łyknę, łyknę tą gonitwę, przecież zaraz będę w ciąży, zaraz to minie. Trochę mi się to wydaje takie nieprawdopodobne, nie dla mnie, wręcz czuję taką złość na to, na to, co słyszę, na to, że mam sobie coś wyobrażać. Wiecie, nie wierzę, tamta Ania w to nie wierzy. Anna Wietrzykowska: Ono cały czas zostawia ciebie w stresie, bo zobaczcie, czy to dziecko będzie, czy ni